FANDOM


LINK DO POPRZEDNIEJ CZĘŚCI

D-Pięć opuścił nadprzestrzeń. Potężna jednostka kolonizatorów pojawiła się nagle w przestrzeni kosmicznej, jednak już po pierwszych sekundach od pojawienia się w pobliżu planety, jaka miała stać się kolejnym celem ekspansji kolonistów, wszyscy będący na pokładzie zamarli. Radary pokazywały, że na orbicie planety znajdują się liczne, dryfujące w przestrzeni obiekty. Mierzyły one od kilkuset metrów, do nawet kilku kilometrów, odległości między nimi były jednak zbyt małe, aby można było mówić o asteroidach. Badacze natychmiast zaczęli zbliżać się do owych obiektów, nie dostrzegali jednak żadnych świateł, nie nadawano też żadnych sygnałów ostrzegawczych. Nie było żadnych prób komunikacji, od czasu do czasu po sonarach przetoczył się jedynie szum wciąż działającej radiostacji.

Badacze szybko zrozumieli dlaczego nikt ich nie zatrzymuje, a widok jaki zastali zmroził krew w ich żyłach. Mieli przed sobą, potężne, często mierzące nawet po kilka kilometrów okręty, które bezwolnie orbitowały wokół planety. Były to dwa rodzaje jednostek; ogromne, dumne, bogato zdobione i okryte licznymi ornamentami Imperialne jednostki wojenne; oraz złowieszcze i złowrogie, pokryte kolcami i upiornym pancerzem, jednostki Chaosu. Obie łączyła jedna cecha, były kompletnie zniszczone. Jeden z wraków, w tym wypadku Imperialnego statku, powoli przetoczył się nad drednotem z odległej galaktyki. Załoganci statku kolonizacyjnego mogli dokładnie przyjrzeć się gigantycznej, latającej katedrze.

Ich uwagę szybko zwróciły paszcze potężnych dział burtowych, jakie jeszcze nie tak dawno wypluwały z siebie pociski wielkości korwet kolonizatorów. Równie szybko jednak uwagę zwróciły także gigantyczne dziury w pancerzu jednostki, której spodnia część wydawała się być wybebeszona niczym u ryby oprawianej przez bardzo niezdarnego flisaka. Tym co przeraziło jednak kolonistów najbardziej, były gabaryty okrętu, który na oko mierzył cztery kilometry. Koloniści nie mieli pojęcia, że mają przed sobą lekki, Imperialny krążownik klasy Endaevour, który w trakcie walki musiał przyjąć na siebie salwę z olbrzymiej ilości lanc laserowych, które doprowadziły go do stanu w jakim się znajdował.

Na mostku okrętu, który oferował jedną z najlepszych pozycji obserwacyjnych na statku, znajdował się jeden z mistrzów durosów, wraz z kapitanem okrętu i grupą swoich uczniów. Wszyscy stali jak wryci, zapatrzeni w potężne wraki jakie przetaczały się przez przestrzeń dookoła nich.

- Na moc - zaczął jeden z padawanów i zaraz kontynuował - Jak potężne wojny muszą mieć tutaj miejsce, że wymagają takich okrętów!?

- Bardziej martwi mnie - odparł mu na to kapitan drednota - Jak potężna musiała być jednostka, która tak urządziła ten okręt.

Wszyscy zamilkli kiedy kapitan wyrzekł te słowa, wszakże zwrócił on uwagę na bardzo istotny fakt. Co prawda jedi nie wyczuwali zaburzeń mocy. Poza stałym poczuciem beznadziei; jakie przytłaczało ich bezustannie odkąd znaleźli się w tej galaktyce i przed którego ciężarem nie chroniło nawet osiągnięcie celu ich wyprawy; nie wyczuwali tutaj niczego. To miejsce bez wątpienia było jednak jakimś polem bitwy, którą ktoś musiał przecież wygrać i bez względu na to, czy były to majestatyczne statki zdobione drapieżnym ptakiem na kadłubie, czy złowrogie kolczaste stwory, z pewnością ci którzy będą stali za ich sterami, nie będą mieli pokojowych zamiarów.

Mistrz durosów zastanowił się przez moment, spojrzał na planetę nad jaką znajdował się jego okręt, był to w większości pustynny świat, dostrzegał jednak na nim zielone obszary w okolicach kół podbiegunowych, widział też zbiorniki wodne na jego powierzchni i chociaż mógł tylko zgadywać jakie warunki panują na planecie, wyczuwał na niej życie. Było jednak coś co go przerażało, planeta której chroniła taka armada musiała być istotna, musiało być na niej jakieś cywilizowane życie, jakieś miasta, bazy wojskowe, cokolwiek, skany nie wykazywały żadnej aktywności na planecie. Podobnie jak na orbicie planety, tak i na jej powierzchni, nie było wiadomości nadawanych drogą radiową, ani żadną inną. Na planecie znajdowały się jednak liczne formy życia, pytanie brzmiało na ile owe formy życia są inteligentne.

Nagle w umysł mistrza i wszystkich użytkowników mocy na pokładzie, uderzyła potężna fala emocji, która mimo ich woli wdarła się do umysłów rycerzy. Przebijając się przez ich bariery mentalne niczym pocisk z boltera przez pancerz Imperialnego gwardzisty, osnowa torowała sobie drogę do świadomości jedi. Emocjami jakie nawiedziły ich umysły były kolejno: nienawiść, zaraz obok której pojawiło się okrucieństwo, a chwilę potem żądza mordu i krew. Przed oczami wszystkich użytkowników mocy stanęły obrazy niewyobrażalnego, niemożliwego do adekwatnego opisania słowami, mordu. Duros i jego uczniowie widzieli miasto, a w nim stosy trupów przysłaniające niebo, budynki i ulice w całości zalane posoką, która strumieniami szerokości całych ulic, spływała do potężnego płomienia na horyzoncie. Wszyscy użytkownicy mocy mimowolnie wpatrywali się w ogień, który także zdawał się w nich wpatrywać, niczym świadoma swej egzystencji istota, która zaczęła właśnie wypalać ich dusze. Widzieli stosy czaszek ułożonych wokół ognia, widzieli niezliczone ilości ofiar i krew... nieskończone oceany krwi i czaszek, "KREW DLA KRWAWEGO BOGA! CZASZKI NA CZASZKOWY TRON!" wściekły ryk tysięcy gardeł dotarł do uszu wszystkich użytkowników mocy, dosłownie powalając ich na ziemię.

*****

Nikt nie zauważył, że pośród wszystkich wraków zawieszonych

w pustce kosmosu jeden okręt wygląda na nienaruszony. Wszyscy myśleli że jest zniszczony, nikt dokładnie mu się nie przyjrzał i nie bez powodu, jednostka znajdowała się wiele kilometrów od drednota i nie wydzielała żadnej sygnatury jaką mogły wyłapać sensory okrętu, Nagle sonary wykazały potężny skok energii wokół jednej z jednostek, równie nagle wszystkie światła na niej rozbłysnęły czerwonym światłem, okręt błyskawicznie nakierował się dziobem na drednota kolonizatorów i błyskawicznie oddał salwę ze swych baterii laserowych. Strzał na dwanaście tysięcy jednostek, maksymalny zasięg skuteczny broni jakimi dysponował okręt Chaosu. Dla kolonizatorów okręt ten był tak daleko, że wydawał się być jedynie nieco większą kropką w przestrzeni, dla działonowych Chaosu, problem był jeszcze większy. Trafiła jedynie połowa dział okrętowych, stanowczo więcej niż było to konieczne. Pola siłowe okrętu kolonizatorów nie były przystosowane do radzenia sobie z laserami, a już na pewno nie z laserami o takiej mocy. Tarcze wytrzymały zaledwie kilka sekund, zanim zostały rozdarte, podobnie jak poszycie drednota i liczne pokłady okrętu. Ludzie zebrani przy oknach aby obejrzeć wraki potężnych okrętów na orbicie, zostali momentalnie wymazani z egzystencji z powodu ogromnych temperatur, jakie po prostu ich zdezintegrowały. Ci nieliczni, którzy przeżyli zostali natychmiast wyrzuceni w próżnie z powodu dehermetyzacji pokładów. W ciągu kilku sekund okręt był niemal całkowicie unieszkodliwiony. Na szczęście, lub też nieszczęście dla mistrza durosa, mostek nie został trafiony. On i jego uczniowie wciąż byli cali i zdrowi.

- Kapitanie, jaki bilans strat!? - wrzasnął duros podnosząc się z trudem z podłogi.

Jego padawani wciąż leżeli i zwijali się na podłożu okrętu, przytłoczeni, oszołomieni i przerażeni ilością zła jakie właśnie zobaczyli.

- Rozwalili nam połowę dział i hipernapęd, silniki też poszły w próżnie, przynajmniej zdecydowana większość z nich, uszkodzenia, dehermetyzacje i pożary na wszystkich pokładach - mówił kapitan z przerażeniem obserwując kolejne komunikaty jakie pojawiały się na jego komputerze.

- Jest coś co ocalało? - zapytał z przerażeniem duros.

- Radiostacja - odpowiedział kapitan.

- Nadawać sygnał ratunkowy! Natychmiast zanim zagłuszą naszą komunikację, o ile jeszcze tego nie zrobili! - wrzasnął duros.

*****

Kapitan Varek, potężny czempion boga krwi, zakuty w swój złocony, unurzany w krwi pancerz wspomagany z zaskakującym jak na czempiona Khorna spokojem obserwował jak niewielka jednostka przybywa do systemu. Kosmiczny marine Chaosu pozwolił swoim sługom dokładnie przeskanować okręt, namierzyć jego newralgiczne punkty, oszacować prawdopodobieństwo trafienia i ustawić kąt nachylenia dział. Kiedy wszystko to było gotowe, a głowa piętnastego heretyka; jaki poinformował go o niegotowości jego okrętu do ataku; potoczyła się z mozołem po posadzce, mężczyzna wydał rozkaz do wdrożenia jego rozkazów w życie.

Z uśmiechem patrzył, jak potężne lance jego okrętu rozwalają kolejne pokłady statku nieprzyjaciela. Na początku mężczyzna chciał unicestwić swego przeciwnika na miejscu, rozwalić go z użyciem swej morderczej, laserowej kanonady, wtedy jednak dowiedział się o czymś, co wpłynęło na jego plany.

- Okręt nieprzyjaciela nadaje komunikat mój panie, nie znam ich języka ale sądząc po minie na twarzy tego mężczyzny i tonie jego głosu, wygląda na to, że woła o pomoc - powiedział jeden z oficerów na mostku, również będący kosmicznym marine, wskazując na błagalny komunikat kapitana statku.

- Ha! - zaśmiał się Varek - Bezsilna pchła! Ich dusze i krew będą doskonałą ofiarą dla boga krwi. W IMIĘ KHORNA! CAŁA NAPRZÓD, OSOBIŚCIE ZATOPIĘ ZĘBY MOJEGO TOPORA W CZASZKACH TYCH ŚCIERW!

Potężne silniki krążownika Chaosu wyrzuciły z siebie potężny ładunek startowy, już po chwili okręt pędził z ogromną prędkością w stronę mocno uszkodzonego drednota. Początkowo wyglądało to tak, jakby jednostka Chaosu chciała staranować, a tym samym rozpołowić statek nieprzyjaciela, jednak kapitan drednota zdołał zmienić ustawienie swojej jednostki, tak aby zamiast bokiem jak to miało miejsce do tej pory, była ona ustawiona przodem do okrętu marines.

- No proszę - powiedział kosmiczny marine Chaosu z upiornym, pozbawionym warg uśmiechem na twarzy - Wygląda na to, że ta pchełka próbuje walczyć! Dobrze więc! Zobaczmy jak ta tycia puszka sprawdzi się w walce przeciwko Pożeraczom Światów!

Drednot zdołał wystrzelić kilka razy zanim okręt Chaosu zrównał się z nim burtami. Pociski jakich używała jednostka kolonizatorów nie miała szans przebić się przez potężne tarcze próżniowe Chaosu. Okręt heretyków parł przed siebie na pełnej prędkości, za nic mając kolejne wraki na jakie wpadał, a jakie odpychał na boki swoim potężnym pancerzem, nie ponosząc przy tym praktycznie żadnych obrażeń. Lot krążownika nie trwał długo, szybko znalazł się on na odpowiednim miejscu. Kilka chwil później pierwsze kapsuły i statki desantowe runęły na pancerz statku kolonizatorów i wtedy zaczęła się rzeź.

Już zwykli heretycy mieli zdecydowaną przewagę nad swoimi przeciwnikami. Karabiny laserowe oferowały porównywalne do blasterów możliwości penetracji pancerza i miały podobny zasięg skuteczny, dysponowały jednak kilkukrotnie większą szybkostrzelnością, a ich trafienia; przez wzgląd na temperaturę promienia światła; powodowały paskudne, przerażające w swym wyglądzie rany. Dodatkowo heretycy używali broni ustawionej na maksymalną siłę ognia, przez co trafienie w nogę lub ramię było równoznaczne z utratą kończyny. Najgorzej było jednak kiedy dochodziło do walki wręcz. Zdeterminowani chęcią zaimponowania swym panom, heretycy byli niezwykle zawzięci i okrutni w swych działaniach, a z powodu brutalności jaka panowała w ich szeregach, znacznie lepiej przygotowani do starcia bezpośredniego.

Kiedy grupa członków personelu ochronnego kolonistów wpadała na grupę heretyków, a dystans był dość mały aby przeprowadzić skuteczną szarżę, obrońcy statków byli masakrowani z użyciem noży, szpadli, drutów kolczastych, maczet, toporów. Nieliczni spośród załogantów heretyckich grup uderzeniowych mieli miecze łańcuchowe, ale ich ryk i efektywność w walce były dość duże, aby skutecznie łamać morale obrońców. Dopiero pojawienie się rycerzy jedi odmieniło nieco losy bitwy, chociaż i oni mieli poważne problemy z walką przeciwko heretykom. Chociaż miecz świetlny ciął pancerz i ciało heretyka jak każde inne w galaktyce i poza nią, karabiny laserowe były o wiele szybsze od blasterów, w ilości wypluwanych ładunków. Na dodatek promień laserowy leciał z prędkością światła, co czyniło ładunki z broni kultystów praktycznie niemożliwymi do odbicia mieczem świetlnym. Ciasne korytarze nie pozwalały natomiast na akrobacje i w rezultacie już po kilkunastu minutach walki kilku usmażonych padawanów zalegało na pokładach okrętu.

Prawdziwe piekło zaczęło się jednak, kiedy na pokład drednota weszli Pożeracze Światów. Nieważne ile blasterów słało swe pociski w ich pancerze, jedynym efektem było najwyżej zadrapanie farby. Wielu siliło się na akty odwagi i rzucało się na czerwonych olbrzymów starając się zatrzymać ich morderczy pochód, wszyscy kończyli rozrywani na strzępy przez opancerzone łapy potężnych czempionów boga krwi. Miecze i topory łańcuchowe rwały skóry, mięśnie i organella wewnętrzne nieszczęśników, jacy wpadali pod ostrzy krwiożerczych żniwiarzy Khorna. Kości kolonistów były miażdżone przez wirujące zęby broni legionistów prowadzonych przez samego Vareka. Nie dbano tutaj o płeć, rasę, czy wiek, dla wojowników Khorna nie miało znaczenia kim byli, wystarczyło że krzyczeli, krwawili, umierali i mieli czaszki.

W końcu Varek dostał się na mostek jednostki kolonizatorów, gdzie natychmiast rzucił się na niego duros wraz ze swymi trzema, najlepszymi, najwierniejszymi i najbardziej doświadczonymi w walce uczniami. Jednego z nich Varek praktycznie na samym początku walki usmażył miotaczem ognia jaki nosił przy sobie jak broń poboczną. Drugi z uczniów popełnił błąd, wierząc, że ma przed sobą potężną, mozolną i ociężałą górę mięsa. Varek chwycił go za nogę, po czym grzmotną z całej siły o ścianę, a następnie ponownie uderzył; już praktycznie martwym padawanem; o podłogę. Kręgosłup, żebra i czaszka chłopaka, zostały zredukowane do poziomu puzzli, powrzynanych w tkanki. Trzeci zginął sam duros, który skutecznie unikał kolejnych machnięć topora potężnego marine i stale próbował go trafić, sam Astartes także był jednak nieludzko szybki, więc było to praktycznie niemożliwe. W końcu duros, właściwie całkiem przypadkowo, został uderzony drzewcem topora kosmicznego marine. Uderzenie powaliło durosa na ziemię i pozwoliło Varekowi skrócić dystans między sobą, a swoją ofiarą. I gdy marine już miał zabić mężczyznę, na swoje nieszczęście, próby ratowania swego mistrza podjęła się uczennica durosa.

Dziewczyna była mirallanką i aby ratować swego mistrza posłużyła się mocą woli. Potężne pchnięcie omal nie powaliło nieprzygotowanego na nie Vareka. Astartes byli jednak niezwykle ciężkimi personami, toteż pchnięcie, które normalnie powaliłoby kilkunastu ludzi, berserkiem jedynie zachwiało. Mężczyzna swoim ogromnym butem zmiażdżył klatkę piersiową durosa kończąc jego żywot, po czym skierował swe nienawistne spojrzenie na dziewczynę uzbrojoną w miecz świetlny.

- Psionik - powiedział pod nosem Varek - ZDRADZIECKI CZAROWNIK! KHORNIE! DZIĘKI CI ZA TĄ OFIARĘ! JESZCZE DZIŚ TWÓJ OŁTARZ BĘDZIE SYCIŁ SIĘ JEJ KRWIĄ, A JEJ CZASZKA POWĘDRUJE NA TWÓJ TRON!

Po tym wrzaśnięciu mężczyzna rzucił się na dziewczynę. Starcie nie trwało długo, przy kolejnej próbie sztychu marine chwycił za dłoń mirallanki i zmiażdżył ją swoją potężną pancerną rękawicą. Padawan zaryczała z bólu po czym padła na ziemie, trzymając się za pokrytą niezliczonymi krwiakami kończynę. Varek chwycił ją za gardło, po czym zaczął ją wlec przez kolejne pokłady drednota do swego transportowca. Dziewczyna widziała jak wyznawcy Khorna bestialsko mordują kolejnych załogantów i pasażerów okrętu, przez moment wydawało jej się, że poszycie statku pije tą krew i zmienia swoją barwę na kolor czerwony. Męki padawana nie trwały jednak zbyt długo, kilka chwil później wydawała z siebie ostatni żałosny wrzask, kiedy płomienie osnowy trawiły jej ciało, posyłając duszę prosto do królestwa boga krwi. Jej czaszka stała się wówczas kolejnym trofeum na mosiężnym łańcuchu opasającym pas Vareka.

Rzeź na pokładzie drednota nie trwała długo, heretycy byli zaprawioną w bojach armią, doskonale wiedzieli jak oczyszczać pokłady statku. Chwilę po tym jak po tym jak padł mistrz jedi dowodzący okrętem, drednot został pozostawiony samemu sobie. Lecz zanim ostatni kosmiczny marine chaosu opuścił statek, każda kwatera mieszkaniowa została zmieniona w małą kaplicę poświęconą czci Khorna, w której zalegały zarówno zakrawawione zwłoki ofiar berserków jak i ich poległych w walce o okręt sług. Jakiś czas potem znudzeni zadaniem pilnowania wyrżniętej planety marines Chaosu znudzili się czekaniem na potencjalną flotę wyzwolicielską Imperium, czy innego przeciwnika i ruszyli dalej we wszechświat, na nowe wojny, kampanie i podboje. Jednak kiedy oni szybko zapomnieli o tej cudownej rzezi, nie zapomnieli o niej bogowie Chaosu, którzy zaczęli bardzo dokładnie przyglądać się kolonistom z odległej galaktyki.

LINK DO NASTĘPNEJ CZĘŚCI

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.