FANDOM


Potężna kolumna chimer mozolnie przedzierała się przez podmokłe stale padającymi deszczami, zabłocone bezdroże, będące jeszcze nie tak dawno żyznymi polami na jakich produkowana była żywność, mająca na celu wyżywić wielomiliardową populację całego systemu. Teraz pola te nie były niczym więcej jak zadeptaną buciorami setek tysięcy gwardzistów, ugniecioną przez dziesiątki tysięcy przejazdów wozów opancerzonych, usianą kraterami po pociskach artyleryjskich i nalotach bombowych, pełną wraków zniszczonych pojazdów, których kapłani maszyny nie zdołali jeszcze zabrać i trupów zwykłych ludzi, których nikt chować nie zamierzał, martwą krainą.

Dziesięcioosobowa drużyna gwardzistów siedziała teraz stłoczona w swoim pojeździe. Wszyscy oni byli weteranami pięćset jedenastego cadiańskiego regimentu szturmowego. Wszyscy znali wojnę i wojskowe życie. Wszyscy wiedzieli, że każda chwila jaką spędzają na froncie może być ich ostatnią, już dawno nauczyli się żyć ze świadomością, że być może patrzą na siebie po raz ostatni, musieli się nauczyć, w przeciwnym razie już dawno trafiliby pod pluton egzekucyjny, jako niezdolni do walki szaleńcy. Gwardia nie wybaczała słabości, prędzej czy później, czy to ręką oficera dowodzącego, czy też lufami plutonu egzekucyjnego, albo co gorsza wolą komisarza, wymierzała swą okrutną sprawiedliwość za tchórzostwo czy inne defekty.

W chimerze od dłuższego czasu panowała złowroga cisza. Całkiem niedawno, w trakcie ostatniej kampanii, regiment okrył się hańbą. Jego członkowie dopuścili się zbrodni na ludności cywilnej świata jakiego bronili, zbrodni które im udowodniono i pomimo skuteczności tym razem nie puszczono płazem. Sprawa była bardzo poważna, zwłaszcza że winę udowodniono prawie połowie członków jednostki. Misja, na którą teraz został wysłany regiment, miała być czymś na kształt oczyszczenia, żołnierze otrzymali szansę odkupić swe winy i dowieść, że mimo wszystko nadal pozostają lojalnymi sługami Imperium, w przeciwnym razie wszyscy członkowie regimentu w najlepszym razie trafiliby do kolonii karnej.

Regiment miał zostać przydzielony pod komendę innego dowódcy niż dotychczasowy, dowódcę który zajmował się także prowadzeniem śledztwa w sprawie zbrodni jakich dokonał pięćset jedenasty. Komisarz ten słynął ze swej zdolności do wymierzania kary wszelkiej maści defetystom. Żołnierze nie mieli wątpliwości, że czeka ich ciężka walka o swój honor, nie wiedzieli tylko jak bardzo ciężka.

- Jak myślicie - zaczął zaskakująco radosnym głosem jeden z gwardzistów przerywając stale podnoszącą ciśnienie w pojeździe ciszę - Jaki jest ten nowy dowódca? Słyszałem, że straszny z niego świr.

Nikt mu nie odpowiedział. Wszyscy siedzieli wpatrzeni w podłogę maszyny nawet sierżant, który zwykle w takiej sytuacji był pierwszym, który albo odpowiadał na tego typu pytania, albo uciszał swych ludzi, teraz nie odezwał się ani słowem. Problemem był tu proces sądowy jaki komisarz wytoczył regimentowi. Nie było jednej wielkiej walnej rozprawy albo sądu dla całych kompanii czy chociaż plutonów. Komisarz wraz ze swymi ludźmi poprowadzili każdą sprawę osobno. Osobno wygłaszali wyroki, a każdy z gwardzistów miał zakaz wspominania o tym jaki wyrok otrzymał pod groźbą rozstrzelania. Komisarz poinformował jednak każdego z nich, że jeśli wylądują w pierwszej linii natarcia to mogą za to dziękować albo swym kolegom, albo dowódcy oddziału, zasada była bowiem prosta, im więcej członków plutonu dopuściło się zbrodni tym pewniejsza była ich pozycja w pierwszej linii natarcia w przypadku kiedy aktu hańby dopuścił się dowódca, pozycja ta była praktycznie pewna.

Na dodatek w trakcie walk regiment poniósł dość dotkliwe straty bo wynoszące ponad dwadzieścia procent stanu osobowego jednostki. Komisarz śledczy zabronił jednak jednostce uzupełniania strat, a zamiast tego zredukował liczbę kompanii o dwie uzupełniając plutony ludźmi z innych grup tego samego regimentu. W rezultacie z dziesięcioosobowej drużyny jaka zasiadała w chimerze, tylko trzy osoby stanowiły jej pierwotny skład wliczając w to jej dowódcę. Reszta gwardzistów pochodziła z trzech różnych plutonów.

Komisarz rozegrał to perfekcyjnie. Gwardziści obawiali się spytać swych towarzyszy, którzy w większości przypadków należeli wcześniej do innych jednostek, przez co nikt nie wiedział kto jest winny a kto nie. Więc kiedy niewinny trafiał na pierwszą linie, obwiniał swych towarzyszy o los jaki mu zgotowano, a kiedy winny trafiał na tyły, mógł albo być gnębionym przez wyrzuty sumienia do końca życia, albo stać się pewnym siebie, co sprawiłoby, że jego natura szybko zostałaby odkryta, gdyż takowy oprawca z pewnością dokonałby zbrodni ponownie a wtedy takowy poniósłby należytą karę z ręki własnych towarzyszy. Komisarz robił tutaj coś, czego gwardziści byli częściowo świadomi ale na co nie mogli nic poradzić. Komisarz rozbijał jedność regimentu.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Nagle siedzący wewnątrz chimery żołnierze poczuli, że machina nieco zwalnia, że zatrzymuje się na moment by po chwili ponownie ruszyć kawałek do przodu, potem do tyłu i znowu do przodu. Zrozumieli co się dzieje, byli już na miejscu, teraz kolumna ustawiała się w linie tak aby móc efektywnie dokonać ekstrakcji żołnierzy ze swego wnętrza. Po kilku chwilach manewrowania machina zatrzymała się całkiem, a wewnątrz zapaliła się zielona lampka sygnalizująca siedzącej wewnątrz drużynie, że może ona opuścić swój pojazd.

Kiedy tylko żołnierze wysiedli ze swych pojazdów natychmiast dostrzegli potężne obozowisko Gwardii Imperialnej jakie się przed nimi rozciągało. Nie miało żadnych murów obronnych czy innych obwarowań, było zwykłym polem namiotowym, gdzie przy licznych ogniskach, ochranianych przed deszczem przez liczne prowizoryczne osłony, zrobione z wszelkiej maści złomu i odpadów, ogrzewali się członkowie ich regimentu. Przed samym obozem rozciągał się wysoki na kilka metrów wał ziemi, wzmacniany stalowym rusztowaniem, na którym co jakiś czas znajowały się schody. Musiała to więc być prowizoryczna linia obrony, jaką stworzyli poprzedni gwardziści dla swoich towarzyszy broni. Na szczycie wału znajdowała się stalowa płyta, na której znajdowały się liczne głośniki. Gwardziści z daleka dostrzegali także centralną część wału, na której znajdowała się dodatkowo wysunięta w ich stronę platforma, na której łopotał sztandar regimentu tyle tylko, że nie ich regimentu.

Kompania do jakiej należeli była ostatnią jaka przybyła na pole bitwy, tym samym kończąc trwający przez prawie tydzień transport wojska. Kompanie wydawały się być transportowane w kolejności losowej, oni sami należeli do ósmej kompanii, a jednak przybyli na pole bitwy jako ostatni. Gwardziści zastanawiali się, czy miało to na celu ukarać winnych, czy też podburzyć i umocnić w nienawiści do swych towarzyszy tych, którzy byli niewinni. Tak czy inaczej spełniało swoją funkcje. Ci którzy przybyli na miejsce jako pierwsi, pałali szczerą niechęcią do swych kamratów, którzy w czasie gdy oni usypywali potężny wał, stawiali platformy, rusztowania i byli zmuszeni do przemarzania na tych zabłoconych polach, nie mając praktycznie żadnej ochrony przed wiatrem; ponieważ komisarz rozkazał, aby przed wałem zrobić miejsce na plac apelowy, a więc namioty znajdowały się od niego tak daleko, że ten i tak nie dawał już praktycznie żadnej ochrony; spali spokojnie w bezpiecznej kwaterze, z murowanymi ścianami i klimatyzacją.

Dał im jeszcze jeden dzień. Jeszcze jeden dzień na rozbicie namiotów, na przespanie się na zabłoconym, niestabilnym terenie gdzie namioty co rusz traciły swe mocowanie w ziemi i się przewracały, nierzadko także łapiąc wodę z powodu nieszczelnych tropików. Chciał mieć pewność, że wszyscy zdążyli zakosztować przyjemności jakie oferowały te martwe pola. Chciał mieć pewność, że zdążą się jeszcze bardziej znienawidzić.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Zostali wybudzeni o świcie następnego dnia, czasami dosłownie wykopani z łóżek przez oficerów dowodzących kompanii. Deszcz nie przestawał padać nawet na moment. Ciężkie, zimne krople stale uderzały o ciała gwardzistów, nie rzadko zadając im fizyczny ból i wyziębiając ich organizmy. Nie dostali czasu na to by zjeść śniadanie. Wszyscy zostali spędzeni na plac przed wałem na swój pierwszy apel. Warunki terenowe nie ułatwiały im ani dostania się na swoje pozycje ani uformowania szyków, nie mówiąc już o staniu na baczność. Gwardziści zapadali się w błocie, gnani na swoje miejsca często lądowali w nim twarzą, a kiedy już zajęli swoje pozycje musieli czekać, aż kolejni gwardziści zajmą należne im pozycje. W końcu pokaźna zgraja ludzkich worków z mięsem ustawiła się przed potężnym wałem, na szczycie którego stał już i uważnie przyglądał się im ich nowy dowódca.

Gwardziści z pięćset jedenastego przyglądali się postaci stojącej na wzniesieniu. Niewątpliwie był to mężczyzna, całkiem wysoki, choć mogłoby się wydawać, nieco wychudzony mężczyzna. Ubrany był w raczej niespotykany wśród komisarzy, biały, masywny, materiałowy płaszcz, jaki teraz obwisał swymi pasami grubej tkaniny na jego ciele, zmoczony przez uderzające w niego krople deszczu. Mężczyzna wydawał się jednak nie przejmować sytuacją pogodową. Stał wsparty na swej partyzanie energetycznej, a złowieszczy uśmiech nie schodził z jego twarzy bladej o ostrych rysach, przeciętnych ustach, niewielkim nosie, brązowych oczach i uszach skrytych pod przemoczonymi do cna, długimi, białymi włosami.

Lord Komisarz Shen, Treser Kundli, Pogromca Tchórzy, człowiek ten miał wiele tytułów, każdy z nich związany z długą historią opieki nad regimentami zdeprawowanych gwardzistów. Shen zawsze był wysyłany tam, gdzie sytuacja wyglądała najgorzej i nigdy, nawet na moment nie wątpił w słuszność swych metod działania, których skuteczność udowadniał raz za razem, a których prezentacja właśnie miała nastąpić. Gwardziści patrzyli jak ich dotychczasowy dowódca wchodzi po schodach na samą górę wału usypanego wcześniej przez jego ludzi. Jego ciężkie, okute buty uderzały o stalowy płyty kolejnych stopni aż w końcu nie stanął on na podeście. Mężczyzna stanął przed komisarzem, oddał mu salut i powiedział:

- Lordzie Komisarzu, pięćset jedenasty Cadiański regiment szturmowy melduje się...

W tym momencie, nim ktokolwiek zdążył zareagować, a w szczególności dowódca jednostki, komisarz wydobył skryty pod swymi szatami, kunsztownie wykonany i zdobiony licznymi ornamentami, artefaktyczny pistolet laserowy, wymierzył go prosto w twarz pułkownika i pociągnął za spust. Nastawiony na pełną moc pistolet wypalił, posyłając śmiercionośny promień prosto w twarz dowódcy regimentu, który z wypaloną na wylot dziurą w swej głowie, bezwolnie opadł na podest, z którego został zrzucony kopnięciem przez samego komisarza. Martwe ciało pułkownika stoczyło się na ziemię, pod stopy jego ludzi.

- Niech to będzie dla was nauczką! - zaczął mówić Shen - Nie ma znaczenia jak wysoki stopień macie, jak wiele macie doświadczenia bojowego, czy pochodzicie z rodziny szlacheckiej czy nie, od teraz, wszyscy jesteście moimi kundlami! Będziecie walczyć, będziecie zabijać wrogów Imperium i naszego wspaniałego, nieskazitelnego Imperatora Ludzkości, a ginąć na TYLKO I WYŁĄCZNIE, na moją komendę! Karą za niesubordynację, będzie zapomnienie, nagrodą za posłuszeństwo, odkupienie waszych win!

Głos komisarza odbijał się echem w dziesiątkach głośników rozstawionych na całym wale ziemnym, słowa komisarza wwiercały się w umysły gwardzistów, raniąc ich dumę i honor, podobnie jak śmierć ich dowódcy, żaden z nich nie odważył się jednak odezwać słowem, ich ciała nie drgnęły w żadnej oznace nieposłuszeństwa, wszyscy wiedzieli jaka czeka ich za to kara. Jednak komisarz nie zaprzestawał swego wywodu, a jego następne zdanie:

- Niniejszym oświadczam wam również, że z dniem dzisiejszym pięćset jedenasty regiment Cadiański zostaje rozwiązany, a wy zostajecie wcieleni do czterdziestego regimentu komisarskiego, o jakże wdzięcznej nazwie, Kundle Shena!

Strach sparaliżował wszystkich gwardzistów stojących na placu. Zrozumieli oni co właśnie się stało. Czterdziesty regiment wyrobił sobie już renomę w sektorze w jakim walczyli gwardziści, jako regiment, który potrafi w jednej bitwie stracić siedemdziesiąt procent stanu osobowego. Tylko pierwsza kompania miała tutaj lepszą przeżywalność i nie bez powodu, jej członkami byli najlepsi, najbardziej posłuszni i oddani komisarzowi członkowie regimentów jakie przejął i jakimi bezwzględnie dowodził. Ich zadaniem nie była nawet właściwa walka, a poganianie tych, którzy szli przed nimi prosto pod ostrzał nieprzyjaciela. Naturalnie mieli oni także znacznie lepszy sprzęt, opancerzenie, specjalistyczne uzbrojenie jak karabiny melta, miotacze ognia, a nawet broń plazmowa, nie mieli oni jednak dodawać otuchy i pewności siebie swym towarzyszom, a wręcz przeciwnie, mieli budzić ich strach.

Członków pierwszej kompanii regimentu można było łatwo rozpoznać, zawsze stawali na końcu, mieli pełne karapaksowe opancerzenie, a dla efektu psychologicznego nosili maski stylizowane na wilcze i pawie czaszki lub łby. Okrywali się także płaszczami z futer bądź piór i byli gotowi w każdej chwili rozstrzelać stojących przed nimi gwardzistów. Trzymali oni także sztandar regimentu, taki sam jak ten, który widoczny był na komisarskiej mównicy, pawią czaszkę, otoczoną czymś co przypominało czerwono biały pawi ogon, pod którym znajdowała się złota Imperialna aquilla, a wszystko to spowite w kruczoczarnym tle.

- Waszym pierwszym zadaniem - zaczął mówić swym upiornym, pewnym siebie głosem komisarz - Będzie rzucenie się prosto na pole śmierci znajdujące się za tym wałem i sforsowanie linii obrony nieprzyjaciela. Artyleria ryje jego umocnienia odkąd dotarły tu pierwsze transporty, a więc nie powinno to być trudne.

- Następnie - kontynuował lord Shen - Musicie zająć wzgórze fabryczne. Jego ściany były za twarde aby skutecznie mogła je skruszyć artyleria, dlatego każdy pluton otrzymał ode mnie ładunek melta, macie podejść pod mury, a następnie wyrwać sobie w nich dziury, którymi dostaniecie się do środka, kiedy to zrobicie wedrzecie się do wnętrza i zarżniecie każdego kto stanie wam na drodze.

- Zdobycie tego miejsca otworzy - nie przestawał mówić komisarz - dalszą drogę naszym towarzyszom z innych jednostek do zwycięstwa na planecie. Lord Generał wierzy, że wasz regiment podoła zadaniu jakie właśnie ode mnie otrzymuje. Nie zawiedźcie, a czeka was nagroda, spróbujcie uciekać, nie wykonać powierzonych przeze mnie rozkazów lub co gorsza podnieść rękę na swych oficerów, a czeka was los gorszy od śmierci!

- A teraz... NAPRZÓD PSY! PO ZWYCIĘSTWO! - wrzasnął lord Shen kierując swą partyzanę w stronę czegoś co znajdowało się po drugiej stronie wału.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Gwardziści natychmiast usłuchali rozkazu komisarza i wiedzeni przerażeniem, wiarą w Imperatora, oraz obawą o kare jaka spotka ich jeśli zawiodą, zaczęli wspinać się na wał jaki usypali. Shen dobrze wiedział co robił kiedy ustanawiał kolejność w jakiej kompanie docierały na miejsce bitwy. Ostatni w kolejności byli ci, którzy dopuścili się najgorszych zbrodni, którzy teraz stali w pierwszym szeregu. Ci gwardziści nie wiedzieli jeszcze, co czeka ich po drugiej stronie wału, a kiedy już dotarli na sztuczne wzniesienie i dostrzegli krajobraz przed sobą, natychmiast pożałowali zarówno swych grzechów jak i swej wspinaczki. Przed gwardzistami rozciągała się teraz linia kompletnie otwartego terenu. Potężne salwy artyleryjskie oraz tysiące par butów jakie przemaszerowały przez te tereny zmieniły tą niegdyś zieloną, bajeczną wręcz krainę w usianą kraterami, pokrytą błotem, równinę śmierci, na której długości nadal zalegały, wciąż widoczne, przegniłe zwłoki tych, którzy próbowali już zdobyć ten odcinek frontu i przełamać obronę. Tym razem jednak atakiem dowodził komisarz Shen, który oprócz niemal niezliczonych pocisków, miał do swej dyspozycji także determinację swych ludzi, których działanie determinowane było strachem lub rzadziej chęcią odkupienia win.

Potężna fala ludzkiego mięsa runęła z wału ziemnego i z okrzykami bojowymi i wściekłymi wrzaskami rzuciła się prosto na wskazaną przez komisarza linie okopów, która była obecnie tak zryta kraterami, że ledwo dało się dostrzec jeszcze właściwą linie umocnień. Natarcie szybko wytraciło jednak swój impet, gwardziści musieli wpadać do kolejnych dziur, z których następnie musieli się wydostać by dopiec do kolejnego krateru jaki siłą rzeczy zawsze pojawiał się na ich drodzę. Paradoksalnie brodzenie w błocie, zgniłych trupach i przedzieranie się przez kratery miało pewien pozytywny aspekt. Kiedy gwardziści znaleźli się już w zasięgu gniazd ciężkich karabinów maszynowych i nielicznych bolterów byli dość rozproszeni, przez co pierwsza salwa, która zwykle zbiera potężne żniwo w postaci pierwszych trzech lub nawet pięciu linii, teraz wyeliminowała ledwie połowę pierwszej linii i nielicznych gwardzistów w innych szeregach.

Gwardziści momentalnie padli na ziemie i pod ostrzałem kolejnych gniazd broni ciężkich jakie dawały o sobie znać swymi morderczymi salwami ołowiu gwardziści zaczęli mozolnie przedzierać się w stronę linii obrony przeciwnika. Niektórzy z żołnierzy w panice próbowali nawet ostrzeliwać przeciwnika, całkowicie ignorując fakt, że ten jest poza zasięgiem ich broni. Ci gwardziści szybko przekonywali się o nieskuteczności swego działania, kiedy kolejne pociski nieprzyjaciela wybijały sobie dziury w ich pancerzach i momentalnie zmieniając ich w truchła, jakie dołączały do zbiorowej mogiły wraz z przegniłymi, często obdartymi do czystej kości towarzyszami jacy już wcześniej oddali swe życia za Imperium. Ci głupcy nie byli jednak całkowicie bezużyteczni, momenty wytchnienia jakie dawali swym towarzyszom pozwalały im przedrzeć się przez kolejne skrawki terenu.

Shen stale przyglądał się atakowanemu terenowi, na jego twarzy zagościł jednak uśmiech zdziwienia i uznania. Jego snajperzy z pierwszej kompanii, podobnie jak on sam wypatrywali z użyciem swych karabinów żołnierzy, którzy próbowali uciekać z pola walki. Ku swemu zaskoczeniu i szczerej radości komisarza nie znaleźli nawet jednego dezertera. "Może nie są tacy źli" pomyślał Shen, wtedy też pierwsze eksplozje spadły w szeregi prących naprzód gwardzistów.

Zwały błota uniosły się nad ziemię zasypując gwardzistów falami błota i ostrych jak brzytwy szrapneli, które przebijały pancerze i szatkowały narządy wewnętrzne kolejnych gwardzistów, nieraz jednorazowo kładąc trupem całe grupy uderzeniowe. Żołnierze padali na ziemie, by szybko zniknąć w rozmokniętej glebie, wbici w nią z użyciem butów maszerujących po nich towarzyszy. Nie było tutaj czasu na zebranie nieśmiertelników, ani tym bardziej na jakikolwiek pochówek, gwardziści po prostu padali na ziemię i znikali w niej, rozerwani na kawałki pociskami z heretyckich moździerzy albo osuwali się do lejów po bombach gdzie zalewały ich zwały błota. To właśnie miał na myśli komisarz kiedy mówił, że porażka oznacza zapomnienie. Śmierć z ręki wroga była porażką, a to pole sprawiało, że polegli znikali na zawsze w odmętach tej gleby.

Shen patrzył jeszcze przez moment na gehennę maszerujących wojsk po czym ze stoickim spokojem powiedział:

- Majorze!

- Na rozkaz, mój panie! - odpowiedział stojący u jego boku człowiek.

Był to wysoki, postawny i dobrze umięśniony mężczyzna. Jego głowa była całkowicie wygolona, podobnie zresztą jak jego twarz, szpecona potwornie wyglądającą blizną, będącą efektem poparzenia, które również pozbawiło mężczyzny wzroku w prawym oku. Nosił na sobie standardowy mundur Gwardii Imperialnej, tyle że dodatkowo wyposażony w karwasze i lepsze naramienniki.

- Nasze kundle chyba mają już dość, uciszcie te cholerne karabiny! - powiedział pewnie komisarz.

- Tak mój panie! - powiedział żołnierz, lecz zaraz dodał - Czy moździerze też mamy uciszyć?

- Nie, te psy muszą zasłużyć na prawo do życia i walki za Imperatora - powiedział komisarz.

- Rzekłeś lordzie! - powiedział major i zaczął wydawać rozkazy swym ludziom.

Członkowie pierwszej kompanii regimentu komisarza wtoczyli na wzniesienie swoje działa laserowe, wymierzyli je w doskonale widoczne z tej pozycji stanowiska ogniowe, po czym na rozkaz majora w niemalże idealnej synchronizacji pociągnęli za spusty. Seria czerwonych promieni z prędkością światła pokonała odległość dzielącą wał, na którym znajdowały się działa oraz stanowiska strzeleckie heretyków. Huk wywoływany kolejnymi, morderczymi salwami z karabinów zniknął jak ucięty nożem. W ciągu sekundy wszystkie stanowiska strzelnicze nieprzyjaciela zniknęły z powodu eksplozji amunicji, zniszczenia samej broni, oraz śmierci operatorów, którzy tracili swe kończyny, poprzez odstrzelenie ich z użyciem lancy, lub gotowali się od środka, na skutek kontaktu z temperaturą, jaka wcześniej zniszczyła ich broń.

Gwardziści natychmiast wykorzystali sytuację i z wściekłymi okrzykami rzucili się prosto do okopów nieprzyjaciela. Co prawda kiedy byli już w dosyć bliskiej odległości odezwały się głosy karabinów automatycznych jakich na masową skalę używali zdrajcy, jednak te głosy pociągnęły raczej niewielkie straty, gdyż szybko uciszyła je cała kanonada granatów rzucanych przez wojska Imperium.

Kiedy wreszcie lojaliści wpadli do okopów zaczęła się regularna rzeź. Heretycy być może mieli broń palną, być może mieli nawet broń białą inną niż saperka, być może byli też fanatycznie oddani swej sprawie, jednak walczyć, zwłaszcza wręcz, potrafił maksymalnie jeden na dziesięciu. Gwardziści wpadali do kolejnych umocnień nieprzyjaciela tnąc go wściekle swymi bagnetami, masakrując oponentów celnymi salwami oddanymi z bliskiego dystansu i obrzucając granatami mocniej ufortyfikowane pozycje. Największą zabawę w tej walce mieli sierżanci, ich miecze łańcuchowe bezlitośnie wgryzały się w ciała zdrajców, miażdżąc kości, rwąc arterie i rozszarpując narządy. Widok dowódcy Gwardii Imperialnej był dla heretyków tak przerażający, że na sam ryk ich mieczy łańcuchowych wróg często sam z siebie opuszczał swe pozycje, zwykle tylko po to by dać się usmażyć rzędowi karabinów laserowych naszpikowanych bagnetami. W tym wypadku straty lojalistów były minimalne, potrzebowali oni ledwie kilkunastu minut, żeby całkowicie wyczyścić z przeciwników linie umocnień nieprzyjaciela.

- Majorze - zaczął lord Shen natychmiast zwracając na siebie uwagę swego podkomendnego.

- Niech pańscy ludzie zajmą pozycje zdobyte przez nasze kundle i oczekują dalszych rozkazów - powiedział komisarz.

- Tak jest sir! - powiedział mężczyzna i szczerząc się paskudnie zaczął wrzeszczeć na swych ludzi i wydawać im rozkazy do dalszego marszu.

Shen spokojnie opuścił wał, specjalnie przygotowaną dla niego kładką, a następnie szybko ułożonym podestem zaczął kierować się w stronę okopów gwardzistów, całkowicie ignorując wszelkie niedogodności z jakimi musieli zmagać się jego podkomendni. Widok komisarza idącego suchą stopą nad całym polem trupów, na walce o które pięćset jedenasty stracił całą masę ludzi wywołał potężny gniew u członków nieistniejącego regimentu. Gwardziści byli głodni, zmęczeni i zdemotywowani śmiercią towarzyszy, nie wspominając już o wzniesieniu fabrycznym, które z tej odległości wyglądało bardziej jak forteca. A może nawet nią było? W końcu mechanicus są znani ze swego zamiłowania do ochrony swych sekretów.

- No co jest pieski? Dlaczego się zatrzymujecie? Świetnie wam idzie, jeszcze tylko ten budynek i odzyskacie swą renomę w oczach Imperium! - powiedział radośnie Shen stając przed gwardzistami w jednym z okopów.

Jeden z członków byłego pięćset jedenastego wystąpił przed szereg i zaczął mówić:

- Ale sir...

W tym momencie promień z pistoletu laserowego komisarza przepalił jego głowę na wylot. Martwe ciało runęło w zwały okopowego błota zalewając go krwią i resztkami przepalonej tkanki jaka wylała się z czaszki. Żołnierze na moment mogli dostrzec, jak twarz komisarza z radosnego i wyraźnie zadowolonego z zaistniałej sytuacji człowieka, zmieniła się w oblicze wściekłej, złowieszczej bestii, pragnącej zatopić swe kły w każdym, kto ośmieli się stanąć na jej drodze.

- Niech to będzie przykład dla reszty z was, ten niewytresowany kundel został potraktowany ulgowo, reszta z was nie będzie miała tego szczęścia. Ten budynek ma być wasz jeszcze dzisiaj! NAPRZÓD PSY! PO ZWYCIĘSTWO! - wrzasnął Shen i wskazał swoją partyzaną na wzgórze fabryczne.

Wieść o zachowaniu komisarza szybko rozeszła się po okolicy, a przerażeni lojaliści ponownie ruszyli ze swym natarciem. Komisarz nie był jednak całkowicie bezlitosny, nakazał swojej pierwszej kompanii przejąć broń nieprzyjaciela i wyzyskać ją do zapewnienia gwardzistom pięćset jedenastego wsparcia. Shen nie robił tego z dobroci serca, wiedział po prostu, że jeśli zwykłe mięso nie podoła misji będzie musiał się tym zająć osobiście, a tego robić mu się nie chciało. Pociski z moździerzy uderzały głównie w sterczące ze ścian budynku stanowiska ogniowe i ich okolice. Kule ognia, ślady dymu i niewielkie ale mimo wszystko istniejące ryzyko oberwania szrapnelem sprawiło, że obsługa dział niechętnie stawała do ich obsługi.

W czasie kiedy ludzie Shena oddawali kolejne salwy w stronę budynku, reszta lojalistów wspinała się po błotnistym terenie na potężne wzniesienie, na którym znajdowała się fabryka. Na szczęście dla gwardii, ostrzał artyleryjski skutecznie wyłączył z walki stanowiska artyleryjskie nieprzyjaciela, dzięki czemu gwardia nie musiała podejmować się realizacji wszystkich swoich zadań będąc pod stały ostrzałem nieprzyjaciela. Nie oznaczało to jednak, że zdobycie wzgórza fabrycznego było spacerkiem. Sztucznie usypane wzniesienie było niezwykle strome od tej strony linii obrony, co prawda można było próbować łagodniejszego podejścia, ale z tamtej strony ściany budynku były nienaruszone, przez co wysadzenie ich graniczyło z niemożliwością. Co więcej aby to zrobić trzeba by okrążyć placówkę we względnie bezpiecznej odległości aby nie zostać zmasakrowanym przez stanowiska obronne, co oznaczało utratę czasu, a na to Shen nie mógł sobie pozwolić.

Moździerze dały ludziom Shena dość czasu aby z użyciem kładek zdążyli oni dotaszczyć swe potężne działa laserowe na pole bitwy, dały im także czas aby wymierzyć w szczeliny będące stanowiskami obronnymi nieprzyjaciela, komisarz nakazał zaprzestać ostrzału z broni zdobytej na heretykach i czekał. W tym czasie gwardziści byli już niemalże na samym szczycie wzniesienia, jednak wciąż w kącie ostrzału najniżej położonych stanowisk ogniowych. Po kilku chwilach stało się to na co czekał lord, zaczęło się od kilku małych, niemal niezauważalnych ruchów w środku, a zaraz potem fabryka rozpoczęła swój huraganowy ostrzał z licznych stanowisk ogniowych. Deszcz ognia i stali jaki spadł na wspinających się gwardzistów natychmiast zmielił część z nich i zdegradował ich ze statusu istoty ludzkiej do poziomu pokarmu dla padlinożerców. Shen nie zamierzał jednak pozwolić aby taki stan rzeczy trwał długo, tak szybko jak stanowiska ogniowe się odezwały, tak szybko zostały uciszone kolejną salwą z dział laserowych.

W końcu żołnierze Imperium dopadli do ścian kompleksu i zaczęli montować ładunki wybuchowe. Shen patrzył na ich poczynania i był pod wrażeniem. Gwardziści szybko dostrzegli pokaźną wyrwę w murze fabryki, jaką kilka tygodni wcześniej stworzyło trafienie z pocisku artyleryjskiego Imperium, zobaczyli też gdzie trafił pocisk i zrozumieli, że wysadzanie gołej ściany budynku, której nie dały rady skruszyć tygodnie ostrzału artyleryjskiego, nie ma najmniejszego sensu. Zamiast tego, wzorem pocisku, lojaliści obrzucili licznymi ładunkami wybuchowymi stanowiska strzelnicze nieprzyjaciela. Tym sposobem udało im się utworzyć trzy pokaźne wyrwy w murze placówki, tymi wyrwami żołnierze zaczęli wdzierać się do środka kompleksu,walka z wrogami wewnątrz budynku wyglądała jednak zupełnie inaczej niż w okopach.

Tutejsi przeciwnicy wiedzieli z kim walczą, wiedzieli także jak walczyć, byli znacznie bardziej zdyscyplinowani i znacznie lepiej wyposażeni niż mięso armatnie w okopach. Korytarz po korytarzu, gwardziści musieli przedzierać się przez kolejne metry placówki nieprzyjaciela, a wychylając się zza rogu mieli świadomość, że może to być ostatnia rzecz jaką robią w życiu. Presja psychiczna jaką wywierały na żołnierzach ciemne korytarze była nie do zniesienia, jednak gwardziści z mozołem parli na przód, z użyciem granatów eliminując kolejne stanowiska strzelnicze jakie stawały im na drodze, ścierając się z przeciwnikami w brutalnych walkach wręcz, w czasie których żadna ze stron nie oszczędzała swych mięśni. Korytarze fabryki powoli stawały się śliskie od ilości krwi jakie zaczęły je zalewać, jednak obie strony nie dawały za wygraną, każdy znał bowiem cenę porażki. Pięćset jedenasty Cadiański musiał niechętnie pogodzić się z faktem, że znalazł godnego przeciwnika w obrońcach fabryki.

W końcu gwardziści dotarli do miejsca, przez które nie było możliwości przebicia. Długi, szeroki korytarz, pozbawiony jakichkolwiek osłon, prowadzący do głównej sterowni fabryki. Przed wrotami znajdowała się jednak jeszcze jedna przeszkoda, barykada obsadzona przez całą hordę heretyków wyposażonych w dwa ciężkie karabiny maszynowe i multilaser. Nie ważne ile razy próbowali gwardziści, przebicie się było dla nich praktycznie niemożliwe. Pociski z karabinów szarpały ciała gwardzistów zmieniając ich w skórzane durszlaki, podczas gdy multilasery nie zostawiały w ich ciałach skrawka tkanki, który nie byłby poparzony. W końcu, kiedy na drodze umocnień heretyków leżały już zwłoki będące liczbowym odpowiednikiem całej kompanii Shen wkroczył do walki.

- Co tym razem? - spytał znudzonym głosem komisarz widząc gwardzistów stłoczonych przy wejściu do korytarza, po czym zbliżył się do krawędzi i spróbował się wychylić.

- Panie komisarzu, proszę uważać! - powiedział do niego jeden z żołnierzy i pociągnął komisarza za ubranie.

Szarpnięcie było dość mocne aby odciągnąć Shena o krok od krawędzi, ale jednocześnie dość szybkie, aby ochronić mężczyznę przed byciem ostrzelanym przez salwę z karabinu maszynowego. Shen powoli odwrócił się w stronę gwardzisty i obdarzył do morderczym spojrzeniem, mężczyzna natychmiast pożałował swej decyzji o ratunku komisarza, jednak ten nie sięgnął po swój pistolet, zamiast tego wziął głębszy wdech i obdarzył mężczyznę skinieniem głowy, jedyną formą podziękowania na jaką mógł liczyć ze strony lorda.

- No dobrze - zaczął mówić komisarz i kontynuował - A więc karabin maszynowy, ale dziury na tej ścianie - mówiąc to wskazał na ścianę korytarza - Nie są tylko po nim, z czym jeszcze się mierzymy?

Gwardzista, który ocalił Shena stanął na baczność i powiedział:

- Lordzie komisarzu, major Stanfield, melduję posłusznie, że przeciwnik dysponuje silnie ufortyfikowanym posterunkiem wyposażonym w dwa ciężkie karabiny maszynowe i multilaser.

- Spocznij majorze - powiedział komisarz i zaczął się zastanawiać.

Stał tak przez chwilę i powiedział:

- Gdzie jest umiejscowiony ten multilaser?

- Na środku korytarza panie komisarzu - odparł Stanfield.

- Na samym środku? - zapytał Shen.

- Tak jest! - powiedział major.

- Doskonale, Majorze, pańska broń - powiedział komisarz wystawiając rękę.

Stanfield nieco się zdziwił ale posłusznie sięgnął po swój pistolet boltowy, wtedy jednak powstrzymała go mocna dłoń odpychająca go na bok.

- Nie chodzi o ciebie trepie - powiedział potężny wygolony na łyso mężczyzna, po czym podał komisarzowi swój pistolet plazmowy.

- Doskonale, wie pan co robić Majorze - powiedział komisarz.

- Tak jest - powiedział mężczyzna sięgając za pas i wyciągając z niego dwa granaty.

Dwa ładunki dymne poleciały na korytarz okopany przez heretyków. Heretycy nie zamierzali jednak dać się podejść tak łatwo, natychmiast otworzyli ogień ze wszystkich broni jakie mieli. Shen nie za bardzo się tym jednak przejmował, dysponowali głównie bronią automatyczną a multilaser na ślepo nie był aż tak celny. Chroniony swoim rosariusem, komisarz przebiegł przez korytarz z wymierzonym w niego, naładowanym pistoletem plazmowym i oddał strzał. Kula oślepiająco jasnego światła przeleciała przez korytarz i trafiła prosto w broń heretyków, po czym eksplodowała wysadzając ogniwa galwaniczne broni. Chaos jaki wywołała nagła eksplozja natychmiast wykorzystali wyposażeni w maski gazowe członkowie pierwszej kompanii. Liczne promienie karabinów laserowych szybko uporały się z niedobitkami heretyckiej armii, której członkowie nie byli w stanie oddać nawet jednego strzału.

- Pierwsza zasada walki ze zdrajcami panie Stanfield, nie dajcie im przejąć inicjatywy, pamiętajcie, zdrajcy to tchórze, których wola była zbyt słaba aby oprzeć się pokusie zdrady i tak samo jak nie oparli się chęci zdrady, tak samo nie oprą się waszej żelaznej woli - powiedział pewnie komisarz.

- Albo ładunkom melta i plazmie - zaśmiał się Major kończąc zakładać ładunki wybuchowe na bramę nieprzyjaciela.

- Tak jest panie komisarzu! - powiedział Stanfield.

- Dobrze, a teraz kryć się! - rozkazał komisarz.

Na szczęście osłona z jakiej korzystali heretycy była dość mocna, aby lojaliści mogli użyć jej na swoją korzyść. Owa bariera z powodzeniem zatrzymała kule ognia i fale uderzeniową jaką uwolniła eksplozja, przy okazji wzmacniając siłę ładunku wybuchowego, który wysadził wrota, a następnie spalił kolejną, taką samą jak poprzednia, linie obrony, która miała być najpewniej niemiłą niespodzianką dla atakujących, a która stała się grobem dla ustawionych zbyt blisko bramy zdrajców.

Shen wszedł jako pierwszy do wielkiej sterowni, gdzie już czekał na niego jej przywódca. Był to stary kapłan heretyckiego mechanicus, odziany w swe przestarzałe, mocno podarte już szaty, uzbrojony w kostur bractwa, którego Machina Opus zastąpiona została gwiazdą Chaosu, a jego serworamiona wyposażone były w liczne szczypce i piły. Kapłan był zgarbiony i ciężko dyszał, z jego maski wylatywały kolejne porcje pary wodnej, a jego oczy zastąpione były skrzącymi się zielonym światłem wizjerami. Shen doskonale wiedział jednak, że nie może lekceważyć tego przeciwnika.

- A więc to ty jesteś tym... organicznym robalem, który zakłóca mój spokój - przemówił metalicznym głosem kapłan.

- Jak na kapłana maszyny mało masz tych maszyn, spodziewałem się raczej większej ilości serwitorów aniżeli zwykłego mięsa - powiedział Shen z przekąsem.

- Oh, bez obaw, ty i twoi ludzie dostarczycie mi materiału aż w nadmiarze - powiedział kapłan i nie czekając na dalszy rozwój wypadków rzucił się do walki.

Shen nie zamierzał czekać ani chwili, pancerz kapłana był silny, ale nie niezniszczalny, a on nadal miał w ręku pistolet Majora. Nim kapłan dopadł komisarza, nim jego piły tarczowe rozszarpały białe szaty lojalisty, nim jego szczypce rozerwały go na kawałki, nim topór kapłana oddzielił głowę komisarza od reszty jego ciała, pocisk plazmowy był już w klatce piersiowej heretyckiego kapłana. Kolejna kula światła trafiła w kolano mężczyzny zmuszając go aby ten upadł i finalnie ostatni pocisk wypalił twarz konającego zdrajcy.

- Wybaczcie mi jeśli was rozczarowałem - powiedział Shen odwracając się w kierunku swych ludzi i kontynuował - Chętnie dostarczyłbym wam rozrywki w postaci epickiego pojednku ze zdrajcą - w tym momencie Shen oddał pistolet swemu podkomendnemu, lecz nie przestawał mówić - Ale nie mam zamiaru marnować ani swej siły, ani tym bardziej potencjału bojowego na takie ścierwo, jak ten niedorobiony kapłan.

Członkowie pierwszej kompanii niechetnie pokiwali głowami.

- Odnośnie zaś pana majorze Stanfield - tym razem komisarz skierował się w stronę mężczyzny.

Ten natychmiast stanął na baczność oczekując na to co powie komisarz, który zapytał:

- Domyślam się, że to pan kierował poczynaniami pańskiego regimentu w trakcie tej bitwy?

- Tak jest lordzie komisarzu! - powiedział major.

- Zaimponowała mi pańska postawa i zdolności, dlatego zachowuje pan swoje stanowisko i stopień. Nie obchodzi mnie ilu pańskich ludzi ocalało tą bitwę, proszę uformować z nich jedną jednostkę, od dzisiaj pan i pańscy ludzie oficjalnie stanowicie drugą kompanie czterdziestego regimentu komisarskiego, ze wszystkimi należnymi jej przywilejami, uzbrojeniem, ale także obowiązkami, w szczegóły wprowadzi pana Major.

- Dziękuję lordzie komisarzu! - powiedział zadowolony major.

- A teraz panowie, Majorze, proszę wprowadzić pana Stanfielda w zasady panujące w naszym regimencie, dogadajcie się ze sobą także w sprawie rozlokowania sił w kompleksie niewykluczone, że wróg spróbuje go odbić nim przybędzie do nas wsparcie - powiedział lord.

- Tak jest lordzie komisarzu! - powiedzieli obaj mężczyźni.

Shen stanął przed ekranami monitorującymi kompleksu fabrycznego. Większość z nich nie działała, zostały zniszczone, czy to na skutek wymiany ognia czy też z powodu ostrzału artyleryjskiego. Na tych, które działały Shen widział jednak pokaźne ilości zakrwawionych trupów, które zalegały na polach przed fabryką, na wzgórzu i wreszcie w samej fabryce. Komisarz patrzył na swoje dzieło i uśmiechał się pod nosem. Był pod wrażeniem zachowania Cadian, ci ludzie byli naprawdę oddanymi żołnierzami, nie dziwiła go jednak mała ilość sytuacji, którymi mógłby się przejmować, a jakie dostrzegł na polu walki, wszakże wszyscy defetyści regimentu zostali wybici w zasadzie już w okopach, może kilku zostało jeszcze w szeregach drugiej kompanii, jednak nimi... planował zająć się osobiście.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.