FANDOM


Gruba warstwa chmur skutecznie przesłaniała promienie słońca, czyniąc nienaturalny wieczór ze środka dnia. Deszcz zacinał wściekle swoimi ciężkimi kroplami wody, które agresywnie roztrzaskiwały się o blaszany dach budynku. Przed ciężkimi, drewnianymi drzwiami do niedbale wykonanego, mocno już wysłużonego obiektu z obdrapanym tynkiem ukazującym gołą cegłę, który chyba nigdy nie posiadał farby, stał mężczyzna. Kawałek blachy owego budynku, wystający poza granice jego ścian służył mu za względnie sprawną ochronę przed deszczem.

Był stosunkowo wysoki jak na mieszkańca Zony, wiekiem podchodził powoli pod czterdziestkę, miał raczej jasną, pomarszczoną już nieco skórę na ciele, miejscami nieco poplamioną, na skutek chorób jakie dopadły go na przestrzeni lat. Ubrany był w czarny kombinezon z czerwonymi akcentami zdobiącymi jego klatkę piersiową. Na ramionach miał naszywki z tarczą, symbolem Powinności. Do uda przytroczoną miał kaburę na pistolet, do szerokiego, brązowego pasa spinającego jego czarne spodnie doczepioną miał podręczną torbę, natomiast przez plecy przewieszony nosił karabin. Swoją twarz skrywał pod kapturem, jednak wciąż dało się dostrzec jego kwadratową szczękę, szerokie usta o nieco płaskich wargach, z których sterczał tlący się papieros, raczej przeciętny nos i oczy, normalnie brązowe, które na skutek cienia tworzonego przez kaptur wydawały sie być niemalże czarne. Kaptur zakrywał jego kruczoczarne włosy, tych jednak nie było wiele, gdyż mężczyzna regularnie je ścinał.

Mężczyzna stał oparty o ścianę, z głową zwróconą w stronę drogi idącą obok budynku. Asfalt jakim niegdyś była wyłożona już dawno zdążył popękać i zagrzebać się w gruncie, przez co poza koleinami i brakiem roślinności, jedynym świadectwem obecności drogi w tym miejscu była stara, zdezelowana, przerdzewiała przydrożna lampa, pamiętająca jeszcze czasy kiedy ten świat był zdatny do zamieszkania. No, była jeszcze brama, przed którą mieścił się owy budynek. Równie stara co sama stróżówka, a może nawet starsza od niej, wciąż miała na sobie spaw z Imperialną Aquilą i pomimo bycia jedynie niewielką bramką, wciąż działała. Za bramą; będącą jednym z dwóch możliwych przejść przez niewielki, wydawałoby się cienki, lecz utrzymany w znacznie lepszym stanie od stróżówki mur, który pomimo swych małych rozmiarów, zwieńczony drutem kolczastym u szczytu skutecznie pełnił swoją funkcje bycia barierą dla mutantów; mieścił się Bar.

Bar był z kolei niewielką, wydawałoby się nieistotną placówką Powinności. Pełnił on funkcje posterunku wczesnego ostrzegania dla Agregatora, jednej z większych aglomeracji organizacji, która zapewniała sprawne dostawy energii całej okolicy. Dookoła Agregatora istniało wiele takich placówek, Bar był jedną z największych, ale także jedną z najczęściej atakowanych. Bandyci na traktach, którzy czaili się na Samotników i Ekologów, którzy nad wyraz często korzystali z tej trasy, wszelkiej maści mutanty, no i orkowie, wszędobylscy i jak zawsze niebezpieczni.

Żołnierz Powinności ze spokojem obserwował wysokie trawy przed stróżówką, które nieregularnie targane przez wiatr uginały się pod ciężkimi kroplami deszczu. Deszczowa, pochmurna pogoda była dosyć powszechna na tych terenach Zony, mężczyzna jednak ją lubił, szum deszczu, kołysanie się traw, nawet grzmoty piorunów, wszystko to go uspokajało, pozwalało się wyciszyć i pomyśleć. Planeta ta miała niewiele pokaźnych zbiorników wodnych, zdecydowaną jej większość zajmowały lodowe pustkowia i lądy, znaczna część tych lądów była jednak bagnistymi moczarami, w których o śmierć było równie łatwo co tutaj. Bar mieścił się wiele kilometrów od bagien, sam żołnierz widział je zaledwie kilka razy, być na ich terenie musiał tylko raz i za nic w świecie nie chciał tam wracać.

Nagle drzwi od stróżówki otworzyły się wytrącając mężczyznę z przemyśleń. Ze środka szybkim krokiem wyszedł młodych chłopak. Był nieco niższy od mężczyzny, chociaż podobnie jak on był żołnierzem powinność, wyglądał praktycznie tak samo jak swój towarzysz jeśli idzie o uzbrojenie i strój, był jednak znacznie młodszy co dało się dostrzec po nadal gładkiej skórze na twarzy, niedokładnie wygolonym, rzadkim zaroście twarzy i wciąż radosnym, wręcz niewinnym spojrzeniu.

- Sierżancie Stjepanycz - powiedział chłopak oddając salut mężczyźnie.

- Spocznij Andrejew - odparł dowódca i zapytał - Też zapalić?

- Tak jest! - powiedział chłopak.

Sierżant pokiwał głową i ponownie wlepił wzrok w drogę.

- Ale pizga, ledwo wyszedłem a już zamarzam - powiedział chłopak odpalając wcześniej wyjętego ze swojej podręcznej torby papierosa z użyciem przydziałowej, metalowej zapalniczki na promethium.

- Ano, piękną pogodę dzisiaj mamy - odpowiedział Stjepanycz.

- Pan sierżant naprawdę lubi taką pogodę? - zapytał Andrejew.

- Dożyjesz tylu lat co ja, też będziesz ją lubił. Na tej planecie niewiele jest rzeczy, które możesz nazwać sprzymierzeńcem, ale gwarantuje ci, że deszcz jest jednym z nich - odpowiedział mężczyzna.

Chłopak nie odpowiedział, obdarzył jednak sierżanta mimowolnym, pytającym spojrzeniem. Stjepanycz nawet nie musiał się oglądać, Andrejew był nowym rekrutem, świeżym nabytkiem dumnej armii Powinności, nie wiedział jeszcze wielu rzeczy, których musiał się nauczyć jeśli chciał dożyć tylu lat co swój dowódca. Sierżant był już weteranem z wieloma latami czynnej służby na karku i z wieloma bliznami jakie mu ta służba przyniosła. Naukę młodzika traktował jako swój obowiązek i właśnie miał zamiar do niej przystąpić. Sierżant wziął głęboki wtedy i zaczął mówić:

- W deszczu widać wiele rzeczy, których nie dostrzeżesz w normalny dzień, jeśli widzisz, że gdzieś przed tobą paruje woda, to najpewniej nie źródło geotermalne, tylko anomalia termiczna, która usmaży cie na skwarkę gdy tylko się do niej zbliżysz, anomalie elektryczne przenoszą lepiej prąd, nie trzymają się ziemi, widzisz je z daleka, na długo zanim zdążą ci zaszkodzić, słowem, widzisz wiele zagrożeń zanim się pojawią.

- No nie wiem, z całym szacunkiem panie sierżancie ale jak dla mnie to mleko skutecznie ogranicza widoczność - powiedział chłopak.

- Jeśli ogranicza tobie to przeciwnikowi też, z tego zielska snajper nie strzeli, za wysoko, z lasu cie nie zobaczy, a przy szturmie starczy ci widzieć kontury - wyjaśnił Stjepanycz.

Andrejew pokiwał głową i samemu zaczął się przyglądać drodze, na której z oddali leniwie wyłoniły się światła, najpierw cztery, potem na moment mignęły cztery kolejne, a za nim kolejne cztery. Andrejew natychmiast zdjął karabin z ramienia i wymierzył go w kierunku świateł, Stjepanycz dał mu jednak znak dłonią żeby opuścił broń. Chociaż sierżant sam chwycił za własny oręż, nie zdradzał oznak niepokoju, ewidentnie spodziewał się gości.

Trzy tauroxy z symbolem Samotników na boku leniwie przedzierały się przez drogowe ostępy. Ich koła były dosłownie zatopione w błocie, podobnie jak maska, której ciężki stalowy spojler ledwie ukazywał swój pierwotny materiał spod warstw błota. Ich reflektory były jednak oczyszczone, najpewniej jakiś czas temu kiedy pojazdy zbliżały się do posterunku. Maszyny jechały gęsiego jedna za drugą, a kiedy już zbliżyły się na odpowiednią odległość od bramy, zatrzymały się. Drzwi od pierwszej machiny otworzyły się, a z jej środka powoli wysiadł kolejny mężczyzna.

Jego ciężkie buciory natychmiast zatopiły się w warstwie drogowego błota. Był to potężnie zbudowany, wysoki, barczysty mężczyzna, o jasnej karnacji i podobnej do Stjepanycza kwadratowej szczęce, chociaż nieco bardziej kształtnych ustach, za to większym nosie i dzikim spojrzeniu zielonych oczu jakim obdarzał obu Powinnościowców. Podobnie jak sierżant wiekiem podchodził pod czterdziestkę, a delikatny uśmiech na twarzy jego i dowódcy stróżówki sugerował, że obaj się znają. Nosił na sobie mundur typowy dla Samotników, chociaż za kaptur służyła mu wilcza skóra z łbem samego zwierzęcia nad głową, osłaniająca także jego plecy. Przez plecy przewieszony miał karabin automatyczny, nieco inny od tego jakim dysponował Stjepanycz jednak wciąż była to konstrukcja na litą amunicje z ładunkiem czarno-prochowym. Do uda przytroczony miał pistolet, była też jednak cecha decydująca o jego wyjątkowości a mianowicie potężny, bo mająca ostrze o długości prawie dwóch metrów flameberg, który mężczyzna nosił w ręku, bo nie mieścił się on nigdzie indziej, a już na pewno nie w wozie.

- Wilk! - zakrzynął radośnie sierżant.

- Miło cie znów widzieć Stjepanycz, jak noga? - odparł potężny mężczyzna.

- Dobrze, już dawno wygojona - odpowiedział Powinnościowiec.

- To dobrze, może ci się niedługo przydać do kopania rzyci zielonoskórym - odparł Samotnik.

- Oby nie i oby ci zasrani panikarze z Zatoru nie mieli racji - powiedział Stjepanycz.

- A co, boisz się kilku xenos? - zapytał prześmiewczo Wilk.

- Chciałbym żeby to było kilku xenos. Według nich to największa horda jaką kiedykolwiek widzieli, kilka tysięcy bestii, z bronią, z mutantami i chuj wie czym jeszcze - odpowiedział sierżant.

- I wierzysz w to? - zapytał Samotnik.

- Nie wierze, ale wiem że te ataki przybierają na sile i są co raz częstsze, tylko w ciągu tego miesiąca musiałem już kilka razy strzelać do brudasów. To nie jest normalne i mówie ci Wilk, coś się kroi, ci zasrani zielonoskórzy o czymś wiedzą i to coś na pewno nam się nie spodoba - odpowiedział Powinnościowiec.

Wilk parsknął jedynie śmiechem i odpowiedział:

- Przestań pić ten samogon od Siergieja, bo powoli zaczynasz gadać jak on.

- Bardzo śmieszne - odpowiedział sierżant.

- Dla mnie tak, a teraz otwieraj tą bramę - powiedział Wilk.

- Szesnaście - powiedział Stjepanycz.

Wilk pomyślał przez sekundę po czym odpowiedział:

- Dwadzieścia osiem.

Sierżant odwrócił się, spojrzał na okno w stróżówce i kilka razy machnął dłonią od swojej klatki piersiowej w prawą stronę. Przez moment w pomieszczeniu dało się zobaczyć ruch, między innymi gest uniesionego kciuka wykonany przez jednego z wartowników w środku stróżówki. Powinnościowcy nie byli idiotami, działali jak regularna armia, jej członkowie nigdy nie umieściliby kontroli sterowania bramą na zewnątrz. Po drugiej stronie znajdował się podobny budynek co na zewnątrz, chociaż nieco bardziej zadbany, w którym znajdowała się sterownia. Były one połączone kablem służącym za sieć telefoniczną, którym przekazywano informacje o otwieraniu bramy.

Po chwili na bramie zaświeciło się kilka lampek, a następnie stary mechanizm zaczął leniwie odsuwać kolejne centymetry płyty zagradzającej drogę konwojowi.

- Powodzenia - powiedział Wilk wystawiając dłoń na pożegnanie.

- Tobie też stary druhu - powiedział Stjepanycz odwzajemniając uścisk dłoni.

Tauroxy spokojnie wjechały na teren Baru, a kiedy to zrobiły brama powoli zaczęła zamykać się za nimi. Wówczas jednak do uszu Stjepanycza i Andrejewa dotarły wściekłe okrzyki. Orkowie w sile ponad dwudziestu osobników wyskoczyli z lasu z wściekłymi okrzykami bojowymi. Uzbrojeni w swoje topory, maczety, nieliczne tylko pistolety i jeden karabin parli przez wysokie trawy ze standardowym dla siebie ferworem.

- ZABIĆ CZŁEKUSIÓW!!! - wrzasnął jeden ork.

- OSKÓROWAĆ ICH!!! - dołączył się drugi.

- URŻNĄĆ ŁBY I PONABIJAĆ NA PALE!!! - dopowiedział trzeci.

- WAAAGH!!! - podsumował czwarty a wszyscy pozostali mu zawtórowali.

- Pierdoleni xenos! - zaklął Stjepanycz, po czym wziął krótkofalówkę i powiedział - Panowie, napierdalać bez rozkazu, strzelać póki ostatnie orkowe gówno nie padnie!

Ze stróżówki natychmiast wypadło jeszcze trzech żołnierzy Powinności, wszyscy z naładowaną bronią, wszyscy gotowi do strzału i wszyscy spragnieni krwi obcych. Żaden z nich nie strzelał jednak na pałę ogniem ciągłym, wszyscy byli doskonale zaznajomieni z dyscypliną ogniową, a przeciwnik spodziewając się ostrzału rozproszył się po polu. No i karabin automatyczny to nie broń laserowa, miał odrzut, rozrzut, wpływał na niego wiatr, żołnierze musieli wiedzieć co robią.

Pierwszy strzał mimo braku komendy padł niemal synchronicznie, na cel jako pierwszy wzięty został ork z karabinem postrzegany jako największe zagrożenie. Otrzymał pięć bezpośrednich trafień, jedno w ramię, na skutek którego wypuścił swą broń, kolejne dwa w klatkę piersiową, gdzie oba pociski przedziurawiły mu prawe płuco, następny strzał przebił jego krtań, a kula utkwiła w grubym kręgosłupie orka i w końcu ostatnia kula trafiła prosto w pień mózgu. Ork przebiegł jeszcze kilka kroków, po czym zarył twarzą o ziemie i padł martwy. Niezrażeni śmiercią kamrata orkowie parli przed siebie, a Powinnościowcy rozproszyli swój ostrzał.

Drudzy w kolejności byli orkowie z pistoletami. Nie doświadczony w walce Andrejew słał kule głównie w torsy oponentów, nie znał on jednak specyfiki orków, nie wiedział o ich odporności na ból i zdolności do walki mimo śmiertelnych ran. Bardzo się więc zdziwił kiedy posłana przez niego salwa, która zmieniła płuca orka w sito sprawiła, że ten tylko trochę zwolnił swój marsz.

- Chcesz spowolnić wal po nogach! Chcesz zabić, wal w łeb! - powiedział do Andrejewa Stjepanycz, po czym sam wystrzelił własną salwę.

Kule z prędkością znacznie większą niż dźwięk pokonała odległość między sierżantem a orkiem. Pierwsza ścięła jedynie ucho zielonoskórego i poleciała dalej w las, jednak kolejne dwie ogniosły znacznie lepszy efekt. Pierwsza trafiła prosto w oko orka, błona jego narządu napięła się, by następnie poddać się ciśnieniu i pęknąć, następnie pocisk skruszył kość dostał się do mózgu i prześwidrował go, by wyrwać potężną dziurę z tyłu czaszki stwora, przez którą zaczęła wylewać się zawartość jego głowy. Drugi pocisk trafił orka prosto w czoło i podobnie jak poprzedni przerwał skórę, rozbił twardą kość, jednak na skutek trafienia w mocniejszy punkt, zatrzymał się z tyłu głowy orka. Bestia zwolniła biegu, zaczęła się zapluwać, po czym padła na kolana. Kolejna salwa z karabinu sierżanta sprowadziła twarz orka do konsystencji rozgniecionego pomidora i zakończyła żywot istoty.

Kolejne salwy wystrzeliwane przez następnych żołnierzy kładły trupem kolejnych xenos, aż nie został ostatni prący prosto na nich. Andrejew przymierzył się do strzału, zobaczył jednak, że reszta oddziału zaprzestała ostrzału. Zamiast tego przyłożyli oni swoje karabiny do biodra, przestawili je w ogień ciągły i czekali. Młody rekrut poszedł za ich przykładem. Kiedy ork był dość blisko, wywalili w niego pozostałą zawartość magazynków. Targane na wszystkie strony ciało orka zostało zatrzymane przez prawdziwą ścianę kul wysłaną ze wszystkich pięciu karabinów. Nie było w jego ciele ważniejszego narządu, który nie zostałby uszkodzony, nie było też szans na to by przeżył, co ważne jednak, żaden z żołnierzy nie trafił w głowę bestii, co zdziwiło młodego rekruta, chociaż on nie trafił przez przypadek.

- Dobra Andrejew, idź do stróżówki po swoją meczetę! - powiedział Stjepanycz.

Broń do walki wręcz była konieczna na terenie Zony, do walki rekrutom, szeregowcom oddawano do użytku głównie maczety mierzące około pół metra, oficerowie mogli liczyć na lepszą broń jak miecze lub szable, zależnie od upodobania. Oczywiście były wyjątki takie jak Wilk z Samotników, jednak były one rzadkie. Ludzie na ogół woleli polegać na broni do walki na dystans jaka by ona nie była, zwłaszcza kiedy przychodziło do walki z orkami, z tego powodu kiedy stacjonarni, żołnierze z reguły nie nosili tej broni przyczepionej do pleców lub pasa, jak powinni.

Chłopak wyszedł ze stróżówki ze swoją bronią w dłoni a kiedy to zrobił zobaczył, że reszta oddziału targa zwłoki podziurawionego orka z pola. Stjepanycz wskazał na orka i powiedział:

- No dobra młody, pora na twój chrzest, bierz maczetę i urżnij łeb temu brudasowi.

Andrejew nie miał większych oporów przed wykonaniem polecenia. Orkowie może byli humanoidami, lecz z pewnością nie byli ludźmi. Nawet kiedy chłopak odcinał łeb bestii, dzikość nie schodziła z jej twarzy, a spojrzenie nawet na moment nie stawało się mętne i zamglone. Szeregowiec miał wrażenie, że bestia wciąż żyła kiedy ją "oprawiał". Kiedy wreszcie po dłuższej chwili agresywnego cięcia tkanki i kilku uderzeniach wymaganych do rozbicia kręgosłupa Andrejew miał już głowę orka w rękach, członkowie oddziału zaczęli wiwatować na jego cześć.

- No synku - powiedział Stjepanycz klepiąc go w ramię - Teraz to ty jesteś prawie jeden z nas.

Chłopak spojrzał na dowódcę, a ten uśmiechnął się i wskazał na kompletnie ignorowany przez Andrejewa kolec, jaki był wbity w ścianę nad drzwiami stróżówki, po czym rzekł:

Dostanie się do kolca nie było łatwe, jednak Andrejew został wsparty przed dwóch kolegów z drużyny, którzy wzięli go na ramiona i podsadzili na tyle, aby mógł on spokojnie wbić głowę na jej miejsce. Andrejew jeszcze o tym nie wiedział, ale wbił orkowy czerep przez rdzeń kręgowy, a przy kolejnym pchnięciu głowy na sam kolec, wbił on w kolec samą czaszkę, przez co miała ona tam wisieć jeszcze długie tygodnie. Sierżant spojrzał na dzieło chłopaka i powiedział.

- No kamracie, poczekajcie jeszcze dwa dni do czasu aż zdejmą nam tą cholerną wartę, schlejemy się na umór na twoją cześć! Ha!

Żołnierze wraz z dowódcą już wracali do swojej kwatery, kiedy raptem Stjepanycz coś dostrzegł, jego wyczulony wzrok weterana pozwolił mu to dostrzec, w kącie oka, niemalże poza polem widzenia, widział to tylko przez ułamek sekundy, ale to wystarczyło aby zwrócić jego uwagę. Gwałtownie odwrócił wzrok w stronę lasu i zaczął mu się przyglądać. Deszcz nieco zelżał w trakcie całego zajścia, przez co las był już lepiej widoczny.

- Stjepnycz, idziesz!? - zapytał jeden z ludzi sierżanta stojący w drzwiach.

- Ta, po prostu... nieważne - powiedział sierżant i skierował się do środka.

Mężczyzna zdjął palec ze spustu i ściągną wzrok z celownika. Był ubrany w płytowy pancerz, specjalnie na te okazje całkowicie ukryty w płaszczu maskującym, jego hełm był dużo bardziej zaawansowany od tego jakim dysponowały standardowe siły specjalne Gwardii Imperialnej, był on prawdziwą bazą danych, z której mężczyzna chętnie korzystał. Był potomkiem tempestus, stanowił awangardę sił wyzwolicielskich tego świata, mógł zabić ich wszystkich, zrównać tą marną stróżówkę z ziemią i zniknąć zanim siły wewnątrz posterunku w ogóle by się zorientowały, jego rozkazem było jednak czekać i obserwować, a więc czekał i obserwował i jak zawsze nie był zachwycony.

Ci ludzie hołdowali barbarzyńskim obyczajom, mieli zacofany oręż i z pewnością nie byli wierni Imperatorowi. Mimo wszystko jednak sprawnie poradzili sobie z tą grupą orków, chociaż bardzo tego chciał, nie mógł nazwać tych ludzi tchórzami lub kompletnie bezużytecznymi śmieciami, naprostowani na właściwą drogę, mogliby przysłużyć się Imperium Ludzkości, na powrót stać się jego wartościową częścią. Wyciągnięty z przemyśleń przez porykiwania dzików z okolicy, wdrapał się na jedno z pobliskich drzew i tam zaczął sporządzać raport sytuacyjny.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kolejne Imperialne okręty leniwie wynurzały się z osnowy. Flota eskortowa była już na miejscu, teraz były to głównie transportowce, które dostarczały broń, zapasy, amunicje, sprzęt, oraz ludzi do kampanii jaka wkrótce miała się rozpocząć na tym globie. Dowodząca atakiem inkwizytor Melody Tempest ze spokojem i niekrytym znużeniem patrzyła jak kolejne jednostki transportowe lądują na lodowych pustkowiach bieguna południowego. Wybrała to miejsce z oczywistego powodu, form ludzkich i nie tylko było tam najmniej, od czasu do czasu trafiały się bandy zdziczałych zwierzoludzi czy zbłąkany klan orków, lecz nic poza tym. Nie znajdowały się tam żadne miasta, miejsce to było więc idealnym do przeprowadzania desantu bez groźby ostrzału.

Kobieta usłyszała uderzenia ciężkich butów za swoimi plecami.

- Inkwizytor Tempest - zaczął komisarz Griflet.

- Mówcie komisarzu - powiedziała inkwizytor.

- Nasze mam najnowsze wieści ze zwiadu moja pani - podjął Griflet.

- I co z niego wynika? - zapytała z udawanym zaciekawieniem kobieta.

- Wygląda na to, że mieszkańcy planety podzieleni są na walczące ze sobą frakcje, dobrze orientują się w terenie i przystosowali się już do radzenia sobie z warunkami panującymi na planecie, posiadają także broń i są w stanie przeprowadzać mniej lub bardziej profesjonalne działania wojenne, jak chociażby ataki na grupy orków - powiedział mężczyzna.

- Stanowią zagrożenie? - zapytała inkwizytor.

- Z naszych ustaleń wynika, że najprawdopodobniej najcięższą bronią jaką dysponują są wyrzutnie rakiet i nieliczne tylko działa artyleryjskie w większych ośrodkach, nic z czym nie poradzi sobie nasza pancerna pięść i regularna, świetnie wyszkolona armia jaką mamy na komendę - powiedział komisarz.

- Zlokalizowaliście silosy laserowe na powierzchni? - zapytała kobieta.

- Są w okręgach przemysłowych planety, ale... dokładnego położenia nie znamy - powiedział niechętnie komisarz.

Kobieta powoli odwróciła się, spojrzała na komisarza i wyraźnie zaskoczona odpowiedzią, zapytała:

- Słucham?

Komisarz wziął głębszy wdech i powiedział:

- Nasi tempestus usiłowali dostać się do jednego z okręgów, ale kontakt z nimi się urwał. Wygląda też na to, że wszystkie okręgi kontroluje jedna tylko frakcja i to ona odpowiada za ostrzał Imperialnych emisariuszy - wyjaśnił komisarz.

- A... jak to możliwe, że elitarni synowie Imperium, nie zdołali przedrzeć się przez posterunki jakiejś... hołoty i znaleźć tego co im kazano? - spytała wściekle kobieta.

- Tego nie wiemy pani, ale frakcja ta jest gotowa do walki, obserwujemy jej aktywność, z pewnością wie o naszej obecności. Podobnie jest zresztą z orkami - mówił komisarz.

- Co z tymi xenos? - zapytała Melody.

- Podświadomie wyczuwają walkę, zbierają się w bandy i... z całą pewnością będą nam przeszkadzać - powiedział mężczyzna.

Melody powoli zamknęła oczy, wzięła głęboki wdech, odwróciła się napięcie, spojrzała na planetę pod jej stopami i zapytała:

- Ile jest tych frakcji?

- Naliczyliśmy trzynaście, ale najpewniej jest jeszcze jedna, chociaż jej obserwacja jest dosyć trudna - powiedział komisarz.

- Wyślijcie emisariuszy do tych frakcji, wątpię że ci byli skazańcy i inni szaleńcy, poddani tak długo zgubnemu wpływowi mrocznych mocy i porzuceni przez Imperium będą zainteresowani współpracą... ale nie możemy jednocześnie prowadzić oblężenia kilku miast na planecie i jednocześnie uprawiać partyzantki z całą planetą i orkami na niej! - zakończyła wrzaskiem kobieta i dodała - To wszystko komisarzu. Wykonać!

- Tak jest lady Tempest - powiedział komisarz i skierował się do wyjścia z mostka.

Kobieta spojrzała na planetę u swych stóp, następnie sięgnęła do jednej z kieszeni swego stroju i wydobyła z niego niewielki, misternie zdobiony medalik wykonany z platyny. W środku znajdowało się zdjęcie przedstawiające dwójkę siedzących obok siebie, rudowłosych ludzi, kobietę oraz mężczyznę i ją w wieku nastoletnim opierającą się na ich złączonych ramionach i obejmującą ich swoimi ramionami. Zdjęcie zostało zrobione z zaskoczenia, przez co widziała zaskoczenie na twarzy mężczyzny, szczery uśmiech na twarzy kobiety i własną radość. Obraz ten przywoływał wspomnienia, które pozwalały jej się wyciszyć i uspokoić kiedy coś nie szło po jej myśli. Kobieta ze spokojem podniosła głowę, spojrzała ponownie na świat jaki miała pod stopami i uśmiechnęła się.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.