FANDOM


Prolog

Woronin szedł przez długie, szerokie korytarze swojego okrętu. Śluzy okrętowe otwierały się jedna za drugą zapraszając swojego kapitana do kolejnych pomieszczeń statku kosmicznego. Ciężkie okute buty głucho uderzały o stalowe kraty podłogi. Ochronny amulet zawieszony na piersi rytmicznie uderzał o płytę napierśnika, a zaczepione u pasa trofea po zabitych wiedźmach, upiornie pobrzękiwały kołysząc z każdym jego krokiem. Tworzyło to swego rodzaju prostą orkiestrę zwiastującą nadejście Aleksieja, Herolda Inkwizycji, Łowcy Czarownic.

Drzwi od pomieszczenia odtworzyły się. Woronin pokazywał teraz, że jeśli tego chciał to potrafił być naprawdę przerażający. Długa potargana broda, stary wysłużony kapelusz i noszący ślady licznych napraw pancerz sprawiały że wyglądał upiornie, ale jednocześnie budził szacunek i uznanie każdego weterana walk Imperium. Kapitan powoli wszedł do pomieszczenia gdzie czekała na niego już Iskra i dowódcy pozostałych komand. Pomieszczenie było bardzo ciemne a jedyne źródło światła stanowił holograficzny projektor, przedstawiający planetę na orbicie, której znajdował się teraz jego okręt. Aleksiej podszedł do ekranu taktycznego, dwóch jego dowódców rozeszło się na boki ustępując miejsca kapitanowi. Wpatrywał się on przez dłuższą chwilę po czym zaczął

- No dobra panowie i panie - mówiąc ostatnie słów wskazał na swoją córkę i kilka stających obok niej kobiet - Dostaliśmy wezwanie na ten świat z powodu pojawienia się na nim kultu wiedźm.

- My? - zapytał mężczyzna stojący naprzeciwko kapitana.

Komandor Wasili był jednym z najlepszych dowódców Woronina. Był wiekowym i bardzo skutecznym łowcą, jednak jego zdolności do polowania na wiedźmy ustępowały jedynie jego zdolności do irytowania innych. Dołączył do Aleksieja na Vostroy jeszcze jako młody człowiek. Był bardzo blisko z Woroninem, nie tylko ze względu na wiek, ale także na fakt, że to on nauczył łowcę czarownic jak strzelać z karabinu i walczyć szablą, czyli bronią tak bliską sercu każdego mieszkańca Vostroy. Nosił ciężki karapaksowy pancerz, dodatkowo ozdobiony adamantową aquillą. Dwa bogato zdobione, noszone na krzyż miecze na plecach stanowiły jego główną broń, podczas gdy pistolet infernus świetnie nadawał się do walki na bliski dystans. Pomarszczoną już twarz, szpeciła długa ukośna blizna zaczynająca się na czole między oczami, idąca przez nos i kończąca się na lewym policzku. Była to pamiątka z jego pierwszego polowania.

- Tak, my. Inkwizytor Norad wykrył naszą obecność i poprosił nas o wsparcie - odpowiedział Aleksiej.

- Norad? Ciekawe czy dotrzyma obietnicy - zażartowała Iskra.

Łowcy spojrzeli na nią z uśmiechem na ustach.

- Aż tak chcesz rozwalić jakiegoś inkwizycyjnego agenta? - odezwał się Siergiej.

Siergiej był Valhallaninem. Do łowców dołączył wraz ze swoim elitarnym oddziałem po tym jak w czasie wojny z heretykami stracił niemal cały regiment wraz z dowódcą. Jego długi płaszcz skrywający cały pancerz wyróżniał się na tle pozostałych łowców. Siergiej był mistrzem snajperów i chociaż cechowała go cierpliwość i wielki spokój lubił też pożartować.

- Ostatnim razem o mało nie zginęłam przez to że musiałam niańczyć jakąś idiotkę i nie mam zamiaru znowu się narażać - powiedziała Iskra niespokojnym tonem.

- Spokojnie Iskra, Norad człowiek słowny, jak powiedział że ci pozwoli to pozwoli - powiedział uśmiechając się Woronin.

- Co wiemy o przeciwniku? - zapytała kobieta stojąca obok Iskry, wyraźnie zniesmaczona podejściem łowców do sprawy.

Miała nieco ponad trzydzieści lat, jednak widać było po niej, że to doświadczona wojowniczka. Było w niej coś co nie pasowało do łowców. Podczas gdy inni nosili płaszcze i peleryny, ona posiadała jedynie surowy ale dobrze wykonany i zadbany karapaksowy pancerz. Krótko ścięte, nieuczesane włosy gryzły się z świetnie zadbanym i wręcz błyszczącym się karabinem laserowym. Długi nóż i zestaw granatów przy pasie łączył się z ukośną przepaską na której nosiła magazynki do karabinu. Zza mocnego kołnierza na szyi wystawał tatuaż z napisem "Caidia" i wizerunkiem Imperialnego orła pod spodem.

Woronin uśmiechnął się, wyraźnie zadowolony faktem, że ktoś zaczął normalną odprawę.

- No i tu jest problem. Tak właściwie to nie wiemy z czym walczymy - odpowiedział Aleksiej wyraźnie niezadowolony tym faktem.

- Wiadomo ilu ich jest? - zapytała Iskra.

Woronin potrząsnął przecząco głową.

- Jakie mają barwy? - wtrąciła się Caidianka.

- Nie mają określonego schematu, według raportu to bezładne bandy heretyków i tyle - odpowiedział Woronin.

- Tak bezładne że aż Inkwizytor prosi o pomoc - powiedział cynicznie Wasili.

- Jak zwykle, Norad boi się, że ktoś przechwyci sygnał wszystkiego pewnie dowiemy się jak będziemy na miejscu - podsumował Malik.

Ciemna karnacja zdecydowanie wyróżniała jego i jego ludzi od pozostałych łowców. Nosił typowy pancerz łowcy, jednak jego rusznica dezintegracyjna zdecydowanie wyróżniała go na tle innych. Poza podstawową bronią nosił też długi kilij janczarski i pistolet laserowy. Jego rzemieślnicy znacznie ulepszyli metody tworzenia karabinów laserowych łowców, przez co te były bardziej wydajne i o wiele bardziej śmiercionośne. Przy pasie nosił też kodeks wojownika, Hariqistańską księgę zasad zarówno w czasie wojny jak i pokoju, który to traktował jako największą świętość.

- A właśnie, kiedy dolecimy? - zapytał Siergiej.

W tym momencie drzwi do pomieszczenia otworzyły się. Stanął w nich potężny mężczyzna zakuty w czarny pancerz wspomagany, ze złotymi zdobieniami. Jego ciężka płytowa zbroja połyskiwała w świetle ekranu taktycznego. Powoli wszedł on do środka zamykając za sobą drzwi. Na jego pasie widniał symbol inkwizycji, do samego pasa natomiast przypięty był pistolet plazmowy i miecz energetyczny wydający miłe brzęczenie i który to również posiadał symbol inkwizycji. Na szyi inkwizytora wsiał potężny świecący się rosarius. Był to olbrzymi mężczyzna, swą ogromną, dobrze zbudowaną posturą przewyższał nawet Woronina, a to już był wyczyn. Miał ogoloną na łyso głowę, jasną karnację, jego niebieskie oczy przeszywały każdego na kogo spojrzał, jedynie Iskra, Aleksiej i Wasili pozostali niewzruszeni.

Nagle zwrócił on swój wzrok bezpośrednio na Woronina i podał mu dłoń. Woronin pewnym ruchem odpowiedział na uścisk i uśmiechnął się.

- Dobrze cie znowu widzieć stary druhu - zaczął inkwizytor.

- I ciebie Noradzie - odpowiedział Woronin.

- Widzę że grono twoich dowódców nieco się powiększyło od naszego ostatniego spotkania - powiedział inkwizytor.

- Odrobinę - odpowiedział Woronin, znając jednak swych ludzi od razu przeszedł do tematu - Ale lepiej przyjacielu przejdźmy od razu do rzeczy, mów z czym walczymy, moi ludzie umierają z ciekawości czyją krew przyjdzie nam przelewać, ja z resztą też.

- Chwila, tak właściwie to skąd on, to znaczy inkwizytor wziął się na pokładzie? - zapytał zdziwiony Siergiej.

- Dolecieliście już jakąś godzinę temu. Woronin nie powiedziałeś im? - zapytał Norad.

- Nie chciałem im psuć niespodzianki - powiedział kapitan i wyszczerzył się perfidnie.

Inkwizytor uśmiechnął się tylko lekko, po czym wyjął ukrytą w rękawicy, niewielką płytkę i umieścił ją w ekranie taktycznym. Nad wejściem znajdował się niewielki otwór, w który inkwizytor włożył swój przyczepiony do drugiej rękawicy pierścień. Po chwili rozbłysnął on światłem a na ekranie wyświetliła się o wiele dokładniejsza mapa globu. Były na niej wyraźnie oznaczone strefy Imperialne i te należące do heretyków, ruchy wojsk, informacje o planowanych posiłkach i planach zaopatrzenia, słowem wszystko co było potrzebne do skutecznego planowania kampanii.

- Wiesz o wiele więcej niż to mówiłeś na początku przyjacielu - zaczął Woronin.

- Znasz moje podejście do kanałów transmisyjnych - odpowiedział inkwizytor.

- Panowie, nie chce być niegrzeczna ale chce wiedzieć z czym walczę - zaczęła Caidianka.

- Świeża krew co? - zapytał Norad.

- Lisa, należała do 561 caidiańskiego, dołączyła do nas kiedy kult wiedź wybił jej całą kompanie - odpowiedział Woronin.

- Ciekawe. A więc Liso, bo rozumiem że mogę się do ciebie zwracać po imieniu, bardzo ciężko mi udzielić na to pytanie wyczerpującej odpowiedzi, gdyż sam najzwyklej w świecie nie jestem pewien. Jesteś Caidianką więc najlepiej powinnaś rozumieć, że w walce z heretykami nie można być pewnym niczego, poza tym że trzeba ich zabijać - odpowiedział inkwizytor.

- Ale coś chyba możesz nam o przeciwniku powiedzieć - wtrąciła się Iskra.

- O! To jest właściwe stwierdzenie. Coś. Coś to w tym wypadku słowo klucz. Wiem że poza niezliczonymi mniejszymi bandami dominują dwa kulty, jednak zdecydowanie różnią się one od siebie - powiedział inkwizytor z prawdziwą pasją w głosie.

- Są do siebie wrogo nastawione - zapytał Siergiej.

- Nie. Są do siebie wręcz przesadnie przyjacielsko nastawione, nie zdziwiłbym się gdyby miały one wspólnego przywódcę - odpowiedział inkwizytor.

- A co wiemy o samych kultach? - zapytał Wasili

- Właśnie do tego zmierzałem przyjacielu - powiedział inkwizytor po czym kontynuował - Kulty różnią się od siebie niemal wszystkim. Pierwszy to sług rozkładu, widać to po nich na pierwszy rzut oka. Zmutowani z licznymi otwartymi ranami i ropieniami, bardzo wytrzymali i zabójczy a przy tym dobrze zorganizowani. Bardzo rzadko dokonują ataków, głównie utrzymują pozycje ale trzeba im przyznać że świetnie się do tego nadają. Są też bardzo dobrze wyposażeni i na pewno przeszli chociaż podstawowe szkolenie. Nie zdziwiłbym się gdyby były to zbuntowane siły obrony planetarnej.

- A drugi kult? - zapytała Lisa przerywając inkwizytorowi, ten jednak nic sobie z tego nie robił i odpowiedział na jej pytanie.

- Drugi kult to banda fanatyków którzy sami pchają się pod lufę. Chociaż w walce wręcz radzą sobie nieźle, są słabo wyposażeni a odpieranie ich nie stanowi większych problemów. Nie mają ustalonego schematu kolorystycznego, chociaż praktycznie zawsze mają przy sobie elementy purpury i różu.

- Mają pojazdy? - zapytała Iskra.

- Z pewnością lekkie takie jak chimery i sentinele, nie wiemy jednak czy dysponują czymś cięższym - powiedział Norad.

- To co was jeszcze powstrzymuje przed zmiażdżeniem ich ogniem artylerii? - odezwała się nagle milcząca do tej pory kobieta.

Podobnie jak Siergiej nosiła długi Valhallański płaszcz, jednak różniła się od swego wygadanego poprzednika. Miała rude, krótko ścięte włosy zaplecione w kuc z tyłu głowy, a także brązowe oczy i niezwykle bladą cerę. U pasa nosiła pistolet laserowy i prostą ale elegancką szable bojową. Widać w niej było szlachecką krew.

- Komandor? - Norad patrzył na kobietę pytającym spojrzeniem.

- Natasza Kendov, była dowódczyni 439. Valhallańskiego - odpowiedziała surowym tonem Valhallanka.

Norad zrobił poważną minę. Zrozumiał teraz dlaczego Siergiej do tej pory mierzył go nienawistnym spojrzeniem. Mężczyzna pokiwał głową ze zrozumieniem.

- Jeśli cie to pocieszy, to inkwizytor Samuel został spalony na stosie po tej misji, konklawe udowodniło mu heretyckie praktyki - powiedział Norad poważnym tonem.

- Nie pociesza, ale miło że nie masz mi za złe mojej niechęci do twojej osoby - odpowiedziała mu Valhallanka.

- Jeżeli tak wygląda niechęć do nie mogę się doczekać aż zobaczę twoją nienawiść! - powiedział inkwizytor z uśmiechem po czym kontynuował - Co do proponowanych działań to już próbowaliśmy, kilkukrotnie. Efekt był taki że w miejsce jednego ogniska zapalnego powstawało kilka i szybko rosły one do niebezpiecznych rozmiarów. Dlatego wezwałem was. Wiem że tym kultem dowodzą wiedźmy.

- Można wiedzieć skąd pochodzi ta wiedza? - zapytał Wasili.

- Od kilku pojmanych heretyków - odpowiedział inkwizytor po czym dodał - Normalnie nie prosiłbym was o pomoc, ale to wyjątkowo sprytne suki. Moi tempestus są dobrzy w walce ale tutaj potrzebuje ludzi kreatywnych, którzy za nic mają zasady moralne, w głębokim poważaniu mają zasady kodeksu wojny i nie cofną się przed niczym żeby dopaść te czarownice.

- Zapowiada się ciekawy dzień - powiedziała Iskra - No dobra inkwizytorze to jaki masz plan?

- Obecnie wiemy o dwóch miejscach gdzie po raz ostatni widziano wiedźmy, szpital w mieście Ordan i moczary Wadin. Chce żebyście podzielili swoje siły i... - inkwizytorowi przerwały otwierane drzwi pomieszczenia.

Do środka weszła dwójka ludzi. Młoda dziewczyna o długich blond włosach i błękitnych oczach i chłopak o krótkich kruczo-czarnych włosach i zielonych oczach. Oboje mieli jasną cerę i nosili inkwizycyjne szaty. Każdy znał tutaj ten rodzaj ubioru, długie szaty były rozcięte z przodu i z tyłu. Owe rozcięcie kończyło się przed noszonym przez nich pasem i miało za zadanie ułatwiać poruszanie się. Same szaty pełniły bardziej funkcje ozdobne niż ochronne. Od tego były dopasowane karapaksowe pancerze, zasłaniające większość ciała. Oboje nosili ze sobą laserowe pistolety i szable energetyczne, jednak poza tym bardzo się od siebie różnili. Chłopak wszedł pierwszy raźnym i pewnym siebie krokiem, wyglądał na dumnego i śmiałego. Łowcy od razu zdali sobie sprawę z faktu że to nowy nabytek i nie ma pojęcia z kim właśnie ma styczność. Dziewczynę natomiast poznał każdy, nawet Siergiej i Natasza, którzy tylko o niej słyszeli a najszybciej rozpoznała ją Iskra.

- Aaa jesteście już, dobrze, bardzo dobrze - powiedział inkwizytor - oto moi dwaj adepci Ikar i...

- Tamara - przerwała mu Iskra, a dziewczyna z przerażeniem zaczęła uciekać przed jej palącym spojrzeniem - Norad powiedz, że nie będę musiała znów niańczyć tej pokraki.

- Nie nie będziesz musiała. Tamara zostaje ze mną, ona ma bardzo ostre zmysły osnowy, jej zdolności bardziej przydadzą się mnie - powiedział spokojnym tonem inkwizytor.

- Czyli będę się musiała zająć tym wymoczkiem? - zapytała ze zrezygnowaniem.

- Cóż, szczerze mówiąc tak, właśnie na to liczyłem - powiedział inkwizytor ale szybko dodał - Naturalnie! Dotrzymam danego słowa. Cóż byłby ze mnie za inkwizytor gdybym był gołosłowny!

Na twarzy Iskry i każdego obecnego łowcy pojawił się uśmiech. Młody chłopak który nie miał pojęcia o co chodzi spojrzał na swego mistrza.

- Panie dlaczego oni się tak szczerzą? - zapytał chłopak.

- Ano bo widzisz młodziku, przez twoją uroczą towarzyszkę Iskra ostatnio straciła cały oddział dobrych ludzi i sama o mało nie zginęła. Po tym tak się wkurzyła, że twój mistrz obiecał jej że jak kolejny raz przyjdzie jej zająć się jakimś jego adeptem, to Iskra ma pełne prawo takowego rozwalić, jeżeli ten będzie stanowił dla niej zagrożenie - wytłumaczył z uśmiechem na ustach Wasili.

Chłopak pobladł stając się niemal całkowicie biały. Z sekundy na sekundę malał w oczach czując na sobie przeszywający wzrok paskudnie wyszczerzonej Iskry.

- Wspominałeś coś o podzieleniu się? - podjął nagle Woronin przerywając chwilę niezręcznej ciszy jaka nastała w pomieszczeniu.

- W istocie - przyznał inkwizytor i włączył się do rozmowy - Jak już mówiłem chciałbym, żebyś wraz ze swoim komandem i ze mną a także mymi przybocznymi wyruszył do szpitala, podczas gdy Iskra ze swymi ludźmi zajmie się moczarami. Naturalnie otrzymacie wsparcie z powietrza i w razie takiej potrzeby ogień artyleryjski i wsparcie regularnej piechoty.

- A co my mamy robić w tym czasie? - wtrąciła się nagle Lisa.

- Na planecie nie brakuje mniejszych skupisk, gdzie mogą się kryć pomniejsze wiedźmy, możecie też przy okazji przeszkolić zwykłych gwardzistów w zakresie polowania, zadań dla was nie zabraknie - powiedział inkwizytor.

- No to jak chłopy, zadowoleni!? - zapytał krzykliwie Woronin.

- Zadowoleni! - odkrzyknęli mu łowcy.

- No, to brać dupy w troki i idziemy polować - powiedział wychodząc z sali.

Cała reszta łowców wyszła za nim uzgadniając już między sobą kto gdzie rusza na polowanie. Iskra też miała już wychodzić lecz poczuła, że ktoś delikatnie łapie ją za rękę. Kobieta obejrzała się i zobaczyła wpatrującą się w nią Tamarę. Dziewczyna nie musiała nic mówić, Iskra poczekała z nią aż wszyscy pozostali wyjdą.

- Czego jeszcze ode mnie chcesz? - zapytała groźnie Iskra.

- Przeprosić - odpowiedziała łagodnym głosem Tamara.

- Za co? Za stracony odział? Za wiedźmę która uciekła? Czy może za to że o mało przez ciebie nie zginęłam? - krzyczała jej prosto w twarz Iskra.

- Za wszystko - powiedziała cicho Tamara.

- Dlaczego tak ci na tym zależy co? Jaką robi ci to różnice - dopytywała się Iskra a nienawiść była wyraźnie wyczuwalna w jej głosie.

Dziewczyna stanęła obok ekranu taktycznego i powoli osunęła się na ziemie.

- Ja... ja codziennie widzę ich twarze. Kiedy zamykam oczy, kiedy zasypiam i kiedy się budzę widzę ich wystraszone twarze, przerażone spojrzenia. Widzę jak umierają, słyszę ich krzyki, jęki, ale oprócz strachu czuje też gniew, wyrzut i nienawiść do mnie. Przeklinali mnie swym ostatnim tchem a ja... ja już tak dłużej nie potrafię... - Tamara z trudem powstrzymywała łzy wściekle płynące do jej oczu.

- I naprawdę myślisz, że to coś zmieni? - zapytała Iskra klękając przed nią, po czym ciągnęła - Mylisz się. Będzie tylko gorzej i gorzej. To nie minie ale się nasili, wybaczę ci czy nie i tak będzie cię to nękać. Albo do tego przywykniesz, albo zwariujesz i wylądujesz na stosie. Rozumiesz?

Dziewczyna nic nie powiedziała, tylko pokiwała głową.

- Ale... - starała się powiedzieć przez łzy - Ale spróbować nie zaszkodzi, prawda?

Iskra uśmiechnęła się.

- Powiem ci tak. Wtedy szłaś ze mną i o mało nie zginęłam. Teraz idziesz z moim ojcem. Przypilnuj żeby nic mu się nie stało, to ci wybaczę. Pasuje układ? - zapytała Iskra.

Dziewczyna zgodnie pokiwała głową.

- No to świetnie, a teraz wynoś się stąd i idź do swojego pana! - pogoniła dziewczyna po czym sama ruszyła do hangarów.

Po kilku godzinach dziesiątki transportowców ruszyły na różne miejsca planety, niosąc ze sobą tysiące dobrze wyposażonych i rządnych krwi łowców.

Rozdział I Moczary Wadin

Iskra wraz ze swoim odziałem przedzierała się przez bagna. Dobrze znała swoje drużyny i wiedziała kto sprawdzi się na tym terenie najlepiej. Zdecydowała się na dość niebezpieczny, z taktycznego punktu widzenia wręcz lekkomyślny krok zabrania ze sobą ponad setki ludzi. Rodziło to spore niebezpieczeństwo wykrycia co poskutkowałoby najpewniej natychmiastową ucieczką wiedźmy, Iskra wierzyła bowiem w swym fanatyzmie, że czarownica w starciu z nią jest bez szans. Z drugiej strony jednak o wiele łatwiej jest oflankować przeciwnika mając pod komendą setkę ludzi niż zwykle braną na takie operacje trzydziestkę. Skany orbitalne i zwiady powietrzne nie wykrywały żadnych dużych fortyfikacji, poza tym tworzenie jakichkolwiek umocnień w takim miejscu było całkowicie pozbawione sensu. Worki z piaskiem szybko zagrzebałby się w rozwodnionej glebie a stalowe płyty osunęły by się w zwałach podmokłej gleby. Jedyną szansą byłoby wzniesienie porządnej betonowej konstrukcji, jednak to ściągnęłoby uwagę zwiadów. Łowcy brali jednak pod uwagę możliwość spotkania okopanego wroga, zwłaszcza znając zdolności wiedźm do tworzenia iluzji, dlatego też posiadali ze sobą odpowiednie ładunki burzące.

Iskra szła na szpicy wraz z drużyną swoich najbardziej zaufanych zwiadowców. Prowadziła największą bo pięćdziesięcioosobową grupę ludzi. Na lewym skrzydle ubezpieczała ją Lisa wraz ze swoją trzydziestką Caidianów a na prawym Borin z kolejną trzydziestką własnych rekrutów.

Borin pochodził ze świata na którym dominowały właśnie takie tereny, dzikie, podmokłe, trudne w przedzieraniu się przez niego. Jego ludzie nie mieli więc problemu by przedzierać się przez tego typu bagna. Dzięki ich doświadczenu łowcy byli znacznie skuteczniejsi w walce na mokradłach, gdyż nauczyli się od nich wielu sztuczek, które pozwalały cicho się poruszać, dobrze maskować i lepiej walczyć na tym pozornie otwartym polu.

Szli w milczeniu, dając sobie jedynie krótkie i proste sygnały, informujące czy wszystko jest w porządku. Zwiady nie wykrywały w tym terenie żadnej aktywności, jednak Norad był pewien, że przeciwnik czai się w tym miejscu, nie wiedział jednak gdzie dokładnie, a przeczesanie całego bagna rozciągającego się na setki jeśli nie tysiące kilometrów było karkołomnym przedsięwzięciem. Iskra była więc tutaj całkowicie zdana na zmysły psioniczne Ikara. Nienawidziła chwil kiedy musiała polegać na psionikach, zwłaszcza młodych i niedoświadczonych psionikach. Walka u boku inkwizytorów, nawet psionicznych dawała jej radość. Ci ludzie byli silni stanowczy i co najważniejsze potrafili o siebie zadbać. Przy inkwizytorze jedyną rzeczą o jaką musiała się martwić było to żeby przypadkiem nie uznał jej za tchórza, co biorąc pod uwagę jej fanatyzm było niemożliwe, lub by po prostu sama nie oberwała. Teraz musiała pilnować by chłopak nie zwracał na siebie uwagi, żeby trzymał się formacji i żeby przypadkiem mu nie odbiło z powodu natłoku sił osnowy jakie najpewniej na niego spadną. Kiedy walczyła u boku Tamary dziewczyna porwała się na wiedźmę silniejszą od niej, przez co o mało nie stała się karmą dla demonów. Tylko bohaterska szarża Iskry i jej ludzi ją uratowała, chociaż łowcy zrobili to bardziej dla siebie niż dla niej, wiedzieli bowiem, że nie mają szans w starciu z hordą demonów i chociaż samą walkę wygrali a kult został przepędzony ze świata, na którym walczyli to zapłacili za to straszną cenę.

Początkowo nic nie zwracało ich uwagi, jednak w pewnej chwili Ikar się zatrzymał. Iskra spojrzała na niego i wskazała na niego pytająco głową. Chłopak dał jej znak by zaczekała, łowcy posłusznie zatrzymali się w swym marszu. Chłopak zrobił kilka szybkich kroków, stalowymi buciorami mącąc tafle bagien i robiąc sporo hałasu, tym samym po raz kolejny już całkowicie ignorując zalecenia Iskry. Ikar znalazł skrawek ziemi wystającej nad mokradło. Przyklękną na jedno kolano, przełożył swój karabin laserowy przez ramię, zdjął rękawiczkę ochronną i chwycił się gołą ręką podłoża. Iskra wpatrywała się w niego a jej łowcy wymieniali spojrzenia. Po chwili Ikar wstał, założył z powrotem osłonę na dłoń i biorąc karabin w ręce pokazał Iskrze by zmienić kierunek marszu. Zmiana rozłożenia formacji w takich warunkach trochę trwała ale w końcu łowcy ruszyli w wskazanym kierunku.

Nie minęło wiele czasu kiedy dotychczasowy zapach mułu i drzew zaczął ustępować mdłemu odorowi zgnilizny. Iskra znała ten zapach, typowych odór osnowy, jednak posiadał on w sobie coś co czyniło go wyjątkowym, chociaż Woronin nie wiedziała jeszcze co to jest. Im dalej szli, tym bardziej zapach stawał się nieznośny. W końcu był on tak mocny, że zaczynał dosłownie parzyć nozdrza i jamy ustne. Iskra wydała rozkaz by założyć maski gazowe. Stylizowane na dzioby maski łowców wyglądały dość upiornie, zwłaszcza wraz z całą resztą ich wyposażenia. Ikar wyróżniał się na tle pozostałych, całym swoim wyposażeniem. Pasował bardziej do żołnierzy Lisy, chociaż nawet oni zdecydowali się założyć dodatkowe skórzane płaszcze, które ułatwiały maskowanie się. Iskra także porzuciła swoją pelerynę na rzecz takowego wyposażenia.

W oddali majaczyły jakieś światła, łowcy wiedzieli, że zbliżają się do bastionu wroga, Iskra już planowała jak sprytnie podejść nieprzyjaciela, kiedy nagle do ich uszu dotarły liczne okrzyki. Iskra szybko wydała polecenia swoim ludziom a ci posłusznie wykorzystali rosnące drzewa i postrzępione pnie w roli osłony. Wymierzyli broń w stronę świateł, krzyki z każdą chwilą stawały się głośniejsze, w pewnej chwili dało się już dostrzec ludzkie sylwetki. Łowcy z dyscypliną jaką mogłaby się pochwalić mało która armia otworzyli równy ogień ciągły. Dziesiątki żółtych promieni wyszły z ich luf i z prędkością światła poleciały w stronę przeciwników. Po chwili oprócz radosnych okrzyków bojowych dało się też słyszeć okrzyki rannych.

Iskra wydobyła swoją artefaktyczną broń i włożyła do niej niewielki stalowy bęben z pięcioma pociskami. Następnie kobieta ostrożnie wychyliła się zza osłony i pociągnęła za spust. Potężny pocisk poszybował prosto w stronę szarżujących heretyków. Spłonka zdetonowała ładunek wybuchowy, rozrywając klatkę piersiową pierwszego heretyka i uwalniając dziesiątki małych szarpneli, które poszatkowały kolejnych pięciu heretyków za nim. Kolejny pocisk trafił w nos kultysty, wychodzące z tyłu głowy małe, ostre jak brzytwa, kawałki metalu oślepiły jednego a zabiły kolejnych trzech heretyków. Ostatni pocisk trafił w miednice bezbożnika, który szykował się już do strzału ze swojego karabinu laserowego. Szarpnele raniły genitalia, nogi i brzuch, kolejnych dwóch heretyków. Ikar używając swojego karabinu Hot-Shot słał bezlitosne serie zabójczych promieni prosto w atakującą armie. Nie rzadko zdarzało się, że rozcinał ta serią przeciwnika na pół zabijając przy tym kilku następnych za nim. Heretycy nie mieli dobrych pancerzy jednak byli liczni i uparci. Na pozycjach z których atakowali musiało być mniej wody, gdyż przemieszczali się bardzo szybko. W końcu pierwsze zielone promienie poszybowały nad głowami łowców. Znaleźli się w zasięgu karabinów laserowych wyznawców Chaosu. W międzyczasie Iskra wydawała rozkazy Borinowi i Lisie.

- Borin żyjesz? - Woronin nadała sygnał.

- Żyje żyje, zaraz usmażymy tych heretyków - powiedział wesoło Borin.

- Nie! Nie atakuj ich - krzyknęła Iskra.

- Co? Dlaczego nie? Mam świetną pozycje, nawet nie zwracają na nas uwagi - tłumaczył Borin.

- Wiem i dlatego ich nie ruszaj! To bezładna grupa, poradzimy sobie z nimi. Skontaktuje się z Lisą, macie obejść tą bazę wroga i zaatakować z dwóch stron, rozumiesz? - zapytała Iskra.

- Jasne, że rozumiem, nie jestem głupi! - wtedy Iskra usłyszała w słuchawce - Dobra chłopy cofamy się, komandor każe nam atakować bazę wroga! - po czym sygnał się urwał.

Woronin nie wiedzieć czemu zawsze bawił ten sposób odnoszenia się do żołnierzy. Jednak musiała teraz szybko skontaktować się z Cadianką.

- Lisa, Lisa do cholery jesteś tam? - krzyczała Iskra do mikrofonu.

- Tu Lisa, komandorze co się tam dzieje, słyszymy strzały ale zgodnie z procedurą... - Iskra jej przerwała.

- Lisa do cholery nie jesteś już w formacjach Caidiańskich! Ale to i lepiej że cie tu nie ma. Atakuje nas banda heretyków, ale z tego co widzę dostrzegli tylko naszą grupę. Poprowadź swoich ludzi dookoła, nawiąż kontakt z Borinem i zaatakujcie bazę wroga z dwóch stron, my weźmiemy na siebie tą bandę - Iskra mówiła bardzo szybko.

- Zrozumiałam, bez odbioru - odpowiedziała jej Cadianka.

"Ehhh ten jej żargon wojskowy doprowadzi mnie kiedyś do szału" pomyślała Woronin posyłając kolejny pocisk w stronę heretyków, który tym razem zabił ich aż sześciu bo trafił prosto w granat, który niósł ze sobą jeden z kultystów. Woronin musiała zabić kogoś ważniejszego bo atak wroga poszedł wtedy w rozsypkę i heretycy cofnęli się. Rozejrzała się dookoła, jej ludzie wymieniali magazynki i szykowali się do dalszej drogi, z wyjątkiem jednego. Miał ciemniejszy płaszcz i symbol ministronum na plecach, zasłonięty przez wiszący na nich miecz łańcuchowy. Wyciągnął on trzech poległych łowców na nieco suchszy teren i układał do spoczynku, a następnie wyjął baterie z ich karabinów. Ikar widział jak coś w nich zmienia a potem wkłada z powrotem do karabinów a same bronie kładzie na ich piersi. Zobaczył też jak chciał wydobyć coś ze skórzanego futerału, lecz powstrzymała go Iskra.

- Później będzie czas by się za nich modlić kapłanie, teraz jest czas by się mścić - powiedziała patrząc mu w oczy.

Mężczyzna skinął głową, zamkną futerał i dołączył do pozostałych łowców, którzy właśnie kończyli się przygotowywać. Kiedy odchodzili Ikar usłyszał syczenie. Obejrzał się i zobaczył jak z karabinów wypływa czarna żrąca maź, która po chwili zapłonęła żywym ogniem, a sam płomień bardzo szybko ogarniał resztę ciał łowców.

****************************************************************************************************************
Oddział Lisy powoli docierał na swoją pozycje. Widoczność nie była zbyt dobra, ale nie można było narzekać. Lisa dostrzegła liczne światła majaczące w oddali. Nie usłyszała krzyków, nie było żadnej szarży, coś chwyciło ją za nogę i wciągnęło pod wodę. Nie było zbyt głęboko, woda sięgała jej zaledwie go kolan, a jednak coś niepostrzeżenie dostało się prosto do niej. Maska gazowa była całkowicie szczelna, jednak filtry przepuszczały wodę. Mimo to Caidianka zyskała kilka cennych oddechów nich woda wdarła się do środka.

Czuła że coś ją przygniata do dna, widziała nad sobą dziwną, humanoidalną postać. Zaczęła się miotać, jedną rękę miała przygniecioną, zdała sobie sprawę, że jej karabin także jest unieruchomiony. Poczuła mocny chwyt na gardle a także uderzenie w jej pancerz. Słyszała dźwięk gniecionej blachy zniekształcony przez wodę. Widziała żółte promienie przemykające obok postaci. Kończył jej się tlen, a płuca paliły co raz mocniej w rozpaczliwej próbie wymuszenia oddechu. Wiedziała że nie ma szans w walce z tym przeciwnikiem, jeżeli będzie polegać tylko na własnej sile. Zamiast tego wolną ręką wyszarpała nóż i z całej siły wbiła go w rękę trzymającą ją za gardło. Obraz stał się czerwony a Lisa poczuła, że chwyt stał się luźniejszy by chwilę potem zniknąć całkiem. Szybko zadała kolejne uderzenie, tym razem w postać. Ta odskoczyła od Caidianki a ta wykorzystując okazje uniosła swój karabin i wystrzeliła serie. Natychmiast wstała zrywając z twarzy swoją maskę, całkowicie ignorując przy tym niebezpieczeństwo. Okazało się jednak, że powietrze jest już całkowicie zdatne do oddychania, chociaż odór zgnilizny był bardzo mocno wyczuwalny, nie był już zabójczy. Ciężko dysząc rozglądała się dookoła. Jej ludzie dobijali właśnie ostatnią z podobnych bestii.

Lisa podeszła do potwora aby się mu przyjrzeć. Wyglądała jak kobieta, ale miała ciemno-szarą skórę, miała oznaki intensywnego łysienia, jej piersi były obwisłe. Miała sporej wielkości, również obwisły brzuch, pokraczne wykrzywione nogi i ręce zakończone długimi szponami. Wykrzywiona, długa twarz, bardziej przywodziła na myśl szczura niż człowieka i była naszpikowana rzędami ostrych jak brzytwa kłów. Była wielka, miała około dwóch metrów wzrostu a Lisa zachodziła w głowę, jak ona zdołała się ukryć przed jej wzrokiem.

- Pani porucznik? Nic pani nie jest? - zapytał jeden z gwardzistów chwytając Lise za ramię.

- Już nie jestem porucznikiem, ale dziękuje za troskę. Tak jestem cała, a to - powiedziała stukając w maskę żołnierza - to nie będzie nam na razie potrzebne. Raport?

- Czterech ludzi straconych, dwóch rannych - odpowiedział żołnierz.

- Cholera jasna. No nic, trzeba im urządzić ceremonie - odpowiedziała.

Jej ludzie uczynili to samo co kapłan Iskry i ruszyli w stronę wroga.

****************************************************************************************************************
Borin i jego ludzie maszerowali przez bagnisty obszar. Dla nich takie tereny były codziennością nie obawiali się ataku wroga. Podobnie jak Iskra i Lisa tak i on dostrzegł w końcu majaczące światła. Nie wiedział skąd się pojawił albo jak długo czekał. Dosłownie z nieba, w sam środek jego oddziału spadł wielki potwór. Borin miał okazje mu się dokładnie przyjrzeć. Wyglądał podobnie do człowieka ale posturą przypominał kosmicznego marine, tyle że był paskudny. Miał czerwoną skórę, prawdopodobnie przez liczne mutacje. Z łokci i ramion wystawały mu ostre kolce. Lewą rękę od nadgarstka miał amputowaną a w jej miejsce miał wstawioną buławę na łańcuchu, w prawej natomiast dzierżył sporej wielkości tasak. Spadł prosto na jednego z łowców, zabijając go na miejscu, potężną stopą miażdżąc twarz.

Łowcy natychmiast otworzyli ogień w kierunku potwora. Trafienie w tak wielką górę mięsa nie powinno być dla nich problemem, jednak mutant okazał się być o wiele szybszy niż wyglądał. Trafiło go tylko kilka promieni laserowych nim zamachnął się swą buławą, zabijając przy okazji kolejnego łowce. Następnie wykonał długi skok i całkowicie ignorując otrzymane obrażenia rozpołowił swoim tasakiem kolejnego łowce. Jeden z żołnierzy zaszarżował na niego z mieczem, jednak wtedy mutant odchylił się i przebił go swoim kolcem w łokciu. Łowca padł na wznak twarzą do ziemi i zniknął w mokradle a po chwili w tamtym miejscu pojawiła się obfita kałuża krwi. Wtedy sam Borin rzucił się na niego ze swoim toporem i uchylając się przed ciosem maczugi i odskakując od tasaka, wykorzystał okazje, że potwór bierze kolejny zamach uderzając plecami w jego brzuch, odbił się od niego a następnie obracając się zadał uderzenie od góry, odcinając mu rękę z maczugą. Ta poszybowała bezwładnie uderzając w jedno z licznych drzew. Bestia zawyła z bólu i padła na kolano. Wtedy ośmielony czynem dowódcy młody łowca rzucił się na potwora. Ten cisnął w niego swoim tasakiem, wielka broń przerąbała chłopaka na pół. Borin odskoczył od bestii a wtedy na nią rzucił się kolejny łowca. Mutant chwycił go swoją wielką łapą i ścisnął z całej siły. Nim umarł łowca zaśmiał się puszczając zawleczki wianka granatów. Po sekundzie oboje zniknęli w kuli ognia.

Borin spojrzał na swoich zabitych i zbierających się łowców. Podobnie jak Lisa i Iskra tak i on oddał cześć swym poległym wojownikom i ruszył w stronę świateł.

****************************************************************************************************************
Woronin prowadziła swój oddział pod pozycje heretyków. Widoczność znacznie się poprawiała i podobnie jak Lisa tak i Iskra zauważyła, że można się już obejść bez maski gazowej. Kiedy zbliżali się bardziej, odezwały się ciężkie karabiny maszynowe. Zryły ziemie, pnie i drzewa. Na szczęście grubych pni, powalonych już prastarych drzew, które były dość silne by zatrzymać pocisk nie brakowało, a wróg nie miał bolterów. Jeden z jej podkomendnych, uczeń Siergieja, kilka razy spojrzał na wroga wychylając się zza osłony, po chwili rzucił się do wody i znikając niemal całkowicie oddał strzał. Promień lasera ściął strzelca i tym samym wystraszył pozostałych heretyków. W tym czasie Iskra nie patyczkowała się ze snajperką czy innym. Załadowała do pistoletu pociski wybuchowe i oddała strzał w stronę wroga. Co prawda trafiła w osłonę działa ale to wystarczyło bo zniszczyć samą broń. Ostrzał wciąż kontynuowały dwa karabiny. Jeden z pocisków trafił tuż obok Ikara. Chłopak zachował jednak zimną krew i zaczął powoli czołgać się w stronę wroga. Co ciekawe wychylając jedynie czubek już i tak naturalnie zamaskowanej głowy, był praktycznie niewidoczny. Kolejnych kilku łowców padło trupem. Woda w ich formacji zrobiła się czerwona. Snajper szykował się do oddania kolejnego strzału, kiedy nagle heretycy zerwali się do szarży. Zbiegło się to idealnie z chwilą gdy Ikar rzucił w ich formacje granat. Był on nietypowy, bardziej przypominał granaty dymne niż odłamkowe. Iskra w porę zorientowała się czego użył młody adept.

- Kryć się! - krzyknęła na całe gardło.

Vortex najpierw eksplodował kulą ognia kilka razy większą niż granaty fosforowe a następnie utworzył chmurę energii osnowy. Część heretyków którzy wpadli w obszar jej działania stawali w płomieniach, inni panicznie uciekali a jeszcze inni dosłownie się rozpływali i wówczas zostawała po nich tylko plama rozwalonych, rozwodnionych narządów. Wtedy Iskra dała rozkaz do ataku, łowcy rozpoczęli szaleńczą szarżę na pozycję wroga.

Na dźwięk karabinów Lisa I Borin przyspieszyli tempa wpadając na heretyków, którzy właśnie zmierzali na pomoc towarzyszom na odpierającym główny atak. Wzięci w trzy ognie heretycy nie mieli szans. Wszystkie trzy grupy wpadły między nieliczne budynki, kompleksu w jakim gnieździli się heretycy. Większość z nich stanowiły proste baraki dla wojska i do przechowywania zaopatrzenia. Heretycy byli nieprzygotowani i niewyszkoleni, przez co stali się łatwym celem dla łowców. Łowcy nie stracili podczas tego ataku ani jednego człowieka.

Wszyscy stanęli teraz na głównym placu. Iskra była wyraźnie szczęśliwa że widzi swoich dwóch dowódców.

- Niezłe zgranie - powiedziała Lisa uśmiechając się do Borina

- Zaiste wspaniałe - powiedziała Iskra - Ciesze się że wyszedł nam ten atak ale to nie koniec, trzeba przeszukać ten kompleks i...

Przerwały jej nagłe krzyki i liczne potworzyce jakie wypadły z jednego z budynków. Sam dom był inny od pozostałych, miał plan okręgu, nie prostokąta jak reszta i był znacznie lepiej ufortyfikowany. Wypadły na nich te same mutanty, które zaatakowały Lise na bagnach, jednak bez przewagi terenowej i wypadające z jednego miejsca, bardzo szybko zostały zneutralizowane, przez liczne karabiny łowców. Wtedy też ściana jednego z baraków padła pod wpływem potężnego uderzenia maczugi. Wypadł z niego kolejny mutant, lecz tym razem nie odebrał nikomu życia. Pocisk wybuchowy z broni Iskry rozerwał mu głowę, szyje i kawałek torsu. Bezwładne ciało padło na ziemie, błyskawicznie tworząc kałuże krwi.

- Przeszukać ten kompleks - Rozkazała komandor a łowcy zabrali się do pracy, po chwili jednak dodała - poszukajcie jakiegoś paliwa, oczyścimy to miejsce!

Iskra sama weszła do okrągłego budynku. Zobaczyła ślady po jakiejś aparaturze i liczne bluźniercze symbole. Mogła jedynie zgadywać do jakich potworności doszło w tym miejscu. Pozbijane fiolki i kolby świadczyły że było to laboratorium chemiczne. Iskra poznała doskonale znany jej już zapach powszechnie używanych, sztucznie syntetyzowanych narkotyków bojowych. W budynku było jeszcze jedno zamknięte pomieszczenie, lecz nim Woronin sforsowała drzwi usłyszała dochodzące z zewnątrz okrzyki radości.

Wyszła przed dom i zobaczyła Borina targającego za włosy jakąś heretyczkę. Zdecydowanie różniła się od reszty. Miała dobrze wykonany, chociaż poniszczony strój, nie oszczędziły jej jednak mutacje. Iskra poznała znak Nurgla jaki miała na piersi. Nie miała rąk a ślady krwi i ropiejącego osocza wskazywały że odcięto je przed chwilą.

- Mamy wiedźmę! - wykrzyczał radośnie Borin.

- To nie wiedźma - uspokoiła go szybko Lisa.

- Jak to nie? - zapytał oburzony - Przecież widać że to wiedźma.

- Przyjrzyj się każdemu kultyście jakiego zabiłeś albo lepiej znajdź wśród nich kobietę, zobaczysz ile wiedźm i czarowników już natrzaskałeś - odpowiedziała Caidianka.

- To kto to jest, jak nie wiedźma? - zapytał skołowany Borin.

- Jak na moje? - powiedziała podchodząca Iskra - Kolejna wariatka.

Dziewczyna wyszczerzyła się paskudnie i spojrzała na nią.

- Wariatka? Ja wariatka? - dziewczyna zaśmiała się obłąkańczo - Może i wariatka ale popatrz - podniosła swoje dwa kikuty - Mnie nie boli, ja nie będę cierpieć. Ha!

- Gdzie jest twoja pani? - zapytała Iskra

- Moja pani? Jaka pani? - pytała heretyczka a w każdym wydawanym przez nią dźwięku było słychać obłęd.

- Gadaj albo... - w tym momencie urwała.

- Albo co? Pobijesz mnie? Będziesz zła - Jej głos brzmiał jakby była dzieckiem, które naprawdę nie ma pojęcia co się do niego mówi.

- Tak, będę bardzo zła... - powiedziała Iskra i szybko dodała - Już jestem!

- Mmmmmm ale ja nie wiem gdzie jest pani. Pani mnie nie lubiła, nie pozwoliła mi stać się silną, nie dała mi siły. Dlaczego nie dała mi siły? Dlaczego nawet ten psykaty rudzielec ją dostał a ja nie? - zapytała dziewczyna a jej umysł z każdą sekundą słabnął.

- Jakiej siły? - zapytała Woronin.

Dziewczyna nie odpowiedziała a spojrzała jedynie tęsknym wzrokiem na martwe potworzyce.

- Mutacja? To jest ta siła? - zapytała komandor.

- Mutacja? Nieee to jest zmiana, zmiana Iskro Woronin. To dar od mrocznych panów, dla nas, dla prostych i słabych, byśmy byli silni i nieulękli! - powiedziała dziewczyna a jej głos stał się drapieżny i dziki - Nie patrz tak, nie pomyliłaś się w ocenie tej dziewczyny, to zwykła wariatka ale bardzo przydatna dla nas. Wkrótce przekonasz się że ta zmiana była darem!

Dziewczyna przestała się uśmiechać, zamiast tego znów posmutniała i spojrzała na Iskre.

- Nie wiem gdzie jest pani, ona nie mówiła mi, nikomu nie mówiła - starała się wytłumaczyć kultystka.

W tej chwili do Iskry podszedł Ikar z całym kanistrem promethium. Spojrzał na nią wymownym spojrzeniem i podał jej zbiornik. Iskra uśmiechnęła się i skinęła głową. Na początku wymontowała krótki stalowy lejek, który miał ułatwiać tankowanie pojazdów i zaczęła polewać dziewczynę dookoła. Ta jedynie uśmiechnęła się i powiedziała:

- A mnie to i tak nie zaboli!

Wtedy Iskra nie wytrzymała. Przykręciła lejek na miejsce i z całej siły wbiła go w otwarte usta dziewczyny. Lejek nie był długi i nie starczał, żeby zadławić dziewczynę, mimo to znaczna część promethium trafiała do jej ciała. Reszta wychodziła nosem i przez usta podczas odkrztuszania, spływając po jej ciele. Łowcy zrobili kilka kroków w tył kiedy Iskra odrzuciła kanister na bok i sama odeszła na krawędź tłumu a następnie szybkim ruchem dobyła pistoletu i wystrzeliła. Dziewczyna w jednej chwili zmieniła się w płonący, zwęglony, ochłap, zgniłego mięsa. Wtedy z okrągłego pomieszczenia do łowców dobiegły krzyki.

Iskra wpadła do środka z szablą i mieczem. Zastała makabryczny widok. Drzwi które były zamknięte teraz stały rozwarte. W pomieszczeniu leżały ciała trójki martwych łowców. Na środku potworzyca pożerała właśnie bezwładne już ciało jednego z żołnierzy. Różniła się od pozostałych. Nosiła łańcuch powbijane w ciało, krew płynęła z jej licznych ran, jej oczy nie były zamglone i dało się nawet dostrzec ich kolor. Iskra wymierzyła broń i pociągnęła za spust, jednak bestia uskoczyła przed nim. Kula eksplodowała gdzieś w zamkniętym pomieszczeniu a mutantka rzuciła się na Iskre. Dziewczyna uskoczyła przed jej pazurami i tnąc szablą na ukos zraniła ją w nogę. Potworzyca zawyła przeraźliwie po czym padła na kolano. Iskra brała zamach na kolejne uderzenie ale zmora była szybsza. Pazurami przejechała przez jej pancerz, który na szczęście okazał się być dość wytrzymały. Iskrze coś nie pasowało w tym potworze, chociaż sama nie wiedziała dokładnie co. Łowcy stanęli w drzwiach z bronią, lecz komandor powstrzymała ich ruchem ręki. Mutantka znów się na nią rzuciła, tym razem jednak Iskra przeszła pod jej szponami i cięła od tyłu przez kręgosłup. Szabla nie przecięła jednak kręgów a kawałek blachy na plecach i skórę. Wtedy jednak bestia zaczęła się miotać by po chwili paść bezładnie na ziemie. Iskra znów dobyła broni i wymierzyła ją w bestie, usłyszała jednak tylko ciche kliknięcie oznaczające koniec magazynka.

- Przynieście mi promethium! - krzyknęła.

Odwróciła się od potwora by otrzeć miecz, kiedy usłyszała uderzenie blachy. Odwróciła się i nie mogła uwierzyć własnym oczom. Potworzyca malała w oczach, skóra przybierała ludzki kolor, nogi i ręce się prostowały, szpony zmieniały się w palce. Powoli znikały wszystkie deformacje a kajdany, którymi była spętana stawały się za duże i spadały. Dopiero teraz Iskra dostrzegła że mają on kolce skierowane do wewnątrz. Ikar wszedł do pomieszczenia z kanistrem promethium i stanął jak wryty. Leżała przed nim naga, dziewczyna o krótkich rudych włosach, piegowatej twarzy, małym nosku i różowych ustach. Miała liczne rany, jedne po walce z Iskrą inne po kajdanach. Woronin powoli zbliżyła się do niej. Przyklękła przy niej i zdjęła rękawiczki ochronne. Dotknęła palcami ust i je rozwarła. Dziewczyna miała proste białe i zadbane ale co ważne całkowicie ludzkie zęby. Podniosła jedną z powiek i ujrzała piwne oko, z zieloną otoczką wokół krawędzi tęczówki. Była nieco brudna ale całkowicie normalna. Chwyciła ją za rękę, paznokcie miała przydługie ale zadbane, jej dłonie były też zaskakująco gładkie

- Jak to możliwe? - zapytał Ikar.

- Ty mi powiedz - odpowiedziała Iskra, po czym dodała - Zawiadom eskadrę, wynosimy się stąd i powiedz im żeby wzięli skrzynkę, będą wiedzieć o co chodzi.

- A co z dziewczyną? - spytał Ikar.

- Bierzemy ją ze sobą - odpowiedziała Iskra zdejmując ostatnie kajdany i przykrywając ją swoim płaszczem.

Rozdział II Kompleks szpitalny Ordan

Norad wraz z Woroninem szli na czele oddziału łowców. Aleksiej nie musiał się skradać, w odróżnieniu od bagnistych terenów na które wyruszyła Iskra tutaj widoczność była doskonała. Woronin znał też cel swojej podróży i wiedział jak do niego dojść, co wcale nie oznaczało że zadanie będzie łatwiejsze. Budynki które dawały dobrą osłonę były jednocześnie idealnym sposobem na zasadzkę, na dodatek nie można było przewidzieć ilu zdrajców się w nich kryje. Skrzyżowania ulic były idealnym miejscem do ataku z wielu stron a wysokie budynki idealnymi pozycjami dla snajperów. Armia na tych terenach była zorganizowana lepiej niż gdziekolwiek indziej, na dodatek heretycy mogli liczyć na wsparcie lekkich pojazdów takich jak chimery i sentinele. Woronin zabrał ze sobą na te akcje pięciuset ludzi i podzielił ich na pięć drużyn. Kompleks szpitalny nie miał być łatwym celem. Zawierał w sobie wiele różnych oddziałów medycznych łącznie z psychiatrykiem. Był okolony cienkim i niskim murem. Miał on za zadanie chronić szpital od miejskiego zgiełku i pilnować by ludzie niepowołani nie chodzili niepotrzebnie po terenie placówki. Nie nadawał się on do obrony i pokonałby go każdy zdrowy człowiek, na dodatek był bardzo niekompletny a w wielu miejscach łączył się z budynkami placówki. Mimo to wzmocniony i uszczelniony mógł pełnić słabe funkcje obronne. Do samego kompleksu były trzy wejścia. Jedno dla pojazdów, kolejne od strony lotniska i ostatnie od strony zwykłej przychodni, która łączyła się z całą resztą. Cały kompleks był poza zasięgiem artylerii więc łowcy byli zdani tylko na siebie.

Woronin wraz z Noradem, Tamarą i Wasilim mieli zaatakować od frontu, uderzając w wjazd dla pojazdów. Malik wraz ze swoim oddziałem zdecydował się uderzyć od przychodni. Natasza i Siergiej wzięli na siebie najtrudniejszy atak. Początkowo to Aleksiej miał uderzyć na lotnisko, jednak Valhallanie przekonali go, że straciłby na tym zbyt wiele czasu i wiedźmy zdążyłyby uciec. Gdyby udało im się zabezpieczyć lądowisko można by było sprowadzić dodatkowe wsparcie. Póki co jednak, wprawdzie dość mizerna, ale istniejąca obrona przeciwlotnicza heretyków wystarczała by uniemożliwić lądowanie na ich pozycjach bez ryzyka niepotrzebnych strat, które łatwo zniwelować właśnie zabezpieczając lotnisko.

Aleksiej prowadził swoich ludzi przez labirynt ulic. Raport pokazywał że do szpitala zostało im jeszcze kilka kilometrów. Niepokoił go fakt że nie spotykają żadnego oporu. Rozbili kilka małych grup zwiadowców lecz nie stanowili oni praktycznie żadnego zagrożenia. Spodziewali się zasadzki, uważnie obserwowali każde okno, każdy skrawek ruin. Doszli do ostatniego wielkiego skrzyżowania, dalej droga do ośrodka szpitalnego była prosta. W oddali słychać było klekot karabinów i dudnienie eksplozji. Gwardia toczyła walki o elektrownie miejską i główne urzędy. Oba tamte miejsca były dobrze chronione, jednak szpital był całkowicie odsłonięty. Tamara powoli zaczynała wątpić w to by heretycy w ogóle zajmowali pozycje wokół tamtego miejsca.

Pierwsze strzały były bardzo niecelne i oddane ze zbyt dużej odległości. Zdrajcy ewidentnie nie znali zasad dyscypliny ogniowej. Promienie nie były w stanie wyrządzić poważnej krzywdy, chyba że trafiliby w oko. Aleksiej wydał rozkaz do ukrycia. Łowcy kryli się za zwalonymi budynkami i w bramach tych, które jeszcze stały, wchodząc na piętra i wychylając się z okien. Za nimi było skrzyżowanie, otwarty teren, z którego w bardzo szybkim tempie mogła napłynąć cała masa wrogów. Przed nimi była długa i niezbyt szeroka ulica. Norad także zauważył że są w potrzasku a uderzenie najpewniej spadnie z dwóch stron. Powoli docierały do nich co raz głośniejsze krzyki, promienie laserów stawały się co raz wyraźniejsze i co raz groźniejsze. Tamara wychyliła się zza osłony i zobaczyła prących na nią heretyków. Była wraz z Aleksiejem, Noradem i oddziałem innych łowców, ukryta za górą gruzów. Nagle kapitan dał znak i łowcy z budynków otworzyli ogień biorąc heretyków w dwa ognie.

Dziesiątki promieni laserowych w ciągu sekund zmieniły prącą armie w masę bezwładnych zakrwawionych i wypalonych ciał. Mimo to heretycy nie cofnęli się a jedynie przyspieszyli w swym szalonym ataku. Słali na oślep całe salwy ze swoich karabinów w nadziei że dosięgnął wroga. Kiedy zbliżyli się dostatecznie odezwały się ukryci po obu stronach łowcy z miotaczami ognia, kiedy oni otworzyli ogień wychylił się też Woronin ze swoimi dwoma pistoletami infernus, paląc każdego kto się zbliżał. Przeciwnik w końcu dał za wygraną i wycofał się. Wtedy z tyłu nadjechały dwie chimery. Umieszczone na nich sprzężone działka otworzyły ogień. Kilku łowców nie zdążyło uskoczyć przed ich ogniem i zostali podziurawieni przez serie z karabinów. Przygwożdżeni łowcy przez działka łowcy nie mogli się skutecznie bronić przed drugą bandą heretyków, która przeciskała się między pojazdami.

Aleksiej zatrzymywał ich jak długo mógł swoimi pistoletami, które skutecznie uniemożliwiały im podejście go głównej obrony. Heretycy nie mogąc się zbliżyć do bram budynków, wpadali do nich przez okna. Wywiązała się krwawa walka wręcz, na szczęście dla łowców byli oni znacznie lepiej wyszkoleni i wyposażeni, wszakże szabla w walce sprawdza się lepiej od sztyletu lub noża. Na dodatek wąskie korytarze były doskonałym miejscem do niwelowania przewagi liczebnej wroga. W obawie przed strzelaniem w swoich ludzi działka skupiały się już tylko na wyższych partiach budynków i osłonie na środku drogi. W końcu paliwo w pistoletach Woronina skończyło się. Heretycy wykorzystali to i rzucili się do walki. Woronin dobył swojego miecza i zaczął kłaść zdrajców, jedno uderzenie za drugim. Wasili porzucił pistolety boltowe i dobył swego młota bojowego. Każdy cios jaki zadawał stary łowca swym potężnym kawałem blachy nabijanej kolcami miażdżył narządy wewnętrzne wrogów, którzy najczęściej padali na ziemie zwijając się z bólu, by chwilę potem umrzeć. Kapitan miał okazje przyjrzeć się heretykom, faktycznie nie mieli żadnego elementu wspólnego, poza purpurowymi naszywkami na rękach, rozpoznawalni po szablach dowódcy nosili się całkowicie na fioletowo, nie szczędząc też różu i złota. Aleksiej wiedział już z kim walczy.

Norad złapał Tamarę za ramię a ta skinęła posłusznie głową. Po chwili dziewczyna odsłoniła się całkowicie na ostrzał wrogich pojazdów a te natychmiast skierowały na nią swoje działa. Każdy pocisk znikał jednak, rozbijając się o ściany psionicznej tarczy a każdy zdrajca jaki się zbliżył rażony był piorunami. Dziewczyna stanęła ze swoim kosturem psionicznym i wbiła go w ziemie, zamykając oczy i mocno go ściskając. Po chwili jedna wrogich chimer podniosła się nad ziemię, najpierw kilka centymetrów, potem wyżej i wyżej a następnie obróciła się na bok. Sekundę potem pojazd runął na ziemie i przewrócił się do góry nogami, przygniatając kilku gnieżdżących się za nią heretyków. Pojedyncza chimera nie była w stanie zatrzymywać łowców z dwóch stron, po chwili pocisk przeciwpancerny poleciał prosto w nią. Pojazd zniknął w kuli ognia a fala uderzeniowa zabiła kolejnych zdrajców. Heretycy na widok łowców, którzy odzyskali inicjatywę zdecydowali się wycofać.

- Niezły pokaz - powiedział Woronin.

- Dziękuje - odpowiedziała nieśmiało Tamara, uśmiechając się delikatnie.

Łowcy o wiele ostrożniej kontynuowali marsz w stronę szpitala. Cały kompleks górował nad osiedlem. Budynki musiały być niższe, ze względów bezpieczeństwa odnośnie lotniska. W oddali majaczyły już dwa bliźniaczo podobne budynki szpitala. Były to główne ośrodki całego kompleksu. Nagle Norad zatrzymał łowców i dał sygnał do zajęcia pozycji defensywnych. Łowcy kryli się między budynkami i w nich. Nagle na ulice wyjechał leman russ. Wyposażony w zwykłe działo bitewne i zamontowany z przodu karabin maszynowy. Z boków na ulice wlewała się fala zdrajców. Komanda nie zamierzały sprawdzać czy uda im się uniknąć wroga, zamiast tego przystąpiły do walki. Znów lasery ścięły powietrze a ulica spłynęła krwią. Czołg wymierzył swoje działo w losowo wybraną pozycje i otworzył ogień. Łowcy nie zdążyli umknąć i niknęli w ogromnej wyrwie utworzonej przez pocisk. Heretycy nie dysponowali najwyraźniej pociskami odłamkowymi i byli zdani na broń przeciwpancerną.

- Leman russ? - zdziwił się Wasili - Skąd te chuje wytrzasnęły leman russa?

- Nie mam pojęcia, raporty nie wspominały o żadnych czołgach na wyposażeniu wroga, jeżeli je mają to od niedawna - odpowiedział Norad.

- Cholera sentinele czy chimery nie są dla nas problemem ale pieprzony czołg!? - mówił Wroronin - Nie jesteśmy przygotowani na takiego przeciwnika.

- Masz może ładunki burzące? - zapytał Norad.

- Kilijan miał, cholera on jest po drugiej stronie ulicy - stwierdził Woronin.

- Razem z Tamarą - zauważył Norad po czym przyłożył rękę do czoła - Dobra, kiedy dam znak niech twoi łowcy skupią na sobie jakoś uwagę tego czołgu.

- A jak oni mają to niby zrobić? - zapytał Wasili

- Nie obchodzi mnie to, mają zrobić coś żeby ten czołg olał całkowicie dwójkę ludzi przechodzących przez drogę - wykrzyczał Norad.

Kolejny pocisk trafił w budynek, zabierając ze sobą kolejnych łowców. Heretycy z obawy przed siłą ognia czołgu nie zbliżali się nawet do budynków prowadząc wymianę ognia z łowcami. Nagle w czołg poleciał pocisk z wyrzutni rakiet. Nie zdołał on jednak spenetrować jego pancerza ani nawet uszkodzić działa z przodu, które z pewnością było celem. Miało ono za małe pole manewru, żeby strzelać w budynki, lecz obejmowało większość ulicy.

Tamara wyszła na tą właśnie ulice, trzymając w dłoniach swój kostur. Nie mogła iść bardzo szybko, gdyż musiała trzymać tarcze psioniczną. Kilijan szedł obok niej ostrzeliwując heretyków. Dziewczyna była wystraszona i było to widać, ze stale rosnącym trudem utrzymywała tarcze, która przyjmowała teraz dziesiątki promieni i pocisków z działka w czołgu. Jednak dywersja podziałała i główne działo czołgu było teraz skierowane na jeden z budynków. Dla Tamary każdy krok stawał się trudniejszy, Norad wolał nauczyć ją najpierw ofensywy, dopiero niedawno poznała tajniki księgi ochrony. Czuła jak krew zbiera się w jej skroniach i było jej co raz trudniej. W pewnej chwili krzyknęła, Kiljan szybko złapał ją i wziął pod ramie, tarcza zaczynała gasnąć i robić się co raz mniejsza.

- Nie, cholera przeszliśmy już ponad połowę, jeszcze tylko kawałek, nie rób mi tego teraz - krzyczał chłopak ciągnąc za sobą dziewczynę.

- To nie jest... takie proste - mówiła z trudem psioniczka.

W ostatniej chwili wpadli za osłonę budynku. Tamara padła na kolana wypuszczając kostur z rąk. Krew ciekła jej z nosa i z lewego ucha. Walczyła o każdy oddech a pot spływał z jej nabrzmiałych skroni. Norad był bardzo zdziwiony takim stanem adeptki.

- Tamara co z tobą, utrzymanie tej raczy było aż tak trudne? - zapytał wyraźnie niezadowolony inkwizytor.

- Pomagała naszemu medykowi, tamowała krwawienie i zaciskała rany - starał się ją tłumaczyć Kilijan.

- Ehh na przyszłość uważaj jak korzystasz ze swych mocy - powiedział zdenerwowany Norad, po czym zwrócił się do Kilijana - Masz te ładunki?

- Mam - odpowiedział podając pokaźnych rozmiarów torbę.

- A ona nie mogła przynieść tego sama? - zapytał się Wasili.

- A dalibyście jej? - zapytał Norad, wyciągając z torby jeden z ładunków wybuchowych, służyły do niszczenia budynków więc z czołgiem też powinny sobie poradzić.

Łowcy spojrzeli na niego wymownym spojrzeniem. Odpowiedź była oczywista. Żaden z nich nie zaufałby dziewczynie na tyle bo jej na to pozwolić.

Norad wychylił się i przyjrzał dokładnie pozycji wroga. Po chwili odrzucił swój własny młot energetyczny i dobywając swego miecza rzucił się na ich pozycje. Biegł tylko przez sekundę, potem wykonał skok. Łowcy i heretycy zobaczyli jak wokół inkwizytora błysnęło oślepiająco jasne światło, a on po sekundzie był już na pozycji wroga. Wpadł w grupę heretyków, tnąc ich swoim ostrzem energetycznym, drugą ręką natomiast rzucił ładunek w czołg. Paczka uderzyła w pancerz czołgu przy wieżyczce a wtedy Norad wystawił rękę. Błyskawica poleciała z jego ręki i zdetonowała bombę. Kiedy eksplozja wygięła działo czołgu, całkowicie niszcząc jego przód Norad był już z powrotem między budynkami. Pozbawieni wsparcia heretycy, zostali odepchnięci przez łowców.

- To było dobre - powiedział Woronin patrząc na Norada.

Norad skinął tylko głową na odpowiedź. Jego pancerz nosił ślady po licznych trafieniach, jednak żaden z heretyków nie przebił jego pancerza inkwizycyjnego. Wysłannik inkwizycji z politowaniem i niekrytym zażenowaniem spojrzał na Tamare, dziewczyna powoli spróbowała wstać, jednak wciąż miała problemy z utrzymaniem równowagi i potrzebowała asekuracji. Kilijan stał obok niej pilnując by nie upadła, dziewczyna sama nie wiedziała co teraz sprawia jej większy ból, zniszczony na skutek uwolnienia ogromnych jak na jej wiek, pokładów energii psionicznej, czy pełne niechęci i pogardy spojrzenie jej mistrza.. Po dłuższej chwili Tamara była gotowa do drogi. Łowcy z mozołem opuścili więc swoje pozycje i ruszyli w stronę szpitala, nadal ostrożni, jednak już znacznie bardziej żądni krwi zdrajców.

****************************************************************************************************************
W tym czasie Natasza i Siergiej prowadzili swoje oddziały do ataku na szpitalne lotnisko. Było ich mniej, mieli też inne cele, co spowodowało, że byli przygotowani do wypełniania swych celów znacznie lepiej niż grupa Aleksieieja, która z pewnością nie spodziewała się spotkać na swej drodze jednostek pancernych. Valhallanie spodziewali się za to długiej wymiany ognia, z tego powodu bardziej skupili są na uzbrojeniu które da im możliwość prowadzenia skutecznej walki pozycyjnej. Mieli ze sobą nawet kilka moździerzy małego kalibru. Podczas gdy oddziały Nataszy miały wdać się w walkę z wrogiem, Siergiej i jego nieliczna drużyna snajperów eliminowałaby drużyny broni ciężkiej. Heretycy byli wyraźnie bardziej zaabsorbowani obstawianiem głównych ulic, którymi zbliżały się drużyny Aleksieja, Valhallanie nie natknęli się na żaden sensowny opór aż do głównej linii obrony wroga. Najwyraźniej heretycy uznali obronę od strony lotniska na wystarczającą i w istocie był to godny podziwu bastion.

Podwójna linia okopów była wzmocniona workami z ziemią, kostkami brukowymi i chodnikowymi a także stalowymi prętami. Liczne stanowiska ogniowe wcale nie ułatwiały zadania jakim miał być atak na ich linie. Ponad to zdrajcy zrównali z ziemią całą masę budynków przed swymi liniami obrony aby mieć pewność że nic ich nie zaskoczy.

- Niezła linia obrony - stwierdził Siergiej obserwując linie wroga przez lornetkę.

Stali z Nataszą na dachu jednego z budynków, uważnie przyglądając się heretykom.

- Niezła czy zła, chce wiedzieć czy dacie rade - odpowiedziała Kendov patrząc na snajpera.

- Jasne że damy rade co mamy nie dać rady, tylko uważajcie nie my jedni możemy mieć snajperów - odpowiedział Siergiej patrząc na dalsze budynki.

Podczas gdy snajperzy pozajmowali pozycje w budynkach na obrzeżach strefy ataku; na a których zburzenie heretykom albo nie starczyło już materiałów wybuchowych, albo uznali oni że ich usytuowane na środku pozycji obronnych stanowiska broni ciężkich będą bezpieczne przed ostrzałem snajperów z flanki; ludzie Nataszy uformowali się w łuk kryjąc się między stojącymi jeszcze budynkami. Spodziewali się oni zarówno tego że przeciwnik wyjdzie im na spotkanie jak i próby oskrzydlenia, kiedy zaczną ostrzał.

Siergiej leżał na dachu jednego z budynków, każdy z jego ludzi miał przekaźnik krótkiego zasięgu, działający na niskich częstotliwościach, dzięki temu ustalili oni między sobą kto strzela do którego operatora broni przeciwnika. Siergiej wybrał swój cel i spokojnie wymierzył karabin. Widział głowę przeciwnika, widział go praktycznie całego. Widział jak śmieje się siedzącym obok towarzyszem, który najpewniej miał podawać amunicje. Nie było żadnego błysku, ani dźwięku kiedy Siergiej pociągną za spust swej broni. Operator padł martwy z głową przepaloną na wylot, jego ciało bezwładnie opadło na karabin, by chwile potem runąć na ziemie. Dosłownie w tej samej sekundzie padł jego przyjaciel, który nie zdążył nawet ukazać swego zdziwienia na widok umierającego towarzysza. Karabiny retribution nie były do końca legalne w Imperium ale praktycznie każdy dowódca w armii przymykał oko na ich wykorzystywanie przez jego ludzi, znając możliwości tej broni. Łowcy mieli kiedyś szczęście posiadać w swoich szeregach rzemieślnika z sektora Calixis, który nauczył ich jak tworzyć ową broń.

W chwili kiedy heretycy przerazili się na widok nagłej i kompletnie niespodziewanej śmierci towarzyszy, spadł na nich grad wystrzelonych pocisków z moździerzy. Szarpnele rozrywały ich ciała, zmieniając chętnych do walki zdrajców w kawałki poszarpanego i nafaszerowanego metalem mięsa. Pociski zapalające odcinały drogi ucieczki i uniemożliwiały atak lub jakąkolwiek koordynacje działań a pociski wybuchowe skutecznie eliminowały składy z amunicją, chociaż znalezienie ich przez dymy i pył nie było łatwe. Ci spośród zdrajców, którzy byli dość głupi by wyjść w stronę łowców ginęli od niewidzialnych promieni snajperskich.

Ostrzał trwał jakieś dziesięć minut, gdyż łowcy nie chcieli wystrzelać się od razu z całej swojej amunicji. Poczekali oni aż zgasną ognie od ich pocisków i ruszyli z wściekłością na i tak już osłabionego wroga. Ku radości Nataszy, przeciwnik był zdezorientowany aby rozpocząć własne natarcie, to łowcy byli pierwszymi, którzy rozpoczęli atak na szpital. Biegnąc ostrzeliwali heretyków, obrzucali ich granatami, a gdy doszło do walki na bliższy dystans, okładali ich swymi saperkami, dźgali bagnetami i rąbali maczetami, to co miało w pierwotnym planie być walką pozycyjną, stało się bezlitosnym szturmem. Siergiej i jego ludzie opuścili swoje pozycje by przetransportować moździerze do zajmowanych właśnie okopów. W tym czasie ludzie Nataszy masakrowali oszołomionych heretyków. Kendov bezlitośnie cięła ich swoją rodową szablą, głównie stając na workach z ziemią i tnąc wrogów po twarzach i strzelając do nich swym starym zaufanym pistoletem laserowym. Niektórzy spośród wojowników Valhalli rzucali się do środka wrogich okopów szukając tych, którzy mogliby uniknąć gniewu sprawiedliwych.

Na szczęście dla Kendov, ukryty w jednym z budynków samego szpitala, snajper był bardzo niecelny i laser trafił ją tylko w ramię. Kobieta spadła do okopu, wtedy też łowcy zobaczyli prącą naprzód armię heretyków. Nie było wyboru, Kendov zdała sobie sprawę że czeka ja walka w okopach. Nie znosiła tego rodzaju potyczek, trzeba było pilnować wąskich korytarzy a teraz także własnej głowy z powodu snajperów. Na szczęście dla niej, Siergiej wraz ze swymi ludźmi przejął dwa ocalałe stanowiska broni ciężkiej. Rozstawili je oni w kluczowych miejscach, dzięki czemu wróg miał znacznie ograniczone pole manewru. Siergiej zauważył, że snajperzy wroga są bardzo źle rozstawieni, gdyż są w stanie osłaniać tylko drugą linie okopów i wejście do nich od strony szpitala, podczas gdy pierwsza nawet na krawędziach, jest dla nich nietykalna. Starał się ustalić gdzie może się kryć przeciwnik o takich możliwościach. Heretycy nie prowadzili też stałego szaleńczego szturmu, zamiast tego starali się taktycznie rozegrać bitwę, wzajemnie osłaniając się ogniem, próbując obrzucać łowców granatami, na co rzecz jasna łowcy odpowiadali swoim ogniem z moździerzy i ostrzałem z własnych karabinów, co sprawiało że walka toczyła się jeszcze dłużej. Trupy powoli stawały się podłożem w tamtym miejscu a krew zabarwiła krawędzie osłon i spływała po asfaltowej nawierzchni samego szpitala.

****************************************************************************************************************
W tym czasie ludzie Aleksieja dotarli do bram szpitala. Były one bardzo słabo chronione, prosta kratowa konstrukcja, została wzmocniona kawałkami drewna a okna na parterze budynku zastawione meblami, chociaż i tak były w nich liczne prześwity, których było widać zapalone światła. Nie było mowy by były to stanowiska strzeleckie. Zamiast bawić się w wyrafinowany atak, Aleksiej rozkazał po prostu obrzucić pozycje przeciwnika granatami dymnymi a potem z założoną maską gazową popędził z bronią na wroga. Z imieniem Imperatora na ustach łowcy sforsowali bramę i wpadli do środka zabijając otumanionych, duszących się od dymu i nie spodziewających się takiego typu ataku, obrońców. Następnie wojownicy Imperatora szybko pokierowali się do najbliższego budynku.

Spotkali tam garstkę ludzi. Byli to głównie lekarze, pielęgniarki i inni przedstawiciele zwykłego personelu medycznego, a przynajmniej na to wskazywały ich uniformy, wszyscy oni byli jednak dotknięci spaczeniem ich ciała pokrywały wrzody i ropnie, oni sami na widok łowców popadali w obłąkańczy rechot, padali na ziemie, gdzie tarzali się po niej z całych sił drapiąc swą skórę, która na skutek procesów chorobowych odchodziła od ich ciał całymi płatami. Aleksiej dał swym ludziom jasny znak, łowcy nie okazali im żadnej litości, seriami z promieni laserowych ukrócili ich cierpienia. Wtedy jednak z pozostałej części szpitala nadeszła spora grupa heretyków. Ostrzeliwali się oni łowcami ukrytymi w budynku i stojącej przy niewielkiej budce, która zapewne pełniła funkcje portierni i chociaż oba budynki raczej średnio nadawały się do pełnienia roli osłony, dawały dobrą ochronę wizualną.

****************************************************************************************************************
Kiedy Siergiej szykował się do oddania pierwszego strzału jaki rozpoczął bitwę na lotnisku, a Aleksiej szykował swoje granaty dymne, Malik ze swoją drużyną dotarli do drzwi przychodni. Jego ludzie zatrzymali się na linii budynków przed nią tak, aby nie zwracać na siebie uwagi przeciwnika i być poza zasięgiem ich karabinów, a przynajmniej poza ich zasięgiem skutecznym. Od drzwi dzielił ich sporej wielkości plac. Fontanna znajdująca się w centrum owego miejsca już od dawna była nieaktywna, ale jej twarde ściany mogły dać ochronę przed laserami wroga, problemem był natomiast karabin maszynowy, stojący przed drzwiami i dwa stanowiska strzelnicze w oknach. Malik przyglądał się obronie wejścia. Poza karabinem maszynowym i dwoma strzelcami w oknach naliczył jeszcze przynajmniej tuzin ludzi. Wiedział też że kiedy tylko zacznie się walka z wnętrza budynku z pewnością wyjdzie ich więcej. Nagle jednak dudnienie artylerii poniosło się echem po całej okolicy. Hariqistańczyk zobaczył że w budynku panuje poruszenie, ktoś przybiegł do heretyka stojącego przy dziale, ktoś wewnątrz biegał dookoła, ktoś inny krzyczał coś w nieznanym Malikowi języku, będącym zapewne miejscową mową, w szeregach wroga zapanował chaos. Malik dobrze wiedział czym jest spowodowana ta sytuacja. Pakowanie się pod lufę przeciwnika nie było jego celem ale nie miał on innego wyboru. Nastawił swoją rusznice na maksymalny zasięg. Dzięki temu broń była w stanie dorównać karabinowi snajperskiemu ale z broni zdolnej przebić pancerz Astartes, stała się zwykłym karabinem laserowym.

Zabójczy promień trafił operatora prosto w twarz. Był martwy nim dowiedział się co się stało, gdy upadł na ziemie jego zwęglona twarz roztrzaskała się na kawałki, odsłaniając resztę nadpalonej tkanki. Dowódca heretyków potrzebował kilku sekund, by zrozumieć co się stało i kolejnych kilku by podnieść alarm. Malik ustawił rusznice na większą moc, zmniejszając zasięg i posłał kolejny pocisk tym razem w samego dowódcę. Cienka linia błękitnego światła trafiła w lewe ramię. Dłoń uderzyła o ziemie oddzielając się od reszty ciała a usmażone serce, natychmiast przestało bić. Łowcy krzycząc z wściekłości parli na wroga śląc przy tym całe serie ze swych karabinów w okna budynku, nie po to by zabić, ale by wystraszyć i tak już przerażonego oponenta. Zaskoczeni heretycy nie zdążyli ponownie obsadzić działa nim łowcy dopadli do wejścia. Wojownicy Hairqistanu dokonali masakry na heretykach z użyciem swych karabinów i wszelkiej maści broni do walki w zwarciu. Kiedy już łowcy uporali się ze zdrajcami w budynku Malik stanął przed trudnym wyborem, musiał zdecydować czy wspomóc kapitana czy Valhallan. Zdecydował się na to drugie, wiedząc że lotnisko może zapewnić dobre wsparcie.

****************************************************************************************************************
Siergiej nie był w stanie dostrzec grupy snajperów czających się w niewielkich oknach ozdobnych w budynku naprzeciwko okopów, Malik na szczęście nie miał z tym już wielkich problemów. Snajperzy zostali uciszeni przy użyciu jego rusznicy i dwóch granatników. Jego komando wypadło prosto na tyły i tak już mocno przetrzebionej armii heretyków. Zaskoczeni i wzięci w dwa ognie zdrajcy nie byli w stanie się oprzeć potędze łowców. Natasza i Siergiej byli wyraźnie zadowoleni na widok Malika i jego ludzi. Nie wiedzieli co cieszyło ich bardziej, fakt, że łowca żyje czy to, że uwolnił ich od wrogiego ostrzału.

- Malik udało ci się! - wykrzyczał Siergiej chwytając Malika za ramiona i potrząsając nim z radości.

- Naturalnie że się udało sadiqu! - odpowiedział Malik.

- Nie ciesz się tak Siergiej, ta walka jeszcze się nie skończyła - powiedziała Natasza wskazując na bandę zdradzieckich żołnierzy, którzy prawdopodobnie nawet nie zauważyli, że walki w okopach ustały i którzy teraz biegli w tylko im znanym kierunku.

- Kapitan - stwierdził Malik - Trzeba mu pomóc.

- Ano trzeba - powiedział Siergiej po czym powiedział - Natasza, nie obraź się ale nieźle oberwałaś w czasie tej walki, może lepiej będzie jeśli...

- Nie, nie będzie lepiej, zostajesz tutaj, zabezpieczasz lądowisko i prosisz o wsparcie i zro... - nie skończyła zdania.

Zatoczyła się i najpewniej padłaby na ziemie gdyby Siergiej w porę jej nie złapał.

- Cholera musiałaś być taka uparta? - mówił nerwowym tonem Siergiej - Medyk nie założył ci porządnie opatrunku, zostajesz tutaj czy ci się to podoba czy nie.

- No proszę co za stanowczość - uśmiechnęła się Kendov.

- Nie obraź się Nataszo ale w takim stanie nie dasz rady dowodzić - powiedział Malik zatroskanym głosem.

- Mhm, właśnie widzę - powiedziała Natasza z niechęcią i dopowiedziała - No dobra Siergiej, ale jak cie zabiją to nie moja wina.

Valhallanie i Hariqistanie wypadli prosto na pole bitwy, gdzie łowcy z trudem odpierali ogromną liczbę heretyków uzbrojonych w karabiny maszynowe i wyrzutnie rakiet. Ściany budynku przypominały teraz sito, wróg walczył z wielką determinacją i żądzą mordu. Nie był jednak przygotowany na atak na plecy. Łowcy ruszyli i bezlitośnie zmiażdżyli heretyków wybijając ich co do jednego skoncentrowanym ostrzałem ze swej broni laserowej i granatników. Woronin spojrzał na swoich wybawicieli i uśmiechnął się.

- No proszę, jednak udało wam się przebić - zaczął kapitan.

- Bez Malika byłby z tym problem - stwierdził Siergiej i odwzajemnił uśmiech.

- I pomyśleć że to my mieliśmy przebić się pierwsi i wam pomagać - powiedział Aleksiej śmiejąc się.

- I jak zwykle plan nie wypalił - wtrącił się Malik.

- Masz racje Malik, jak zwykle - podsumował Sierigej.

- Te Siergiej, a gdzie żeś Natasze posiał? - Woronin dopiero teraz zauważył, że nie ma z nimi dowódcy Valhallan.

- Ranna, snajper trafił ją w ramie, potem jakiś heretyk sieknął ją w nogę swoim bagnetem, a na koniec dostała odłamkami granatu po żebrach, ale bez obaw wyliże się - odpowiedział łowca.

- No, ja myślę - powiedział Woronin.

- Panowie nie chce wam przerywać uroczej pogawędki ale mamy wiedźmę do ubicia - wtrącił się nagle Norad.

- Najpierw to my ją musimy znaleźć a jak znam ten typ to bez psionika albo chociaż czujnego na iluzje nosa się nie obejdzie - stwierdził Woronin.

- Czyli że się rozdzielamy - powiedział Malik

- Rozdzielamy, ja biorę Tamare i idziemy zbadać chirurgie i cholera wie co tam jeszcze jest, Norad wybierz sobie jakiś ludzi i sprawdź psychiatryk a wy bierzecie całą resztę i możecie sobie wybrać, położniczy, dziecięcy, czy co tam jeszcze zostało, a ty Wasili... zaraz a on gdzie? - Woronin zaczął się rozglądać dookoła.

- A ja biorę sobie przychodnie - powiedział przychodząc powolnym krokiem stary łowca.

- Gdzieś ty był? - zapytał Siergiej.

- Odlać się - odpowiedział z rozbrajającą szczerością stary łowca.

****************************************************************************************************************
Podczas gdy na zewnątrz toczyły się krwawe walki, sam ośrodek stał opustoszały. Łowcy bardzo dokładnie przeszukiwali kompleks, lecz jedyne co znajdowali to ściany pomazane krwią i zwłoki pomordowanych pacjentów. Na ścianach i ciałach pomordowanych ludzi noszących widoczne ślady tortur, zdrajcy wymazali lub wycieli bluźniercze symbole, które budziły obrzydzenie łowców. Od czasu do czas znajdowano kogoś z personelu szpitala, ludzie ci byli jednak kompletnie szaleni i zwykle łowcy natychmiast kończyli ich egzystencje.

Wasili i jego łowcy przeszukiwali przychodnie. Widzieli ciała heretyków i łowców którzy polegli w czasie ataku, ślady krwi na ścianach, poprzewracane krzesła i powybijane szyby, nadpalona farba i wyłamane drzwi wystarczały na opis tego co się tu działo. Komandor poprowadził swoich ludzi na wyższe piętra, na których znajdowały się jedynie zdemolowane pokoje lekarskie, nie było jednak widać żadnych śladów walki. Przychodnia była praktycznie pusta kiedy heretycy zaatakowali szpital, cały personel był na oddziałach urazowych i innych o znacznie ważniejszych funkcjach niż leczenie przeziębienia. Wasili dobrze wiedział, że niczego tu nie znajdzie, nie chciał znaleźć. Był już stary i zmęczony, widział w życiu dużo, zdecydowanie za dużo jak na jedno życie. Miał ponad trzysta lat i był starszy nawet od Woronina podobnie jak inni Vostroyańscy szlachcice miał swoje sposoby aby zatrzymać starzenie. Wasili uzgodnił z kapitanem, że ma to być jego ostatnie polowanie, chciał założyć stałą komandorie i szkolić przyszłych łowców. Ten świat idealnie się do tego nadawał. Szanse kolejnego ataku heretyków w czasie tej resztki życia jaka mu pozostała były znikome a dobrze wiedział że zdąży on wyszkolić przynajmniej jedno pokolenie nim odejdzie do osnowy. Jego ludzie mogli jedynie przeczuwać to co planuje ich dowódca, część już zarzekała się że zostanie z nim, inni już szykowali się do walki o jego kajutę, a jeszcze inni zastanawiali się nad tym do czyjego komanda dołączą. Tak czy inaczej, jedno było pewne, że po tej wojnie, Wasili zostanie na tym świecie.

****************************************************************************************************************
Malik nie wiedząc gdzie dokładnie ma pójść postanowił przeszukać magazyny. Były one całkowicie spustoszone, heretycy zrabowali wszystko od leków, przez żywność a na rzeczach totalnie niepotrzebnych takich jak przyrządy medyczne kończąc. Widział też wiele porzuconych strzykawek i ślady krwi, co świadczyło o tym, że ich wróg uwielbiał szprycować się wyrabianymi na lewo narkotykami. Nie znalazł jednak niczego co mogłoby przykuć uwagę łowców.
****************************************************************************************************************
Norad właśnie przechodził przez bramy ośrodka psychiatrycznego. Był to zdecydowanie ośrodek zamknięty dla niebezpiecznych ludzi. Kraty w oknach, mocna stalowa brama i dodatkowy, nieco wyższy mur na dodatek wzmocniony drutem kolczastym, jasno sugerowały, że nie jest to przytulne miejsce. Co ciekawe sam budynek ośrodka wydawał się być stosunkowo mały. Wynikało to jednak z faktu, że nie potrzebował on tak wielkich pomieszczeń ani specjalnych oddziałów. Norad prowadził łowców przez puste korytarze. Zdecydował się posłuchać Woronina, gdyż "miał on nosa" do miejsc które go zainteresują i jak zwykle w takich wypadkach stary łowca nie pomylił się nawet odrobinę. Podczas gdy dla łowców ślady krwi na ścianach były jednie bluźnierstwem, które należało spalić inkwizytor widział w nich wzór. W pewnej chwili złapał on za łańcuch, na którym wisiały trzy serwo-czaszki z symbolem inkwizycji. Jedna z nich została zniszczona w czasie bohaterskiego ataku na czołg jednak dwie pozostałe wyglądały na sprawne.

Norad po naciskał coś na nich a te uniosły się nad ziemie i zaczęły dokładnie skanować każde pomieszczenie i każdy skrawek ścian. Łowcy nie wiedzieli co robi inkwizytor i nie chcieli wiedzieć. Brak ciekawości i niechęć do poznawania sekretów wroga, była jedną z tych rzeczy, za które Norad lubił łowców najbardziej. Dla nich wszystko było takie proste, wiedźmę spalić, heretyka spalić, plugawe bohomazy nabazgrane krwią na ścianach też spalić i tak dalej aż do skutku, dopóki ostatnie ziarno herezji na planecie nie zostanie zniszczone do ostatniej plugawej komórki. Jedynie komandorzy wykazywali się większą chęcią poznania, chociaż ich i tak interesowało raczej tylko to jak najskuteczniej zabić wiedźmę i na co uważać w walce z nią, niż zawiłe niuanse mocy osnowy.

Nagle z przemyśleń inkwizytora wyrwał znany mu bardzo dobrze mdły, przyprawiający o zawroty głowy zapach osnowy, był słaby ale wciąż wyczuwalny. Norad szybko podążył za jego wonią niczym ogar, który właśnie zwęszył trop. Dotarł na niższe kondygnacje budynku aż do piwnicy. On i jego łowcy zastali makabryczny widok. Jedna z izolatek była w całości wypełniona przerdzewiałym drutem kolczastym, gdzie bezwładnie wisiały zakrwawione ciała trzech nagich kobiet. Norad rozejrzał się i po chwili dostrzegł skrawki ubrań porozrzucane po całym pomieszczeniu, jednak jedno miejsce szczególnie przyciągnęło jego uwagę. Przyklękną przy zaschniętej kałuży krwi, widział odciśnięte dłonie, ślady butów a jego psioniczne moce wyczuwały tętniące w tym miejscu cierpienie i przerażenie. Nachylił się jeszcze bardziej i pociągnął nosem, poza zapachem krwi wyłapał także odór moczu i męskiego nasienia. Wstał spoglądając z obrzydzeniem na całe to miejsce. Usłyszał dźwięk stukającego metalu, jeden z łowców podniósł amulet, jaki przyznaje się na większości Imperialnych światów wszystkim lekarzom po złożeniu przysięgi ratowania życia. Inkwizytor podszedł do niego i wystawił rękę, łowca posłusznie wręczył mu amulet. Na odwrocie widniały inicjały "SS". Takich amuletów w pomieszczeniu było jeszcze kilka, łowcy zebrali je ze sobą, by móc później oddać cześć zmarłym i pomodlić się w imieniu tych, którzy wpadli w ręce heretyków.

W całej sali leżało jeszcze kilka zmasakrowanych ciał. Na końcu pomieszczenia Norad zobaczył z kolei ciała mężczyzn. Byli ponabijani na ścianę, a ich ciała układały symbol ośmioramiennej gwiazdy, byli zmumifikowani, zupełnie jakby coś wyssało z nich życie. Norad widział liczne krwawe ślady stóp, butów, dostrzegł też jednak jasne przebarwienie na podłodze. Ktoś ciągnął tutaj coś bardzo ciężkiego. Usłyszał huk bitego szkła, łowcy rozbili szybkę pancerną przeklętej izolatki i powoli i ostrożnie starali się wyciągnąć ciała kobiet. Norad odepchnął ich po czym uniósł obie ręce a druty rozgięły się, puszczając ze swego uścisku martwe lekarki, po chwili ich ciała uniosły się w powietrze i wyleciały z plątaniny żelastwa. Opuścili ośrodek w milczeniu wynosząc ciała zamordowanych lekarzy i lekarek. Później przed opuszczeniem szpitala Norad i Tamara dopasowali znalezione amulety do ciał, które zostały spalone z honorem i należną czcią dla majestatu śmierci. Razem z nimi spalono też wiele innych odnalezionych zwłok obywateli, wyjątkiem był pierwszy amulet odnaleziony przez łowców, który nie pasował do danych nikogo z zamordowanych członków personelu medycznego, ten amulet z jakiegoś powodu Norad zachował dla siebie.

****************************************************************************************************************
Oddziały położniczy i dziecięcy mieściły się w tym samym budynku co chirurgia i urazówka, którą sprawdzał Woronin lecz na wyższych piętrach.

Drużyna Siergieja nie była liczna, a oddział dziecięcy nie był duży. Łowcy znajdowali tu ślady krwi jednak nie było ciał. Podczas gdy inni przeszukiwali kolejno pomieszczenie za pomieszczeniem, Siergiej prowadzony mrocznym przeczuciem poszedł dalej. Nie wiedział czego szuka, coś wołało go do jednego z pokoi. Znał takie przeczucia i bardzo się ich obawiał. Wpadł do środka wyłamując drzwi i z karabinem wymierzonym przed siebie. Widok który zastał, sprawił że karabin wylądował na ziemi, chwilę potem łowca padł na kolana łapiąc się za głowę. Patrzył na pomieszczenie i nie mógł uwierzyć w to co widział. Ciała dzieci leżały w całym pomieszczeniu. Jedne z nich były całkiem małe, inne starszymi nastolatkami a niektóre wręcz niemowlętami. Widział małe dzieci przybite gwoździami do ściany, widział ich ciała rozwleczone po podłodze, większość z nich miała wciąż przerażony wyraz twarzy. Siergiej nie mógł patrzeć na to wszystko. Widział już bardzo wiele, stracił wielu dobrych ludzi, lecz nawet ciało rozerwane przez pocisk artyleryjski nie zadziałało na niego tak jak to. Nagle usłyszał odgłosy walki, zerwał się niemal natychmiast i dobywając swego miecza łańcuchowego popędził w stronę źródła dźwięków.

****************************************************************************************************************
Ludzie Woronina sprawdzali mieszczącą się na parterze chirurgie, gdzie zastali iście makabryczny widok. Niewinni ludzie posłużyli jako obiekty eksperymentalne dla heretyckich "chirurgów". Ciała pozszywane ze sobą, zastygłe w przerażonych pozach ciała z wywleczonymi narządami wewnętrznymi, korytarze musiały dosłownie pływać we krwi, sądząc po śladach na podłodze i niemal całych schodach budynku. Nie było w tym żadnej symboliki, nie było żadnego celu, heretycy chcieli po prostu się zabawić. Łowcy muszą walczyć w najtrudniejszych terenach, spotykają na swej drodze mutanty, potwory, zdrajców, heretyków, wiedźmy, czarowników a czasami nawet zdradzieckich kosmicznych marines, jednak widoki takie jak ten sprawiają, że nawet oni są w stanie upaść na duchu. Ciężko im skutecznie zwalczać herezje, gdy prowadzi ona ze sobą taki nawał okrucieństwa. Woronin zgodnie z zasadami łowcy przeszukiwał każde nawet najmniejsze pomieszczenie, naiwnie wierząc że ktoś ocalał pogrom. Tamara nie dała rady wytrzymać długo na tym oddziale, rzuciła swój kostur, ukryła twarz w dłoniach i zaczęła się trząść, przez ręce ciekły jej łzy. Kiiljan, który towarzyszył jej od czasu spotkania z czołgiem starał się ją pocieszyć. Tamara jednak z jakiegoś powodu nie chciała by łowca się do niej zbliżał. Chciał ją objąć i otulić płaszczem ale wtedy dziewczyna odepchnęła go z całej siły. Zaskoczony łowca uderzył o ścianę i wtedy psioniczka dostrzegła coś dziwnego. Ściana zafalowała niczym tafla wody, jasnym dla niej stało się że jest to iluzja.

Woronin i jego ludzie obstawili niewidzialne wejście a wtedy Tamara zdjęła iluzję. Przed nimi otworzył krótki i czysty korytarz. Łowcy wpadli do środka. Zastali tam trzy samotne wiedźmy i heretyków znikających w portalu immaterium. Jedna z nich, która najpewniej była przywódczynią idealnie pasowała do podręcznikowego opisu istoty spaczonej. Miała prawie dwa metry wzrostu, osadzona na długiej szyi głowa była szpecona przez liczne mutacje, kobieta była w stadium zaawansowanego łysienia, pozostały jej tylko nieliczne czarne włosy, jednego oka nie miała, w miejscu drugiego sterczała narośl z licznymi czarnymi punktami, które zapewne pełniły funkcje oczu, długi szpakowaty nos częściowo nawet zakrywał usta ciągnące się aż do policzków, były pełne ostrych jak brzytwa zębów. Nosiła dobrze wykonane fioletowe szaty z kilkoma czarnymi wszywkami. Przez całe jej ciało ciągnęły się też liczne srebrne i złote łańcuchy, na których pozawieszane były różne mroczne symbole. Jej figura w ogóle nie przywodziła na myśl kobiety, nie pasowała nawet do opisu człowieka a bliżej jej było do jakiegoś nieznanego humanoida. Jedyne co było widać spod szat to zdeformowane stopy, i długie, chude, praktycznie pozbawione mięśni i jakiejkolwiek innej niż skóra, tkanki, ręce, zakończone dłońmi wyposażonymi w dość długie pazury. Pozostałe dwie wiedźmy były znacznie mniej zdeformowane. W zasadzie trudno były ocenić stopień zmian, gdyż odsłonięte miały jedynie ręce do ramion i twarze. Jedna z nich zamiast włosów miała kolce wyrastające z głowy, bladą skórę i oczy bez źrenic i tęczówek. Druga z kolei miała normalne oczy i skórę bardzo ciemną, podczas gdy pierwsza nie miała żadnych cech szczególnych na rękach, ta miała długie bicze przypominające wielkie naczynia krwionośne zamiast jednej z rąk. Przywódczyni na widok łowców zawarczała przeraźliwie i krzyknęła "Zatrzymać ich".

Chciała się skierować do otwartego portalu, lecz wtedy Woronin szybko chwycił za swoją, do tej pory nie używaną kuszę i posłał bełt prosto w wiedźmę. Jej demoniczne zmysły w porę ją ostrzegły, pocisk przeleciał milimetry od jej ciała i trafił prosto w portal, tym samym go zamykając. Wiedźma zaryczała z wściekłości a jej towarzyszki rozpoczęły atak. Różnokolorowe pociski energii psychicznej poleciały prosto w Woronina i jego ludzi. Tamara w porę zdążyła wytworzyć tarczę, która zatrzymała uderzenie osnowy, a następnie szybko zebrała całą swoją moc na kontr-atak. Po kosturze z góry do dołu przeszła fala piorunów, które następnie przeszły na ciało dziewczyny a ta wystawiła rękę i rozpoczęła atak. Wiedziała że nie da rady pokonać obydwu wiedźm na raz. Posłała swoją moc w stronę kolczastej czarownicy, wiedźma nie zdążyła już utworzyć tarczy i potężna fala energii rzuciła jej i tak martwym wówczas ciałem o ścianę.

Woronin posłał kolejny bełt w stronę przywódczyni, jednak ta zniknęła w błysku osnowy i pojawiła się w innym miejscu pomieszczenia. Kilku łowców skupiło na niej swój ogień. Jedną ręką czarownica wytworzyła tarcze, która zatrzymała lasery z ich karabinów, a drugą posłała w nich całą serie pocisków mocy. Łowcy starali się ukryć za jedną z nielicznych kolumn, podtrzymujących całą konstrukcje, jednak nic to nie dało. Pociski po prostu przeleciały przez ich osłonę, a oni padli martwi z licznymi wypalonymi śladami na ciele.

Tamara walczyła teraz z drugą wiedźmą. Kostur psioniczny, który pomagał jej w panowaniu nad mocą, świetnie sprawdzał się też jako broń obuchowa, jednak czarownica była bardzo szybka, zdecydowanie zbyt szybka dla jej zdolności fizycznych. Na szczęście dla agentki inkwizycji, na wiedźmę rzucił się też jeden z łowców, jednakże jego szarża chociaż bohaterska, na niewiele się zdała, czarownica chwyciła go bowiem swoją mocą. Chłopak najpierw uniósł się nad ziemie a potem z jego ciała popłynęła krew, najpierw z nosa potem z uszu a na końcu ust i oczu. Adeptka wykorzystała okazje gdy wiedźma rozkoszowała się widokiem konającego żołnierza i z całej siły uderzyła wiedźmę w brzuch. Ta puściła trzymanego łowcę i złapała się za trafione miejsce. Tamara brała już zamach by uderzyć przeciwniczkę w głowę, co z pewnością zakończyłoby życie czarownicy, lecz wiedźma zatrzymała kostur swymi mackami tuż przed swoją twarzą.

- Chyba nie myślałaś że pójdzie ci ze mną tak łatwo? - powiedziała wiedźma szarpiąc się z adeptką.

- Prawdę mówiąc, co liczyłam że będzie trudniej - odpowiedziała Tamara.

Oczy dziewczyny błysnęły, zebrała resztę swej mocy osnowy i zgromadziła ją w swoim kosturze. Fala piorunów przeszła po konstrukcji i przeszyła ciało kultyski Chaosu. Wiedźma zawyła z bólu odskakując jak oparzona, wtedy też do adeptki dołączyli dwaj łowcy, którzy zabili czarownice serią z ustawionych na pełną moc karabinów. Nim padła na ziemie nie miała już ręki, połowy twarzy, a z licznych dziur w jej torsie wylewała się ohydna maź.

W tym czasie Woronin walczył z przywódczynią, która bardzo skutecznie unikała jego bełtów. Kilku innych łowców rzuciło się na czarownice z bronią białą. Chociaż praktycznie nie miała mięśni bez trudu skręciła kark jednemu i rozerwała klatkę piersiową drugiemu z łowców, za nic mając jego pancerz. Kolejny bełt przeleciał obok jej twarzy, wtedy też padła druga z wiedźm. Przywódczyni pojawiła się za Tamarą i dwoma stojącym obok niej łowcami. Pazury na jej dłoniach nagle się wydłużyły a ona bez trudu przebiła nimi ciała łowców na wylot. Tamara szybko odskoczyła od potężnej czarownicy, a długie szpony rozdarły część jej szat, odsłaniając noszony pod spodem pancerz. Adeptka chciała użyć swojej mocy, chociaż była już mocno osłabiona po walce z ostatnią wiedźmą. Z trudem zebrała moc na kolejny atak, jednak wtedy czarownica mocą wyrwała jej kostur z rąk. Skumulowana w nim moc nie wyrządziła jej żadnej krzywdy, a sama wiedźma użyła jej by wyzwolić potężną falę energii psionicznej, która powaliła stojących za nią łowców. Uderzenie o ścianę zamroczyło Woronina, który chciał oddać kolejny strzał ze swej kuszy, kapitan nie był przygotowany na to że wiedźma tak szybko zbierze dość mocy, nie spodziewał się też po niej aż takiej siły, nie mógł się skutecznie obronić.

Reszta jego łowców padła nieprzytomna lub martwa, fala uwolnionej energii szła jednak po łuku. Kilijan, który próbował się przekraść obok nie został nią trafiony. Szybko rzucił się na czarownice ze swoją szablą. Przywódczyni chwyciła mocniej kostur i cisnęła nim w łowcę a siła uderzenia była tak wielka że przybiła go do ściany. Tamara z przerażeniem i wielkim trudem zaczęła znów zbierać moc. Jednak jej umysł nie wytrzymał takiego obciążenia, bez zabezpieczenia jakim był kostur. Krew popłynęła z jej uszu i nosa, dziewczyna padła na kolana, nie była w stanie przełykać śliny, która teraz wypływała z ust, pot spływał z jej ciała, chciała wydać z siebie jęk bólu, lecz płuca nie były w stanie nabrać powietrza. Dziewczyna poczuła chwyt za gardło, usłyszała dźwięk łamanej blachy wtedy jednak z oddali dobiegł ją krzyk i odgłos odpalanego miecza łańcuchowego.

Siergiej biegł na oślep z uniesioną bronią, krzycząc jak opętany, jego pojawienie się było dla wiedźmy całkowitym zaskoczeniem. Wyrwała rękę z pancerza dziewczyny by uderzyć w niego swoją mocą. Nie zdążyła, wydała z siebie jedynie przeraźliwy, głośny i urwany krzyk. Miecz łańcuchowy Siergieja rozerwał jej twarz, wyrwał szczękę, rozszarpał struny głosowe, klatkę piersiową i brzuch. Chwyt na szyi Tamary puścił całkowicie, a dziewczyna padła nieprzytomna na ziemie.

- No Siergiej, moje gratulacje właśnie ubiłeś swoją pierwszą wiedźmę - powiedział Aleksiej odkładając naładowaną kusze.

- Dziękuje kapitanie, szkoda tylko że inni nie mieli tego szczęścia - powiedział patrząc na martwych łowców.

- Musisz nawyknąć Siergiej, zwykle to tak wygląda - odpowiedział Woronin pomagając mu wstać.

- Gdyby nie ta "adeptka" wiedźma byłaby martwa, bez straty tych ludzi - powiedział jeden z przebudzonych łowców, pokazując na tych którzy zginęli od fali energii.

- Ta adeptka położyła jedną z wiedźm i prawie dała radę drugiej i tak świetnie się spisała jak na tak młody wiek - powiedział Woronin.

- Od kiedy tak broni pan psioników kapitanie? - zapytał Siergiej.

- Nie bronie tej dziewczyny, tylko uświadamiam idiotów a to dwie różne rzeczy, a właśnie dziewczyna co z nią? - zapytał przyglądając się leżącej na ziemi Tamarze.

Jeden z łowców podszedł do niej i obrócił ją na plecy. Dziewczyna wydała z siebie cichy jęk.

- Żyje - powiedział.

Wtedy do sali wpadł Norad ze swymi ludźmi. Zobaczył ciała martwych łowców i trzy leżące w pomieszczeniu postacie. Spojrzał na Tamarę, którą dwóch łowców wzięło pod ramiona i zaczęło wynosić z pomieszczenia.

- Chyba wychodzisz z wprawy - powiedział patrząc na ciała łowców, Norad.

- Znała nasze metody, wiedziała jak walczyć, duże zamknięte i puste pomieszczenie, nie dała się oskrzydlić ani zaskoczyć - powiedział Woronin patrząc na jej zdeformowane ciało.

- Znaleźliście coś przydatnego - zapytał inkwizytor.

- Nie specjalnie ale wiemy że jest ich więcej. Kiedy tu wpadliśmy widziałem heretyków znikających w portalu, zabierali ze sobą sprzęt szpitalny - mówił łowca.

- To tłumaczy dlaczego sale stały puste - stwierdził inkwizytor.

- A ty? Znalazłeś coś - zapytał Woronin.

- Poza zmasakrowanym personelem medycznym i śladami po innym portalu? Nic - powiedział Norad.

Zauważył że w pomieszczeniu podłoga nosi bardzo podobne ślady co w izolatce, domyślił się że wróg także z psychiatryka musiał zabierać jakieś urządzenia.

Szli już na lotnisko, ciała czarownic zostały rytualnie spalone a łowcy zostali pochowani razem z lekarzami, pacjentami i dziećmi jakie znaleziono. Nie spieszyli się za bardzo, rozmawiali o tym co znaleźli w całym kompleksie i co to może oznaczać, ludzie Woronina i tak rozkładali jeszcze ładunki wybuchowe więc ni było potrzeby się spieszyć, kiedy nagle podbiegł do nich Malik.

- Kapitanie, pańska córka powróciła z misji na moczarach, jest obecnie na pokładzie Zemsty i prosi by udał się pan tam jak najprędzej - mówił szybko komandor.

Chwilę potem Aleksiej i Norad byli już w valkyrie w drodze na pokład statku.

Rozdział III Spowiedź

- Gdyby nie to - powiedział Woronin wypijając kieliszek Valhallańskiej wódki - Że Ikar miał ze sobą ten mono-wizjer, to w życiu bym ci nie uwierzył Iskra.

Wszyscy siedzieli w pokoju oglądając nagranie z pola walki.

- Sama nie wierzyłam - odpowiedziała Iskra zagryzając wypity przed chwilą kieliszek kanapką ze smalcem.

- Norad, widziałeś już kiedyś coś podobnego? - zapytał Woronin patrząc na inkwizytora.

- Widziałem. Raz. Ale chłopak którego wtedy... hmmm "odczarowałem", nie odmienił się całkowicie, z jego umysłem też nie było najlepiej, zwięźle mówiąc - odpowiedział Norad.

- A co z nią? - zapytała Lisa.

- Colin ją badał, powiedział że nie wykrył w ciele żadnych zmian ale chce powtórzyć badania kiedy dziewczyna się obudzi - odpowiedziała Iskra.

- A gdzie jest Ikar? - spytała się Tamara.

- Mówił coś o badaniu duszy czy jakoś tak, pewnie ty byś zrozumiała więcej z tego psionicznego bełkotu - powiedziała Iskra.

- Sprawdza czy dziewczyna nie jest spaczona osnową. Prawdę mówiąc nie spodziewałem się po nim takiej odpowiedzialności - wtrącił się inkwizytor.

- A co z tym co z niej zdjęłam? - zapytała Iskra.

- Runy którymi zapisana jest klątwa, wzmacniacze więzi z osnową i co ciekawe wzór runy Aihmarskiej - powiedział Norad.

- Cóż w tym takiego ciekawego? - zapytał Siergiej.

- Aihmar to potężny czarnoksiężnik zdradzieckiego legionu Tysiąca Synów, według legendy chciał zapobiec mutacjom w swojej armii, w tym celu utworzył zaklęcie, które miało je zatrzymać - wytłumaczyła Tamara.

- Tak młoda adeptka i taka wiedza? To niebezpieczne Norad - przerwał jej Woronin.

- Wole żeby wiedziała z czym walczy kiedy przyjdzie czas - odpowiedział inkwizytor.

- Tak czy inaczej zaklęcie nie wyszło, jego bracia zmienili się w chodzące pancerze bez rozumu i myśli - dokończyła adeptka.

- To bardzo interesująca lekcja historii młoda damo, ale nadal nie otrzymaliśmy odpowiedzi na pytanie, cóż w tej runie takiego ciekawego - powiedział Wasili.

- Ciekawe jest to że jej celem nie było zatrzymanie mutacji, tylko sprawienie żeby przebiegła w określony sposób - Norad ubiegł swoją adeptkę w odpowiedzi.

- Norad pokaż tą runę - poprosiła Iskra.

Norad pokazał jej rycinę na której widać było wyraźnie runę. Skinęła ręką a podłączony do stołu i ekranów serwitor zamruczał. Po chwili nagranie wróciło do momentu, gdzie Iskra podpala szaloną dziewczynę. Jej ciało nie nosiło żadnych znamion mutacji a na noszonych szatach miała łudząco podobny symbol.

- A jaka jest funkcja tej runy - zapytała Iskra.

Norad przyjrzał się uważnie po czym fachowym tonem stwierdził:

- Ma całkowicie blokować mutacje.

- Mówiła coś o tym że nie otrzymała daru - powiedziała Lisa - Iskra myślisz że to właśnie ten dar? Ta mutacja?

- Wszystkie te ścierwa wyglądały tak samo, co za różnica? - wtrącił się Borin.

- No właśnie Borin, wyglądały tak samo. Ta zmiana była celowa, tylko po co im... - nim Lisa skończyła wypowiedź, drzwi do sali otworzyły się.

- Zaklęcie teleportacyjne! - powiedział Ikar wchodząc w towarzystwie dwóch innych dowódców.

- Co takiego? - zapytał Woronin wyraźnie zdenerwowany wizją faktu, że wiedźma może nagle pojawić się na jego statku.

- Te potworzyce to ostatnie furty. Trzeba wrócić na moczary i dokładnie je sprawdzić - mówił szybko Ikar.

- A co to do cholery jest ta ostatnia furta? - zapytała Natasza.

- Ostatnia furta to zaklęcie teleportacyjne. Wiedźma zakłada je komuś a potem go wypuszcza. Kiedy jest odcięta może użyć czegoś takiego aby szybko zwiać - wytłumaczył Ikar.

- Czyli może użyć tej dziewczyny jako portalu? - zapytał bardzo już zdenerwowany Aleskiej.

- Tego rudzielca? Nie mam pojęcia, nie wykryłem śladu psionicznego ale ten potrafi się czasem zamaskować - odpowiedział Ikar.

- Czyli klątwa to tylko przykrywka dla właściwego celu - stwierdził Borin.

- Ale to bezsensu, nie mogła po prostu puścić tej dziewczyny normalnie, bez zmiany w potwora? - powiedział Borin.

- Bo zupełnie normalna dziewczyna nie zwróci uwagi w bazie pełnej heretyków, zdrajców i potworów - powiedział prześmiewczo Siergiej.

- Na pewno mniejszą niż potworzyca co się nagle odmieniła w normalną dziewczynę - odpowiedział Borin.

- Nigdy nie miała się odmienić - powiedział Ikar.

- A ty skąd wiesz? - zapytał Wasili.

- Powiedziałbym, gdybyście nie przerwali mi swoimi wywodami. Wilk przyniósł ze sobą kolejne ciało. Dziewczyna jest już martwa, nie odmieniła się do końca ale kajdany ma praktycznie takie same - powiedział Ikar.

Wszyscy spojrzeli na stojącego za nim Wilka. Pochodził z Kanak, był jednak bardzo ucywilizowany jak na pospolitego barbarzyńce. Na plecach nosił kilka zszytych ze sobą wilczych skór, przez pierś przechodził mu pas do którego przyczepiony był noszony na plecach, obusiecznych topór bojowy. Żadna odlewnia nie mogą zaoferować mu odpowiedniego pancerza, więc wykuł mu go jeden z rzemieślników. Wielu ludzi uznałoby tego potężnego człowieka za głupiego i łatwego do zmanipulowania, w rzeczywistości jednak był to bardzo inteligentny, sprytny i co ważne bardo oddany swym obowiązkom człowiek.

- A skąd miałem wiedzieć że to jakieś zaklęcie? - zapytał bezradnie, po czym dodał - Zaatakowała mnie to się broniłem.

- Wilk, przecież nikt cie nie osądza za to że wykonywałeś swoje obowiązki - uspokajał go Woronin.

- Za to że je wykonywałem nie, ale za to jak je wykonałem można z całą surowością kapitanie - odpowiedział mu poważnym tonem komandor.

Woronin uśmiechnął się tylko.

- A tak właściwie to co zrobił? - zapytała zaciekawiona Natasza.

- Rozrąbał mutanta na pół - odezwał się drugi łowca, stojący za Ikarem.

Lis, bo tak na niego mówiono był niskim i pozornie kruchym człowiekiem, pochodzącym z martwego świata Mordant. Krótkie, rude i noszące już znamiona siwienia włosy układały się nieregularnie ja jego głowie. Nosił lekki płaszcz maskujący, idealnie sprawdzający się przy zwiadzie, prosty lekki strój pozwalający na ciche poruszanie się, dwa pistolety laserowe i szable. Miał dopiero trzydzieści lat jednak już było na nim widać ślady starzenia, nie było w tym nic dziwnego, ludzie na skażonym Mordant nie żyją zbyt długo, jednak rzadko zdarza się by żałowali tego jak to życie spędzają.

Wszyscy spojrzeli na niego, część się uśmiechnęła inni darzyli go obojętnością jeszcze inni niechęcią. Lis nie był zbyt lubiany ale nie przeszkadzało mu to. Był najlepszym zwiadowcą w armii, niestety jego potrzeba niezależności sprawiła, że stał się posiadaczem najmniejszego komanda.

- Tak ale nie to jest najważniejsze. Przed jego ciosem bestia zasłoniła się łapą. Jego topór trafił prosto z kajdany na rękach i odkryłem, że pod wzmacniaczami połączenia psionicznego... a zresztą po prostu wam pokaże - po tych słowach podszedł do stołu gdzie leżały kajdany. Szybkim ruchem noża rozwalił delikatne ale bardzo dokładne spawy. Z kajdan wyleciała druga obręcz. Norad i Tamara bez trudu rozpoznali zaklęcie teleportacyjne. Chłopak dodał - Takie same są też na nogach.

- Dobra robota młody - powiedział Norad uśmiechając się.

Wtedy do pomieszczenia wszedł komandor medyczny Colin. Pochodził z Vostroy, miał dziewięćdziesiąt lat lecz był tylko zwykłym człowiekiem. Starość odcisnęła na nim swoje piętno i chociaż w oczach reszty od prawie dwudziestu lat wygląda tak samo, on wie że już długo nie posłuży w komandach. Woronin już dawno zgodził się żeby mógł odejść do cywila kiedy tylko zechce. Nosił okulary, resztki siwych włosów zdobiły jego pomarszczoną głowę, spod fartucha medycznego wystawał znak medyków. Czasy kiedy sam stawał na polu walki już dawno minęły. 

- Dziewczyna się obudziła - powiedział od drzwi lekarz.

- I co z nią? - zapytała Natasza.

- Cóż jest trochę pokiereszowana i poobijana, w tej chwili wymiotuje, to normalna reakcja organizmu na przyjęcie krwi i surowego mięsa...

- Doktorze, wiesz o co nam chodzi - powiedział Norad.

- Muszę cie zmartwić przyjacielu. Ta dziewczyna jest całkowicie normalna, mógłbym ją podać jako podręcznikowy przykład najzwyklejszego w świecie człowieka - powiedział spokojnie doktor.

- A stan psychiczny? - zapytał ponownie inkwizytor - Nadaje się do przesłuchania?

- Jest zdezorientowana i przerażona ale myślę że tak, nadaje się - odpowiedział lekarz.

****************************************************************************************************************
Tylko Norad, Tamara, Iskra i Aleksiej poszli aby przesłuchać dziewczynę. Reszta chciała zobaczyć ciało dziewczyny którą zabił Wilk albo po prostu odpocząć. Wraz z nimi dla bezpieczeństwa szedł Colin. Norad dopiero teraz zauważył że Iskra nie ma na sobie zwykłego stroju. Mocne opancerzenie i kapelusz zastąpił skromny ale mimo to elegancki strój. Długa, szara, luźna lecz wciąż podkreślająca talie, sukienka, z długimi rękawami, sięgająca za kolana, zakrywała częściowo noszone pod spodem szare dobrze dopasowane spodnie. Nosiła też zwykłe czarne buty na płaskiej podeszwie. Na szyi kołysał się srebrny symbol inkwizycji, prezent od pewnej inkwizytorki, której Norad osobiście nie miał okazji poznać. Do tego przez ramię na skos przechodził pasek od niewielkiej torebki, która Iskra miała przy sobie. Norad nie wiedział, że Iskra zakłada taki lub bardzo podobny strój jedynie do modlitwy.

Dziewczyna była w specjalnej sali, z pozoru biała ściana miała tak naprawdę, praktycznie niewidoczne okno, wykonane ze szkła pancernego. Dzięki temu będący na zewnątrz mogli oglądać wnętrze ale nie na odwrót. Dziewczyna leżała w swoim łóżku, była blada, widocznie zmęczona i przestraszona, serwitor, który przy niej czuwał zabierał właśnie pojemnik pełen wymiocin.

- Mówiłeś że jest zdrowa - powiedział Norad do stojącego obok medyka.

- Nie. Powiedziałem, że nadaje się do przesłuchania. To co widzisz to normalna reakcja na przyjęcie ludzkiego białka, nasze organizmy nie są przystosowane do kanibalizmu a już na pewno nie kiedy spożywamy nasze mięso na surowo i z krwią. Podałem jej odpowiednie leki, niedługo powinna dojść do siebie - odparł ze stoickim spokojem lekarz.

- Ehhh, no dobra, Tamara szykuj się - powiedział wyraźnie zniesmaczony inkwizytor.

Dziewczyna posłusznie skinęła głową, a następnie wzięła trzymany dotąd w jednej ręce kostur i oparła go o ziemie, ściskając z całej siły i opierając o niego czoło. Umieszczone na szczycie oko, delikatnie błysnęło, wtedy dziewczyna rozluźniła nieco chwyt, jednak nadal stała w milczeniu z zamkniętymi oczami skierowana w stronę dziewczyny.

- A ta co robi? - zapytał Woronin.

- To takie zabezpieczenie - odpowiedział inkwizytor i zaczął tłumaczyć - Tamara połączy się z umysłem tamtej dziewczyny, kiedy będę ją przesłuchiwał ona będzie widziała jej wspomnienia.

- Czyli to taki wykrywacz kłamstw? - podsumował Aleksiej.

- Nie do końca - zaprzeczył Norad i ciągnął dalej - Tamara będzie nie tylko widziała ale też w skrajnych przypadkach poczuje to co czuła tamta dziewczyna. Chodzi mi o to, by dowiedzieć się czy założone zaklęcie nadal działa. Ikar nie wykrył tego zwykłym skanowaniem ale tak jak mówił ślad może się ukryć, przed czymś takim się nie ukryje.

- To chyba nie jest zbyt bezpieczne - powiedziała Iskra.

- Nie jest, ale na pewno jest bezpieczniejsze w tym wypadku, niż w przypadku przesłuchiwania zwykłego heretyka, jego szaleństwo może przejść na umysł psionika. W tym wypadku to zagrożenie nie jest tak duże a Tamara musi nauczyć się radzić sobie z takimi zagrożeniami, więc ten przypadek jest dla niej idealny - odpowiedział inkwizytor.

Już miał wchodzić do pomieszczenia, ale poczuł że chwyt za ramie. Obrócił się i zobaczył dłoń Iskry.

- Wiesz Norad nie obraź się ale nie sądzisz że... że może lepiej będzie jak zrobi to ktoś inny - powiedziała Iskra.

Norad spojrzał na nią pytającym wzrokiem.

- Z heretykami radzisz sobie świetnie a wiedźmy to wyniosłeś do rangi sztuki ale pamiętam ostatni raz kiedy przesłuchiwałeś zwykłego cywila i nie poszło ci za dobrze - Iskra starała się powiedzieć to najdelikatniej jak umiała.

- Iskra, czy ja kiedykolwiek obraziłem się za brak szacunku do mnie? Za to że nie mogę się po was spodziewać uprzejmości ani niczego podobnego? - zapytał Norad.

Iskra potrząsnęła przecząco głową.

- Więc nie krępuj się i powiedz jak to wygląda twoim zdaniem - powiedział twardym tonem.

- No dobra o ile z heretykami sobie radzisz to w przypadku zwykłych ludzi idzie ci chujowo. Nie obraź się ale wtedy taki z ciebie spowiednik jak z orka erudyta a z mojego ojca xenohybris - powiedziała stanowczym głosem dziewczyna.

Norad zaśmiał się głośno i powiedział:

- Gdyby jakiś akolita albo ktokolwiek inny odezwał się do mnie w ten sposób, już teraz krzyczałby od łamanych wewnątrz ciała kości, ale masz racje Iskra. Z cywilami sobie nie radze, widzę że się nawet odstawiłaś na to przesłuchanie, to proszę bardzo. Może to i lepiej, będę mógł w spokoju Tamary przypilnować.

Iskra skinęła głową na podziękowanie i weszła do środka.

Pomieszczenie bardzo jasne, wszechobecna biel mogłaby doprowadzić niektóre osoby do szaleństwa. Przy łóżku dziewczyny stale czuwał serwitor, wyglądał na młodego chłopaka i niektóre kobiety mogłyby go uznać nawet za atrakcyjnego. Jego umysł był jednak martwy a kierowana podzespołami twarz nie zdradzała żadnych emocji. Do jego funkcji należało jednak dbanie o bezpieczeństwo i życie dziewczyny i tak długo jak nie była ona w stanie agonalnym nie podejmował żadnych reakcji.

Leżała w łóżku, blada z podkrążonymi oczami, rude włosy były przemoczone potem, który spływał po całym ciele. Wypieki na policzkach, wyraźnie wskazywały na gorączkę. Leżała na łóżku, wyraźnie wyczerpana, delikatnie przechyliła głowę w stronę otwierających się drzwi.

Iskra powoli podeszła do jej łóżka. Wcześniej już łowcy wstawili tutaj zupełnie niepasujące do reszty pokoju czarne krzesło i stół. Iskra wzięła to krzesło i powoli przysunęła je do łóżka dziewczyny, po czym na nim usiadła. Patrzyła na łowczynie z niepokojem, Woronin usłyszała że oddech pacjentki znacznie przyspieszył, spojrzała na nią z zatroskaną minął i zobaczyła, parę piwnych przeszkolonych oczu wpatrujących się w nią spod spadającej rudej grzywki, na twarzy malował się strach.

- Nie musisz się mnie bać - powiedziała Iskra.

Spróbowała Wysokiego Gotyku, nie wierząc w to, że otrzyma odpowiedź i szykując się na konieczność korzystania z tłumacza, mimo to mówiła bardzo łagodnym głosem:

- Nie zrobię ci krzywdy.

Ku wielkiemu zaskoczeniu i niekrytej radości, dziewczyna zrozumiała słowa kobiety i bardzo słabym, nieco przestraszonym tonem spytała:

- Jesteś... inwkizytorem?

Iskra uśmiechnęła się tylko delikatnie i potrząsnęła przecząco głową.

- To - powiedziała pokazując wisiorek - Dostałam od jednej inkwizytorki ale sama nią nie jestem, prawdę mówiąc nie jestem nawet akolitką.

Dziewczyna spróbowała się podnieść, ale gdy tylko uniosła się na kilka centymetrów, rana na plecach sprawiła że mięśnie odmówiły posłuszeństwa. Opadła na łóżko i zasyczała z bólu, jej twarz wykrzywiła się w grymasie cierpienia. Iskra wstała i delikatnie włożyła rękę pod jej plecy, chcąc ją unieść, jednak i tym razem coś poszło nie tak, do tego stopnia, że dziewczyna wydała z siebie cichy pisk. Iskra dopiero teraz zwróciła uwagę, że dziewczyna nie ma na sobie żadnego ubrania a rolę koszuli pełnią tutaj owinięte wokół klatki piersiowej bandaże. Złapała ją pod ramionami i jeszcze ostrożniej podniosła, tym razem z oczekiwanym rezultatem. Woronin zobaczyła na ramionach rudzielca gęsią skórkę, musiała mieć wysoką gorączkę. Szybko podniosła regulowane ręcznie oparcie łóżka, czyniąc z niego w miarę wygodny fotel. Pozwoliła jej powoli opaść na na poduszkę leżącą na oparciu i delikatnie okryła kołdrą. Była pełna troski i współczucia, co bardzo zdziwiło Norada stojącego za drzwiami.

- Mogę, mogę dostać wody? - zapytała zachrypłym głosem dziewczyna, wskazując na stojącą na stole kryształową karafkę z wodą i dwie szklanki.

Iskra bez zastanowienia nalała jej pełną szklankę wody i podała dziewczynie. Piła łapczywie, Iskra wiedziała że będzie musiała za chwile dolewać kolejną szklankę, więc wzięła karafkę do ręki, nim się obróciła szklanka była już pusta. Spokojnie nalała kolejną szklankę i podała rudzielcowi. Tym razem piła już o wiele spokojniej, przepłukując usta i odczekując przed wzięciem kolejnego łyku. Nie trwało jednak długo nim szklanka znów była pusta, ale dziewczyna zaspokoiła już pragnienie. Iskra powoli zabrała jej szklankę i odstawiła ją na stół.

- Jestem Iskra Woronin - powiedziała łowczyni spokojnym tonem po czym zapytała - A ty? Masz jakieś imię?

- Sh... ekhm... Shani Seradin - odpowiedziała jej dziewczyna odzyskując powoli normalny głos.

- Ładnie - odpowiedziała Iskra, po czym zaczęła przesłuchanie - Posłuchach Shani, za tymi drzwiami - mówiła wskazując na drzwi do pomieszczenia - Stoi inkwizytor, zarówno jemu jak i mnie zależy żebyś opowiedziała mi co ci się stało, uwzględniając możliwie jak najwięcej szczegółów, jak trafiłaś w ręce heretyków, co dla nich robiłaś i jak wiele czasu spędziłaś w ich obecności.

- Musze opowiadać wszystko? - zapytała dziewczyna równie przestraszonym co zmartwionym głosem.

Iskra wstała z krzesła i podeszła do jej łóżka. Jak zawsze z przodu doczepiona była historia choroby i przebieg leczenia, ewentualne urazy. Colin nie był może zbyt wylewny w opisach ale Iskra nauczyła się już stosowanego przez niego żargonu. Wpatrywała się przez chwile w notes, westchnęła zamykając oczy i odwracając głowę jakby zobaczyła coś odrażającego.

- O tym o co pytasz - powiedziała odkładając notes - Nie będziesz musiała mówić.

Norad stojący za drzwiami nie był zachwycony przyzwoleniem Iskry, jednak gdy Colin wytłumaczył mu co Woronin pozwoliła dziewczynie pominąć, irytacja ustąpiła.

Usiadła znów przy jej łóżku, wyciągając dłoń, dziewczyna niepewnie wystawiła swoją. Iskra była ostrożna, wiedziała że musi być, skóra Shani była niezwykle gładka "Ręce medyka." pomyślała Iskra delikatnie umacniając swój chwyt.

- Nie bój się, nie masz czego - powiedziała Iskra spokojnym głosem.

- A ten inkwizytor za drzwiami? - zapytała przerażona dziewczyna.

Iskra uśmiechnęła się.

- On też cie nie skrzywdzi, opowiadaj i nie bój się, nie masz czego - mówiła nadal spokojnym głosem Iskra, spodziewała się że jeszcze przez długi czas będzie musiała rozmawiać z dziewczyną nim ta się otworzy, została jednak mile zaskoczona.

- Ma pani może jakąś chusteczkę? - zapytała dziewczyna.

Iskra podała jej wyciągniętą z niewielkiej torebki chusteczkę i podała ją rudzielcowi. Ta otarła cieknące po policzkach łzy, pociągnęła nosem i wzięła głęboki wdech, po czym zaczęła mówić

- Byłam wtedy w szpitalu...

****************************************************************************************************************
Sala operacyjna była sterylnie biała, Shani wraz z jedną pielęgniarką i dwoma praktykantkami prowadziła operacje. Mocny reflektor oświetlał otwarty brzuch rannego gwardzisty, odłamki szarpnela uszkodziły jego organy wewnętrzne, ale "rudzielec" jak pieszczotliwie nazywali ją lekarze dawał już sobie radę w podobnych sytuacjach. Załatanie wszystkich dziur, zwłaszcza tej w żołądku, nie było proste ale dziewczyna nie zamierzała się poddawać. Nie zwracała uwagi na strzały, chociaż front był niedaleko nich, wierzyła jednak że wojsko wytrzyma, a nawet jeśli nie wytrzyma, to przecież dostaną ostrzeżenie, rozkaz ewakuacji lub coś podobnego. Była tutaj już pół roku i dźwięki stałego ostrzału artyleryjskiego nie robiły na niej wrażenia, w przeciwieństwie do dwóch młodszych praktykantek. Jednak o ile odgłosy wojny nie robiły na niej wrażenia, to już krzyki na korytarzu tak.

- Kinga na Imperatora sprawdź co się tam dzieje - powiedziała Shani do jednej z praktykantek.

Dziewczyna posłusznie skinęła głową i poszła w stronę drzwi, już miała naciskać klamkę, gdy drzwi otworzyły się pod wpływem kopnięcia a praktykantka padła na ziemie trzymając się za twarz. Do pomieszczenia wszedł mężczyzna. Był dobrze zbudowany, nosił zgniło-zielony karapaksowy pancerz i ubranie w podobnych barwach. Na piersi miał wydrapany bluźnierczy symbol, w dłoniach trzymał karabin laserowy, jego zdeformowana twarz krzywiła się w grymasie ohydnego uśmiechu. Jako medyczka Shani nie należała do osób u których łatwo można wywołać odruch wymiotny, jednak zapach zdrajcy nawet ją przyprawił o zawroty głowy.

- Przecz stąd sukinsyny! Won na ulice! Zabijajcie się jeśli wola ale stąd precz! - zaczęła wrzeszczeć Shani.

Heretyk zaśmiał się tylko i zrobił krok w jej stronę. Dziewczyna bez zastanowienie przejechała mu skalpelem po twarzy, rozcinając policzek.

- Aaarg! Ty suko, zapłacisz mi za to - heretyk zamierzał się by uderzyć ją w twarz.

Jego rękę powstrzymał inny zdrajca. Miał niebieski pancerz ze złotymi zdobieniami, Shani nie poznała symbolu Tzeentcha jaki nosił na swojej piersi. Nie był psionikiem ale z całą pewnością był dowódcą heretyków.

- Brać je! - rzucił "niebieski" heretyk, po czym powiedział do "zgnilca" - Chce je żywe! - i wyszedł z pomieszczenia.

Shani starała się bronić przed mężczyzną, jednak gdy ten tylko jej dotknął ogarnęła ją niemoc. Nogi same się pod nią ugięły, nie była w stanie się bronić, bezwładnie wpadła w jego ramiona. Odór jaki wydzielała jego ciało szczypał jej oczy i nozdrza. Nie była w stanie stawić oporu chociaż ze wszystkich sił chciała to zrobić. Kącikiem oczu widziała swoje, wyrywające się i wrzeszczące, praktykantki, zabierane przez innych heretyków. Mieli czarne szaty i byli o wiele mniej zdeformowani.

Widziała wrota psychiatryka, kolczaste mury i kraty w oknach budziły w niej strach. Przechodząc przez już wtedy zabazgrane krwią korytarze czuła jeszcze większe przerażenie. Na dźwięk jęków i śmiechów obłąkanych dostawała gęsiej skórki, serce podchodziło jej do gardła. Tylko raz przyszło jej pracować w tamtym miejscu, jeszcze gdy była praktykantką jednak już wtedy na dobre zrezygnowała ze wszystkiego co związane z psychiatrią, zwłaszcza kiedy do zwykłych szaleńców dołączyli zdrajcy, którzy według dowództwa nie obeznanego w walce z Chaosem, mogli udzielić armii przydatnych informacji. Teraz znalazła się tutaj otoczona przez heretyków i potwory. Marzyła o tym że to tylko zły sen, koszmar, że to się nie dzieje. Zimny pot oblał jej czoło, serce uciekało do gardła, każdy oddech sprawiał jej ból, dziewczyna mimowolnie zaczęła się drzeć.

Zabrał ją do piwnicy, gdzie czekały inne lekarki, praktykantki i pielęgniarki. Nie było tutaj żadnych mężczyzn. Były otoczone przez rozwrzeszczanych wykrzywionych pożądaniem i narkotykami wariatów. Heretycy nie zastanawiali się długo, jedna po drugiej wyciągali kobiety i dziewczyny z grupy która utworzyli w jednym z pomieszczeń. Zaciągali je w tylko im znanym kierunku.

Shani była jedną z takich kobiet, jako jedna z ostatnich które zostały sprowadzone została wyciągnięta dość szybko. Siły bardzo szybko wróciły jej po tym jak puścił ją zgnilec, jednak sama niewiele mogła zdziałać przeciwko grupie pięciu mężczyzn którzy ją dopadli. Szurając nogami po podłodze starała się wyrwać zdrajcom lecz na nic się to zdało. Rzucili ją na podłogę. Były na niej ślady krwi i wymiocin. Leżały też liczne porwane ubrania, Shani wiedziała co ją czeka, tym bardziej zaczęła się wyrywać jeszcze mocniej. Dopiero po chwili zobaczyła klatkę wypełnioną drutem kolczastym, gdzie resztkami sił walczyła jeszcze naga zakrwawiona dziewczyna. W klatce bezwolnie na drutach kołysały się dwa inne ciała. Poczuła jak zdzierają z niej ubranie, jeden z nich właśnie zdejmował spodnie...

****************************************************************************************************************
Iskra obejmowała zapłakaną dziewczynę, jej ramiona zaciskały się co raz mocniej na wątłym ciele Shani. Starała się nie nacisnąć przypadkiem żadnej z ran, czuła jak łzy powoli przemaczają jej suknie. Nie miała zamiaru jej puszczać, dobrze wiedziała co przechodzi. Obiecywała sobie w myślach, że nie da jej skazać na śmierć "Norad może sobie wrzeszczeć ile chce, nie skrzywdzi jej" takie i setki podobnych myśli przelatywały przez jej umysł. Czuła jak ciało rudej dziewczyny drży, widziała jak szuka ukojenia w jej ramionach, ukojenia którego nie może znaleźć.

- Proszę... nie każ mi... o... o tym... opowiadać - mówiła krztusząc się i płacząc dziewczyna.

- Nie każe, nigdy bym ci nie kazała. Płacz, to pomaga. Mamy czas, mamy dużo czasu, wypłacz się, wyrzuć to z siebie - mówiła bardzo spokojnym głosem Iskra, chociaż dobrze wiedziała że przyniesie to tylko chwilową ulgę, a może żadnej.

Musiało minąć prawie pół godziny zanim dziewczyna znów była w stanie w miarę normalnie rozmawiać. Do tego czasu jej oczy zdążyły stać się czerwone od łez, sukienka Iskry na dekolcie i kawałku brzucha była wilgotna, powoli zaczęły jej się też kończyć paczki chusteczek. I tak była zadowolona, spodziewała się że będzie co najmniej dwa razy gorzej. W końcu jednak Shani przemogła się i mogła opowiadać dalej z pominięciem całej sceny.

Tamara, która w tamtym czasie była w umyśle dziewczyny poczuła jej ból, skrajne emocje jakie towarzyszyły wspomnieniom Shani sprawiły że zacisnęła mocniej jedną rękę na kosturze, drugą złapała się za krocze i powoli zsunęła się na kolana. Z jej zamkniętych oczu zaczęła płynąć wąska stróżka łez. Ona jednak pozbierała się znacznie szybciej od rudej.

Shani puściła w końcu Iskrę i odsunęła się od niej. Wzięła kilka głębokich wdechów i zaczęła się zastanawiać.

- Możesz już mówić? - zapytała spokojnie Iskra.

Dziewczyna pokiwała twierdząco głową i zaczęła opowiadać...

****************************************************************************************************************
Heretycy dosłownie odlecieli od dziewczyny, a ta bezsilnie padła na ziemie. Wiła się z bólu, płakała, wtedy podeszła do niej kobieta. Nie wyglądała na czarownice, przynajmniej dla nieobeznanego w temacie oka. Nosiła długą granatową suknie, talie spiętą czarnym, dobrze wykonanym gorsetem, ramiona zasłonięte przez szerokie, nie ograniczające ruchu rękawy. Na szyi wesoło kołysał się, wyhaftowany też na kilku miejscach sukni, złotą nicią symbol Tzeentcha. Miała jasną, idealnie gładką skórę, bez jakichkolwiek niedoskonałości, długie kruczo-czarne włosy spadały na jej twarz, jednak mimo to Shani dobrze widziała jej nieludzko błękitne oczy, była to chyba jedna rzecz jaka mogłaby wzbudzić niepokój u potencjalnego obserwatora.

Przejechała dłonią po jej ciele, dziewczyna czuła jak delikatna dłoń przesuwa się od palców u stóp przez całą nogę i pośladek, następnie żebra i nie dotykając już piersi przechodzi przez ramię na jej twarz. Shani poczuła jak wzmaga się w niej odruch wymiotny, nie minęło wiele czasu a wszelkie nieczystości jakie pozostawili w niej heretycy opuszczały jej ciało. Leżała teraz z ohydnym posmakiem w ustach, czując ciepłą maź rozlewającą się dookoła jej ciała. Po chwili uniosła się nad ziemie, widziała uśmiechniętą czarownice unoszącą jedną z dłoni, którą następnie bardzo szybko obróciła, dziewczyna poczuła jak pot, brud i wszystko inne schodzi z jej ciała. Poszybowała kawałek drogi w powietrzu i opadła na suchą i w miarę czystą podłogę pomieszczenia. Kobieta podała jej czarny strój i powiedziała niezwykle delikatnym głosem:

- Ubierz się, nie bój się, nic ci się nie stanie.

W pierwszej chwili gdy ją na siebie zakładała, była to mała, czarna, przykrótka spódniczka, jednak już po kilku sekundach, zaczęła dopasowywać się do jej ciała, stała się o wiele dłuższa. Miała na sobie teraz czarną szatę do złudzenia podobną do tej którą miała dziewczyna spalona przez Iskre z długimi przylegającymi do skóry rękawami i runą ochronną. Dopiero gdy zrobiła krok zdała sobie sprawę że ma na sobie buty. Weszła do sali gdzie wcześniej były inne medyczki, teraz widziała jedynie grupę przerażonych dziewczyn niewiele młodszych od siebie. Widziała też wyrwę w świecie materialnym. Grupa heretyków pchała w stronę tej właśnie wyrwy sporej wielkości kapsułę, wypełnioną dziwną mazią, Shani poznała że jest to kapsuła do podtrzymywania życia, której używa się do przeprowadzania bardzo skomplikowanych zabiegów, często zmieniających całe ciało.

- Szkoda że nie możemy się z nimi jeszcze pobawić - powiedział cicho jeden z heretyków którzy pchali kapsułę.

Granatowa wiedźma podeszła do niego i delikatnym głosem zapytała

- Chcesz się jeszcze zabawić?

Heretyk pokiwał twierdząco głową. Czarownica odciągnęła go od kapsuły a heretycy stali jak wryci, kiedy "ciągnąc" go za sobą czarownica stanęła z nim przed wyjściem z pomieszczenia, wtedy jednak piękna gładka twarz w sekundę zmieniła się w pomarszczoną szarą skorupę. Kobieta wbiła palce, jednej dłoni, które teraz były szponami, w jego krtań a drugą złapała za głowę i oderwała ją od reszty ciała. Krew zalała jej szatę, mężczyzna padł martwy na ziemie a heretycy w przerażeniu pospiesznie zaczęli pchać kapsułę w stronę portalu.

- Rozumiem że już nikt nie chce się bawić? - powiedziała znów piękna i co ciekawe całkowicie czysta, bez śladu ani kropelki krwi na sobie, czarownica.

Portal podtrzymywały dwie czarownice w czarnych szatach. Shani widziała liczne deformacje na ich ciałach i bała się, zwłaszcza gdy wątła kobieta zrobiła przed chwilą na jej oczach coś do czego nie byłby zdolny nawet rosły dobrze zbudowany mężczyzna. "Granatowa" wiedźma podeszła do jednej ubranej w purpurowe szaty i drugiej odzianej w ohydny strój. To właśnie ta druga skupiła uwagę dziewczyny, jej szaty były przegniłe, skóra odchodziła płatami od ciała, obnażając ropiejące rany otwarte. Musiały ją zżerać liczne choroby podobnie jak jej ludzi. Nosiła na sobie symbol Nurgla, chociaż Shani nie poznawała żadnego z nich, nie wiedziała i nie mogła wiedzieć z czym ma do czynienia.

- K'arr'ana - zaczęła granatowa a jej głos stał się drapieżny i zachrypły zupełnie jakby ktoś szarpał za jej struny głosowe - Weźmiesz te dziewuchy na Wadin i dopilnujesz by wszystko poszło zgodnie z planem - Mówiąc to podała jej dwie ampułki z czerwoną substancją, którą Shani zidentyfikowała jako krew.

- Będzie jak każesz o wielka - powiedziała przegniła wiedźma kłaniając się swej pani.

- Beatin - teraz granatowa zwracała się do fioletowej wiedźmy - Zostaniesz tutaj i zabierzesz cały sprzęt do Anzur.

- Tak pani - powiedziała krótko wiedźma i skinęła głową.

- A co z nimi? - zapytała przeciągłym głosem, który wskazywał na wyraźne problemy z oddychaniem, K'arr'ana i wskazała na grupę medyczek.

- Zabierasz je ze sobą, będą ci potrzebne by zrobić co trzeba - powiedziała granatowa wiedźma.

- Z całym szacunkiem o wielka Tribeno - powiedziała wieloma głosami naraz Beatin - Ale czy nie jest to aby nierozważne by tak otwarcie mówić o naszym położeniu w towarzystwie jeńców?

- Moja droga, nie musisz się obawiać one nikomu nie opowiedzą o tym co tu zobaczyły - odpowiedziała K'arr'ana szczerząc się paskudnie.

W tym momencie heretycy całkowicie zniknęli w wyrwie osnowy. Tribena wskazała palcem na Shani a następnie powoli przejechała ręką w wskazując na portal. Shani niepewnie stawiała każdy krok, serce podchodziło jej do gardła, była śmiertelnie przerażona, nie wiedziała gdzie ją zaprowadzi wyrwa i czy będzie cała. Wiedziała jednak że nie ma innego wyjścia, z wielkim wahaniem włożyła nogę w wir a ten w oka mgnieniu pochłonął ją całkowicie. Nim Shani zdążyła usłyszeć ostatnie słowa Tribeny.

- Siły Imperialne na tym świecie są tak ślepe że nie zauważyłyby orkowej hordy nawet gdyby ta paliłaby im właśnie miasta - rechot wiedźm niósł się w jej uszach.

Przez kilka sekund milion refleksów świetlnych przeleciał przed jej oczami, do uszu dotarł dźwięk tysiąca gardeł, zarówno krzyków jak i szeptów, nozdrza poczuły znany już mdły zapach, który pozbawiał ją jakichkolwiek sił witalnych.

Wypadła z portalu, była w okrągłym pomieszczeniu. Uchylone drzwi były jedynym źródłem światła, Shani z trudem zauważyła heretyków podpinających ostatnią z kapsuł do generatora w centrum. Po chwili z portalu za jej plecami jedna po drugiej zaczęły wypadać medyczki. "I żadnych mężczyzn" pomyślała Shani. Na końcu z portalu wyszła przegniła wiedźma a ten zamknął się za nią. Wyszły na zewnątrz gdzie czekały już inne medyczki zebrane w grupę.

- A więc jesteście wszystkie - zaczęła wiedźma - Dobrze, dobrze moje córeczki. Bądźcie grzeczne a gwarantuje wam, że wasze życie nie zakończy się przedwcześnie, jeśli jednak którejś przyjdzie do łba uciekać, tak jak tej - dwóch heretyków przyprowadziło pobitą, całkiem młodą dziewczynę - Wtedy podzielicie jej los.

Położyła dłoń na jej głowie, dziewczyna zaczęła się szarpać i wrzeszczeć, jej włosy stawały się czarne, skóra zaczynała gnić, już po chwili ta zgnilizna opanowała całą jej głowę i gardłem schodziła na resztę ciała. Szata pozbawiona ochronnego symbolu szybko rozpadła się a wraz z nią całe martwe już ciało dziewczyny. Zdeformowana głowa była jedyną rzeczą jaka pozostała w dłoni czarownicy. Wiedźma z dziką radością cisnęła nią gdzieś w stronę moczarów.

- Bądźcie dobrymi dziewczynkami - mówiła przechodząc między nimi - A nie będziecie głodne a moi synkowie i córeczki - powiedziała wskazując na oddziały zdeformowanych żołnierzy kręcących się po obozie - Nie zrobią wam najmniejszej krzywdy...

Ich zadaniem było utrzymywanie przy życiu zamkniętych w kapsułach mężczyzn zwanych przez wiedźmę "wybrańcami". Byli to postawni dobrze zbudowani mężczyźni. Shani studiując medycynę miała okazje wiele razy zobaczyć szlachciców swego świata. Zdecydowanie odstawali oni od zwykłych ludzi, byli wysocy, mieli ostre rysy twarzy, z anatomicznego punktu widzenia bardziej przypominali eldarów niż ludzi. Ludzie w kapsułach pasowali do opisu wręcz idealnie. Pod groźbą zmienienia się w ochłap zgniłego mięsa żadna z medyczek nie odważyła się sprzeciwić wiedźmie. Shani zauważyła że co kilka dni wiedźma zabiera ze sobą po jednej kapsule. Wchodzi z kilkoma medyczkami, które miały się takową zajmować do pomieszczenia z tyłu okrągłego budynku. Z zza zamkniętych drzwi nie dochodzą żadne dźwięki ale ani po kapsule ani po medyczkach nie ma potem śladu, za to co noc słychać potem krzyki, nieludzkie i groźne krzyki.

Shani była przerażona, tylko raz odważyła się zapytać co się dzieje za tymi drzwiami i była chyba jedyną która to zrobiła. Wiedźma wyśmiała ją, mówiąc że dowie się w swoim czasie. Czas ten miał niedługo nadejść, zbliżała się jej kolej. Chciała uciec, raz nawet spróbowała, poszło jej całkiem nieźle, bo zwiała najdalej ze wszystkich, które uciekły razem z nią, ale na bagnach dopadła ją ogromna bestia, która z opisu pasowała do tego co na swej drodze spotkał Borin. Potwór nie zabił jej jednak a odniósł do obozu. Wiedźma powiedziała że w nagrodę za determinacje otrzyma "dar" wcześniej od innych. Shani nie miała pojęcia o co chodzi wiedźmie i modliła się do Imperatora by się nie dowiedzieć.

Wchodziły do pokoju, z którego się nie wraca, jak zwykle jedna po drugiej pod zbrojną strażą heretyków. Kapsuła stała pusta, ktokolwiek w niej był i do czegokolwiek miał służyć już go nie było. Pamiętała tylko jak pod wpływem dotyku wiedźmy jej szaty się rozpadają, chwilę potem na jej ciele zacisnęły się kolczaste kajdany robiąc dziury w jej ciele. Brak ochrony i okropny fetor jaki wydzielała wiedźma sprawiały, że dziewczyna nie była w stanie prosić o pomoc. Ostatnią rzeczą jaką zapamiętała był heretyk, który dobijał się do drzwi krzycząc o jakiś ludziach na bagnach.

****************************************************************************************************************
Tamara złapała się za głowę, puściła kostur z ręki i wydała z siebie psioniczny krzyk. Norad nie spodziewał się takiej fali energii jednak utworzone przez niego tarcza zdała egzamin. Zamiast zabić, fala uderzeniowa tylko powaliła wszystkich dookoła i odkształciła szybę przez którą przyglądali się przesłuchaniu.

Iskra wypadła z pomieszczenia z trzymanym dotychczas pistoletem w dłoni, Tamara klęczała trzymając się za głowę, z nosa znów ciekła jej krew.

- Co tu się stało do cholery? - krzyknęła Iskra.

- To co zwykle - odpowiedział wstająć Woronin - Norad sie czegoś nie spodziewał i leżymy na ziemi.

- Że nie spodziewałem tak, ale że spierdoliłem sprawę to się mylisz Aleksiej - powiedział patrząc na podnoszącego się z podłogi kapiana - Gdyby tak było już bylibyśmy martwi.

- A tak właściwie to co sie stało? - zapytała Iskra, która usłyszała jedynie ciche echo krzyku dziewczyny i zobaczyła mały ruch "ściany".

- Tamara wyłapała ślad po czarownicy, boje sie tylko że przy okazji go rozpieprzyła - powiedział Norad.

- Pięknie więc wszystko to na marne? - zapytał zdenerwowany już Woronin.

Colin w tym czasie zajmował się adeptką.

- Nie do końca, wiedźmy są pewne siebie, na tyle pewne by podać nam lokacje swojej kwatery głównej - powiedział wyraźne zadowolony Norad.

Iskra poszła do Shani zobaczyć czy wszystko z nią w porządku. Dziewczyna była wyraźnie przestraszona.

- Co sie stało? - zapytał rudzielec.

- Nic takiego, inkwizytor który z nami jest troche sie przeliczył - powiedziała Iskra z uśmiechem na twarzy.

- Powiedz mi - zapytała Woronin - Wiedźmy wspominały coś o Anzur, co to jest?

****************************************************************************************************************
- Archipelag górski Anzur - zaczął mówić pułkownik Conor, który na prośbę Norada przybył na pokład Zemsty Sprawiedliwych wskazując spory obszar na holo-projektorze - To najpotężniejszy garnizon Gwardii Imperialnej na całej planecie. Jeżeli wróg zdołał się tam okopać to pod nosem dwudziestu tysięcy stacjonujących tam gwardzistów.

- To nie świadczy dobrze o pana ludziach pułkowniku - powiedział Norad wyraźnie niezadowolony faktem że wróg zdołał się ukryć przed silami Gwardii.

- To nie musi być jego wina inkwizytorze - powiedział Siergiej - W końcu gdyby nie Tamara nie wykrylibyśmy czarownic w szpitalu. Z tego co powiedział nam ten rudzielec, to mamy tutaj do czynienia z prawdziwą mistrzynią. Stworzenie iluzji, która omami umysły kilku chłopaczków z latarkami to dla niej żaden problem.

- Być może masz racje Siergiej, jednak to nie zmienia faktu że wcale nie podoba mi się wizja zbadania całych tych gór. Czytałem o nich przed chwilą, liczne tunele i jaskinie. Idealne miejsce do ochrony a dla dobrze wyszkolonej czarownicy idealne miejsce na kryjówkę. W pasmach górskich będą miały niezłe pole do manewru, jeżeli atakują od środka - mówił Norad i kontynując powiedział - Mam jednak pewien pomysł.

- Czy znów oberwiemy falą uderzeniową? - zapytała Iskra, nosząc już normalny pancerz.

- Nie. Tym razem może się skończyć jedynie na usmażonym serwitorze i dwóch zbytecznych dziewuchach - odpowiedział inkwizytor.

- Byłby z ciebie dobry orkowy herszt Norad - powiedział Wasili.

- Wiem - odpowiedział inkwizytor i obaj zaczęli się śmiać.

- To jaki masz plan? - zapytała Iskra.

- To akurat proste. Jeżeli Tamara nie rozwaliła śladu po wiedźmie, to będzie można to wykorzystać. Zamiast jak idioci latać po górach w nadziei, że wiedźma gdzieś popełniła błąd i sensory wykryją zmiany zanim rzuci na nas bandę potworów albo sprowadzi na ten świat inwazje, po prostu dowiemy się gdzie jest - tłumaczył Norad.

- Wspominał pan... wspominałeś coś o spalonym serwitorze? - wtrąciła Lisa.

- A tak. No cóż sam proces wykrywania nie jest idealny, jeżeli Tamara utraci kontrolę nad mocą, może narobić bałaganu - starał się w miarę delikatnie wytłumaczyć Norad.

- Narobić bałaganu, czyli co? - zapytał Borin.

- Ehhh... w najlepszym razie rozboli ją głowa w najgorszym zrobi z siebie pochodnie albo fontanne krwi. A konkretniej z siebie, rudzielca i serwitora - powiedział poważnym głosem inkwizytor.

- Hmmm brutalne i groźne ale chyba warte ryzyka - stwierdził Aleksiej.

****************************************************************************************************************
Tamara usiadła przed ekranem taktycznym, zamknęła oczy i zaczęła medytować. Obok niej do ekranu stał podpięty serwitor wyglądający na starego mężczyznę. Shani uklękła obok niej po drugiej stronie. Obok stała Iskra, Norad powiedział że ważne jest by każdy zachowywał spokój i o ile serwitor nie ma emocji a Tamara była w stanie nad sobą panować Shani wciąż była roztrzęsiona i obecność Iskry dodawała jej otuchy na tyle by dało się ją "podpiąć".

Adeptka położyła dłoń na głowie Shani, przez ciało dziewczyny przeszedł dreszcz, po chwili jednak do tej pory nierówny oddech stał się miarowy i spokojny, z serwitorem było o wiele mniej kłopotów, Tamara niemal natychmiast zdołała się do niego dostroić.

Mapa błysnęła nieco jaśniejszym światłem, po chwili projektor wyświetlający powierzchnie całej planety zaczął powiększać obszar archipelagu Anzur. Jednak gdy był już blisko a na mapie zaczęły się pojawiać małe punkciki o nieznanej funkcji serwitor zaczął wydawać przeraźliwe pomruki. Shani zlały zimne poty, jej skóra stała się blada, Iskra patrzyła jak jej włosy powoli matowieją, wiedziała co to może oznaczać. Sięgnęła po swój artefaktyczny pistolet i wymierzyła go w dziewczynę. Nie chciała tego robić, współczuła jej i wiedziała że cokolwiek się z nią dzieje nie jest jej winą, jednak nie miała wyjścia. Norad powstrzymał ją jednak ruchem ręki, przyklęknął za Tamarą i dobył swego ostrza. Dziewczyna też zaczynała się powoli trząść.

****************************************************************************************************************
Tamara szła przez wąskie przesmyki górskie. Ogromne bloki skalne zdawały się rozwiewać jakby były stworzone z piasku. Nie poznawała tego miejsca, nie miała pojęcia gdzie jest. Nagle pojawiła się przed nią Shani, wyglądała jednak inaczej. Miała znacznie jaśniejszą skórę, dziewczyna dosłownie świeciła jasnym i ciepłym dodającym otuchy światłem. Nosiła prostą białą szatę ze srebrnymi zdobieniami. Tamara początkowo się jej wystraszyła jednak po chwili odważyła się zapytać:

- Czym jesteś?

- Przyjacielem - odpowiedziała zjawa, miała głos Shani jednak w tle dało się usłyszeć szepty jakby był tam ktoś jeszcze.

- Czego chcesz? - zapytała aktolitka.

- Pomóc - odpowiedziała dziewczyna.

- Pomóc w czym? - Tamara powoli traciła cierpliwość.

- W uratowaniu jej życia - mówiąc to duch położył dłonie na swojej piersi.

Tamara zrozumiała że chodzi o medyczke więc znów zapytała:

- Dlaczego chcesz ją ratować?

- Zawdzięczam jej swoje istnienie, chce móc jej to wynagrodzić - odpowiedziała postać ze stoickim spokojem.

- Jak to zawdzięczasz istnienie? Nie rozumiem - mówiła Tamara.

- Powstałem z dusz których nie zdołała uratować. Nie baliśmy się jednak, dała nam spokój, ukojenie w ostatniej drodze, była przy każdym z nas, przy każdym który ofiarował swe życie na ołtarzu wojny i kto był zbyt zniszczony by móc przetrwać - tłumaczyła postać.

Tamara widziała jak w każdym słowie twarz zjawy zmienia się z twarzy sanitariuszki, na twarz jakiegoś mężczyzny, potem kolejnego i jeszcze jednego, potem zmieniła się w kobietę, a następnie znowu w mężczyznę, wszyscy nosili mundury Gwardii Imperialnej, sama istota nie przestawała jednak mówić i chociaż przemawiało przez nią wiele głosów, nie był to szaleńczy ryk typowy dla bestii osnowy, ale spokojny, łagodny, ciepły i niezwykle troskliwy ton.

- Jestem istotą zrodzoną ze spokoju jaki nam dała, zrodzoną z przebaczenia gdyż wybaczamy jej że nie zdołała pomóc i ze zrozumienia, bo wiemy co czeka na nas za granicą nieśmiertelności. Istniejemy dzięki niej a teraz jej istnienie jest zagrożone dlatego pomagamy.

Tamara niewiele zrozumiała z tego tłumaczenia ale wystarczyło jej to by uwierzyć że nie ma do czynienia z demonem.

- Jak moge wam pomóc? - zapytała akolitka.

- Shani to silna dusza ale słabnie. Każda chwila gdy jest wystawiona na działanie odłamka mocy wiedźmy czyni ją słabszą, prędzej czy póżniej przejmie nad nią kontrole. Kiedy to nastąpi odłamek zyska samoświadomość dzięki jej umysłowi i zwróci się przeciw tobie - powiedziała zjawa.

- Czyli jeżeli nie zdołam jej uratować, to prawdopodobnie sama zgine tak? - zapytała Tamara.

Zjawa skinęła powoli głową potwierdzając jej obawy.

- Jak mam zniszczyć odłamek?

- Jesteśmy ostrzem, ty dłonią która nas poprowadzi idź i zniszcz odłamek, nie bój się zadać śmiertelnego ciosu, nie wyrządzisz prawdziwej Shani krzywdy i pamiętaj im dłużej będzie trwał pojedynek tym silniejsza się stanie - wytłumaczyła postać.

- A nie mogłeś odrazu powiedzieć co i jak? - zapytała wściekła Tamara.

- Wtedy uznałabyś mnie za złudzenie albo co gorsza za demona - odpowiedziała "Shani".

Tamara chciała zadać jeszcze jedno pytanie jednak wtedy ciało zjawy błysnęło niezwykle jasnym światłem. Dziewczyna zasłoniła przed nim twarz i po chwili zdała sobie sprawę, że w dłoni ma lekki ale kunsztownie wykonany półtorak.

Akolitka nie musiała długo szukać odłamka mocy wiedźmy. Klęczała na samym środku czegoś co przypominało bazę wojskową pośród trupów gwardzistów. Leżeli w kałużach krwi porozdzierani na strzępy. Wielu z nich nie miało kończyn, nie brakowało też takich którzy nie mieli ponad połowy ciała. Wstała z klęczek, miała czarny prosty strój. W dłoni trzymała czarną szablę połyskującą mocami immaterium. Krew zciekała po jej ciele. Jej skóra była trupio-blada, włosy były czarne a oczy nieludzko niebieskie. Czerwone wargi obnażyły idealnie biały złowieszczy uśmiech. Nie było żadnej rozmowy, żadnej dyskusji, idąca za radami ducha akolitka nie zamierzała dać demonicznej obecności ani sekundy na umocnienie swej siły. Kobiety natychmiast rzuciły się na siebie, Tamara dziękowała teraz Noradowi za każde lanie jakie dostawała gdy próbowała mu udowodnić że walka wręcz jej się nie przyda bo ma zamiar kosić wrogów za pomocą mocy zanim ci do niej podejdą.

Była dość szybka by uniknąć dwóch ciosów i sparować trzeci jaki wyprowadziła Shani w jej stronę. Pod wpływem uderzeń miecz Tamary i szabla Shani sypały iskry. Dziewczyna miała niemożliwie dużo siły jednak jej ataki prowadził demoniczny gniew, chciała po prostu zabić przeciwnika, nie myślała o własnym życiu. Tamara sprytnie to wykorzystywała. Gdy "demon" wykonywał na nią bezmyślny atak Tamara z lekkością unikała uderzenie i zadawała lekkie, płytkie cięcia. Powoli bestia przestawała przypominać dziewczynę a stawała się co raz bardziej wynaturzona. Włosy stawały się dłuższe, dłonie powoli zamieniały się w szpony, strój zaczynał pękać od nawału mięśnie pojawiających się na plechach. Tamara zrozumiała że kończy jej się czas. Nie było wyjścia wystawiła się na atak osłabionej potworzycy. W końcu Shani a w każdym razie te resztki jakie z niej zostały rzuciły się na Tamare nie używając już szabli lecz potężnych szponów. Tamara pozwoliła by szpony przebiły jej ciało a sama mieczem przebiła potworowi serce.

****************************************************************************************************************
Tamare otoczyła chmura mrocznej energii która chwile potem odrzuciła wszystkich łowców z wyjątkiem Iskry. Co ciekawe Norad i serwitor także nie otrzymali żadnych obrażeń. Tamara puściła Shani i cyborga a następnie padła na ziemie. Dostała dreszczy zaczęła się telepać, piana ciekła jej z ust. Fala energii którą wyrzuciła nie uszkodziła żadnego sprzętu w bazie ale większość łowców padła nieprzytomnie na ziemie, wśród takich ludzi był Colin. Iskra złapała Shani, która właśnie padała na twarz. Dziewczyna wyglądała jakby ktoś dosłownie wydarł z niej życie, była blada, włosy stały się matowe, jednak była przytomna.

- Iskra - zaczęła mówić szeptem dziewczyna - Rozkuj mnie. Colin jest nieprzytomny, ona nie przeżyje tego ataku. Jak tu wchodziłam widziałam że ma ze sobą torbę z lekami, na pewno był przygotowany na coś takiego.

Iskra wiedziała że dziewczyna ma racje i Tamara umrze, jeżeli ktoś jej nie pomoże a Colin był w tej chwili nieprzytomny. Shani wciąż była blada i wyglądała upiornie, mimo to jednak Iskra odłożyła broń i zdjęła jej kajdany. Dziewczyna wstała tylko po to by niemal natychmiast upaść. Była zbyt wyczerpana, wstała z trudem opierając się o stół i podeszła do leżącej na podłodze tuż obok medyka czarnej torby z symbolem w kształcie kaduceusza. Otworzyła ją i zaczęła w pośpiechu przeszukiwać jej zawartość. Colin był bardzo porządnym medykiem, wszystko miało u niego swoje miejsce więc Shani nie musiała długo szukać odpowiednich środków. Wyjęła z torby białe zawiniątko ze strzykawką, igłami, środkiem dezynfekującym i bliżej nieznaną substancją.

Shani podeszła do szarpiącej się Tamary. Kilku łowców którzy nie utracili przytomności starali się ją utrzymać.

- Co robić? - zapytał szarpiący się z Tamarą Aleksiej.

- Ten zastrzyk musi być zrobiony prosto do serca, zedrzyjcie to ubranie - poleciła Shani szykując sporej wielkości strzykawkę do użycia.

Woronin wolał nie szarpać się z ubraniem akolitki tylko po prostu rozciął je nożem, jednak ku jego niezadowoleniu okazało się że pod luźnymi szatami kryje się jeszcze dobrze wykonana kolczuga.

- Kurwa mać - zaklął Woronin.

- Daj mi to - powiedział Norad i wspomagając się swym pancerzem be trudu rozerwał kolczugę dziewczyny.

Shani dopadła do niej i zaczęła szukać punktu na wbicie igły. Na szczęście dla niej Tamara nie była zbyt hojnie obdarzona przez naturę co znacznie ułatwiło sprawę. Chociaż młoda była dobrą medyczką, zaskakująco dobrą jak na swój wiek była także niezwykle osłabiona, co komplikowało sprawę, w końcu jednak po chyba najdłuższych kilku sekundach swego życia znalazła odpowiednie miejsce. Przyłożyła dwa palce do punktu pod lewą piersią, drugą ręką przetarła miejsce środkiem dezynfekującym a następnie wzięła strzykawkę i uniosła dłoń do uderzenia.

- Może lepiej będzie jeśli ja to zrobię - zapytał Woronin patrząc na stan dziewczyny.

Shani skinęła głową i podała mu strzykawkę.

- Gdzie wbić - zapytał Aleksiej.

- Tutaj - powiedziała medyczka pokazując miejsce na ciele dziewczyny - Igła musi się wbić niemal całkowicie żeby dotrzeć do serca. Tylko niech pan nic nie wstrzykuje!

Woronin szybko uniósł igłę i trafił nią idealnie między dwa palce dziewczyny wskazujące punkt. Igła wbiła się całkowicie. Shani szybko za nią złapała i powoli wprowadziła żółty płyn do jej organizmu. Dopiero wtedy łowcy zauważyli, że w strzykawce jest jeszcze druga, tym razem niebieska substancja. Shani wprowadzała ją bardzo powoli wyciągając strzykawkę z ciała Tamary. Kilka kropel wypłynęło na powierzchnie ale nie było widać śladów krwi. Dla medyczki był to jasny znak że zabieg się udał. Przetarła ranę drugi raz wacikiem z płynem odkażającym i nalepiła plaster. Akolitka była już wtedy spokojna, atak minął niemal natychmiast od wprowadzenia substancji. Tamara była nieprzytomna ale żyła. Shani padła na ziemie obok niej, ciężko dysząc.

- Nie będzie krwotoku wewnętrznego - upewnił sie Norad.

Shani tylko potrząsnęła przecząco głową.

- Jesteś pewna - zapytał inkwizytor.

Sięgnęła ręką do białego zawiniątka i uniosła niebieski płyn. Colin był starym lekarzem jednak poczucie humoru nadal się go trzymało, gdyż na fiolce z płynem który miał za zadanie zalepiać narządy i rany a także wspomagać regeneracje tkanek było napisane "uszczelka". Noradowi to wystarczyło na potwierdzenie.

W tym czasie Iskra zdołała ocucić Colina. Ten nie był już jednak potrzebny, w każdym razie nie Tamarze. Inni łowcy także zaczynali już "wracać do żywych".

****************************************************************************************************************
- Dobry duch osnowy? Co to kurwa jest dobry duch osnowy? - zapytał zdziwiony Aleksiej.

- To istota zrodzona z dusz i emocji pozytywnych, których zło osnowy nie dołało wypaczyć. Nie dziwie się że nigdy o tym nie słyszałeś, w całym moim życiu Tamara jest drugim przypadkiem spotkania takiej istoty. Ten akurat narodził się ze skupionych wokół rudzielca dusz zmarłych żołnierzy - wytłumaczył inkwizytor.

- To sporo ich musiało jej zejść na stole skoro powstała z tego istota osnowy - zaśmiał się Siregiej.

- Niekoniecznie. Widziałem już demony rodzące się z pojedyńczych dusz heretyków a według wygrzebanego ze szpitala raportu medycznego ta dziewczyna dorównuje niejednemu doświadczonemu medykowi - odpowiedział Norad.

- Norad, czy ty jej właśnie bronisz? - zaśmiała się Iskra.

- Uratowała życie mojej adeptce i na dodatek jest dość silna wiarą by zebrać wokół siebie dusze z osnowy Muszę przyznać że nawet gdybym chciał skazać ją na śmierć to nie mam ku temu podstaw - odpowiedział inkwizytor.

- A co z tą falą energii co walnęła mną o ściane? - wtrącił się Lis.

- Tamara zniszczyła odłamek wiedźmiej mocy ale nie zdołała usidlić energii i w rezultacie ta wystrzeliła. Nie wiem dlaczego nie wyrządziła krzywdy mi Iskrze i Aleksiejowi - odpowiedział Norad.

- A właśnie, co z mapą? - zapytał Woronin.

- Ano muszę przyznać że chyba mam kandydatkę na nowego inkwizytora - powiedział wysłannik Ordo Hereticus i nacisnął na stół taktyczny.

Ekran błysną pokazując kilkadziesiąt punktów na obszarze całej mapy.

- To skupiska energii psionicznej jakie wyłapała Tamara. Jak widzicie część z nich znajduje się pod powierzchnią gór, jednak całkiem sporo znajduje się na powierchni. Zwiady powietrzne nie wykazały żadnej aktywności wroga, więc najpewniej mamy tu do czynienia z iluzją - powiedział inkwizytor.

- Wiele punktów. Jeżeli każdy z nich jest wyjściem to będzie potrzeba całej armii, żeby je obstawić - stwierdził Wasili.

- Inkwizytorze moi żołnierze są gotowi i czekają na rozkazy - oświadczył pułkownik Conor, który właśnie wszedł do pomieszczenia.

- Doskonale pułkowniku, właśnie opracowujemy plan działania - powiedział Norad.

- Haha chyba jeszcze nikt tutaj nie ujął tego w taki sposób - powiedział przez śmiech Woronin.

Rozmawiali tak jeszcze przez pewien czas, pułkownik zapisywał wszystkie uwagi łowców, chciał by jego ludzie byli jak najlepiej przygotowani do walki i nie padli ofiarami wiedźmich czarów. Łowcy opracowywali też plan ataku, wtedy też pułkownik Conor poznał zupełnie inne podejście do tematyki wojny. Zamiast standardowych taktyk jakie zastosowaliby inni dowódcy, łowcy zdecydowanie woleli zagrania których ani Tactica Imperialis nie poleca, a często uciekali się do technik których wręcz zabrania. Nie brali pod uwagę takich zmiennych jak szacowana liczebność wroga ale to jakich pułapek należy się spodziewać. Łowcy byli bez wątpienia dziwnymi ludźmi, mieszanką wybuchową która właśnie szykowała się do detonacji. Niektórzy z łowców tacy jak Borin czy Wilk uważali że planowanie trwa zbyt długo i należy po prostu frontalnie wpaść do wszystkich wnęk i wyrżnąć wszystko co znajdą, kolejni tacy jak Lisa i Siergiej uważali że planowanie trwa zbyt krótko i że zbyt wiele rzeczy pozostawia się przypadkowi ale ostatecznie, nikt nie wie jakim sposobem udało się opracować jeden wspólny plan.

****************************************************************************************************************
Iskra była w swoim pokoju, jak zwykle odprawiając modlitwy przed bitwą. Z transu w jaki pozwoliła wpaść swemu umysłowi wytrąciło ją nagłe pukanie do drzwi.

- Wejść - powiedziała Woronin.

Drzwi otworzyły się a w nich stanęła Tamara.

- Tak? - zapytała Iskra patrząc na dziewczynę.

- Powiedziałaś, że jeśli zajmę się twoim ojcem, to mi wybaczysz - zaczęła niepewnie dziewczyna.

Iskra tylko się zaśmiała

- Aleś się uparła dziewczyno. No dobrze, skoro tak bardzo ci na tym zależy, to wybaczam ci, ale wiedz, że to niczego nie zmienia - powiedziała Iskra i dodała - Jesteś winna śmierci tamtych ludzi, to ich powinnaś prosić o wybaczenie a nie mnie.

- Dziękuje - odpowiedziała cicho Tamara i wyszła, nie mówiąc już ani słowa więcej.

****************************************************************************************************************
Shani właśnie dobierała strój dla siebie. Część statku łowcy już dawno zdążyli przerobić na swego rodzaju poligon, aby móc w spokoju trenować i rozwijać zdolności łowców, nawet w trakcie podróży. Większość okrętów nie dawała tej wygody, co znacznie obniżało skuteczność przewożonych żołnierzy. Dziewczyna miała się tam udać aby zacząć szkolenie na łowcę, jednak jak powiedział Lis, zanim zaczną robić z niej łowce, muszą ją najpierw chociaż ubrać jak łowcę. Pomysł był totalnie chybiony, bo pancerze łowców były osobiste, a rzemieślnicy robili je przez długi czas, a początkowe treningi zawsze zaczyna się od normalnego stroju a nie pancerza bojowego. Wszyscy wiedzieli że prawdziwym celem Lisa jest pobawić się w projektanta mody, chociaż nikt nie powiedział mu w twarz, że uważają to za idiotyczne, komandor doskonale wiedział, że większość tak myśli. Woronin nie zabraniał mu tych praktyk, bo wiedział że go to odpręża, a lepiej żeby, Lis radził sobie jak najlepiej na polu bitwy. Shani chociaż wcale nie była w nastroju, nie oponowała jednak, nie chciała rozgniewać ludzi, którzy ją uratowali, a przy okazji zrazić do siebie jednego z tych nielicznych, którzy zdawali się ją polubić.

Kiedy po raz kolejny Lis zagonił ją do przymierzalni dziewczyna była już zmęczona, jakież było jednak jej zdziwienie kiedy za kotarą stał nie Lis, a Norad.

- Ahhh, wystraszył mnie pan - powiedziała nieśmiało dziewczyna.

- Jesteś tu nowa, więc daruje ci nazwanie mnie panem, ale jeszcze raz to zrobisz to każde Woroninowi wsadzić cię do luku torpedowego. Przez tego waszego "pana" czuje się staro - powiedział Norad poważnym, dostojnym tonem, by po chwili bardzo głośno się roześmiać.

- No dobrze, nie przedłużając, znalazłem to - mówiąc te słowa, Norad pokazał dziewczynie amulet medyków - Z całego personelu, ty jedna miałaś inicjały układające się w litery SS. Mniemam więc że to twoje.

- Ja... dziękuje, nie wiem co powiedzieć - odpowiedziała dziewczyna.

- Postaraj się go nie zgubić i przypilnuj, żeby ludzie którzy wpadną ci pod skalpel, nie dołączyli do twojego towarzysza w osnowie - odpowiedział inkwizytor i dodał - To będzie bardzo ciężki i krwawy bój.

Dziewczyna nie zrozumiała o czym mówi Norad, w końcu tylko wejście w jej dusze pozwoliłoby dostrzec ducha, który ją chronił, a dziewczyna nie potrafiła tego robić.

Po chwili Norad pożegnał się i odszedł w sobie tylko znanym kierunku.

Rozdział IV Archipelag górski Anzur

Eskadra valkirów leciała tnąc chmury swymi silnikami odrzutowymi i grzmiąc gniewnie, zwiastując tym samym potężny atak. Aleksiej zmobilizował wszystkie dostępne siły. Ponad dziesięć tysięcy łowców czarownic szykowało się właśnie do ataku, podczas gdy na lądzie dwudziestotysięczna armia gwardii Imperialnej, okopywała się już na ustalonych pozycjach, dodatkowo Norad posłał do walki trzy tysiące potomków tempestus. Taka armia nie mogła przegrać. Plan łowców był bardzo prosty. Część z nich wraz z gwardzistami okopie się przy wejściach, podczas gdy reszta wraz z tempestus zmasakruje wroga wewnątrz gór. Najbardziej planowi sprzeciwiała się Lisa, uważając że wejście na ślepo w nieznany teren, na którym wiedźmy z powodu wąskich korytarzy będą miały sporą przewagę i gdzie komunikacja będzie niemożliwa to idiotyczny pomysł. Poparli ją Colin, Lis, a nawet Iskra, jednak Aleksiej, podobnie jak Norad czy Wasili doskonale wiedzieli że to konieczne ryzyko. Cała reszta po prostu chciała zabijać heretyków i mieli gdzieś to jak bardzo niebezpieczny i nierozważny jest to plan. Jednak bardziej niż wejścia do gór, Norada martwiły wykryte przez Tamare miejsca wewnątrz gór. Z tego co mówił rudzielec wynikało że mają do czynienia z jeszcze dwoma wiedźmami, jednak mapy pokazywały coś zupełnie innego. Tak czy inaczej, to właśnie te punkty stały się głównym celem ataku.

Obecność licznych iluzji, możliwość spotkania wiedźm i wielu innych niebezpieczeństw wymusiła na łowcach konieczność rozdzielenia się w czasie ataku. Standardowo był to podział na trzy grupy wchodzące w góry, z których każda zawierała psionika. Cała reszta obstawiała wyjścia, często nie widząc nic poza czystą górską ścianą. Gdy jednak człowiek się przyglądał bliżej, obraz drgał, był to wyraźny znak że mają do czynienia z iluzją.

Podział na grupy był jednak nietypowy, Norad szedł sam podczas gdy Woronin miał za towarzysza Ikara, Lisa i Wasiliego, ku swemu niezadowoleniu Iskra musiała iść z Tamarą. Metody walki Nataszy i Siergieja, nie były zbyt przydatne w wąskich przesmykach, więc tak samo jak potężni posturą Wilk i Borin, zostali by pilnować wyjść.

****************************************************************************************************************
- To pieprzona misja samobójcza a nie ofensywa! - mówiła Lisa, próbując wyładować targającą nią frustracje wynikającą z planu jaki realizowała.

- Lisa, zamknij się, normalnie za takie gadanie zostałabyś już rozstrzelana! - starał się ją uciszyć Malik.

- Ale to nie jest normalna armia i mogę sobie gadać co chce i jeżeli twierdze że to debilny plan to mogę to powiedzieć na głos! - wykrzyczała mu w twarz kobieta.

Iskra nie odezwała się słowem do swoich dowódców. Sama wcale nie chciała włazić do tych gór, ale wiedziała że jeżeli przeciwnik sam z nich wyjdzie, to tylko tedy gdy będzie zdolny ich pokonać. Trzeba było więc uderzyć zanim to nastąpi.

Iluzja, która okrywała wejście do jaskiń była silniejsza niż ta z którą zetknęli się łowcy w czasie polowania w szpitalu, nic więc dziwnego że Tamarze złamanie jej zajęło znacznie więcej czasu niż poprzednim razem, gdy czar przełamał zwykł dotyk dziewczyny.

Iskra i wszyscy łowcy patrzyli jak lita ściana powoli zaczyna znikać, a w jej miejscu pojawia się wejście do sporej jaskini. Woronin założyła na twarz swoją maskę z filtrami tlenowymi i systemem noktowizyjnym, tak samo jak jej ludzie, po czym wszyscy razem ruszyli w ciemność. Na straży została spora grupa gwardzistów z ciężkim sprzętem wspierana przez niewielki oddział łowców.

Iskra miała ze sobą ponad kilkuset ludzi, to dosyć sporo biorąc pod uwagę jak ciasne były przejścia, w wielu miejscach mogły iść maksymalnie dwie osoby naraz. Nie podobał jej się ten teren, bez nieba nad głową, z niepewnym dachem, który w każdej chwili może się zawalić, do tego mapy Imperialne były dość stare. O ile gwardia Imperialna, która przybyła na planetę dołożyła wszelkich starań by znać teren walk, nie można już było tego powiedzieć o siłach obrony planetarnej. Mapy były stare, w wielu miejscach niedokładne albo urywane, bez wątpienia wpływ na to miały działania kultów. Całe to miejsce było jednym wielkim labiryntem, jeżeli ktoś się tu zgubi nie ma mowy o powrocie, z tego powodu Iskra kazała swoim ludziom trzymać się blisko.

W pewnym momencie tunel zaczął się rozszerzać, ściany stawały się bardziej regularne, jakby wycięte to już nie był efekt procesów naturalnych, tylko dzieło narzędzi. Nie było jednak pewności czy są to narzędzia ludzkie. Tak czy inaczej Iskra wiedziała już że mapy Imperialne będą tutaj bezużyteczne, gdyż tuneli tych nie było na mapach, a ona znalazła się właśnie na rozdrożu.

- No dobra Tamara, te mapy na nic nam się już nie przydadzą, musimy się zdać na twojego psionicznego nosa - powiedziała Iskra wyłączając projektor na ręce.

- Ale ja... - dziewczyna chciała właśnie wytłumaczyć jej że to Ikar, nie ona, potrafi wyczuwać osnowę przez dotyk, wtedy jednak dostrzegła błysk światła w jednym z tuneli, do uszu dziewczyny dotarł niezrozumiały szept.

- Tam - powiedziała Tamara pokazując palcem na prawą odnogę.

- Jesteś pewna - zapytała Iskra.

- Tak, tak sądzę - odpowiedziała niepewnie dziewczyna.

Chociaż nie powiedziała ani słowa, Tamara wyczuła jej gniew i pogardę. Iskra machnęła tylko dłonią, dając tym samym znak by łowcy podążali za nią. Ona i Tamara szły na szpicy, podczas gdy Malik wraz z Lisą zabezpieczali tyły. Cała ta misja bardzo im się nie podobała. Chociaż pochodzili ze światów o różnym podejściu do tematu wojny, co do jednego się zgadzali. Ten plan był do bani.

****************************************************************************************************************
Norad bez trudu rozbił iluzje i razem ze swymi potomkami tempestus wmaszerował prosto w mroczną otchłań gór. Podczas gdy Iskra polegała praktycznie tylko na swoich łowcach, Norad wolał mieć u swego boku swoich sprawdzonych już w bojach potomków. Mężczyni i kobiety szli idealnie i równomiernie, idąc jeden za drugim to rozszerzając to ścieśniając swoje szeregi by nie opóźniać marszu. Norad nie potrzebował map, gdyż mógł spokojnie polegać na swych psionicznych zmysłach. Mimo to przeklinał w myślach niekompetencje sił obrony planetarnej, które tak zaniedbały obronę wokół jednego ze swoich największych garnizonów. Nie winił Conora, jego regiment przybył długo po ujawnieniu się kultów. Nie mógł wiedzieć o istnieniu tych kompleksów jaskiń, zwłaszcza, że pewnie nikt nie raczył go poinformować.

Podobnie jak Iskra zauważył on że w pewnej chwili tunele stają się regularne i dobrze wykonane. W tej chwili miał już pewność, że gdy dorwie osobę odpowiedzialną za rysowanie tych map, zadba wszystkimi dostępnymi środkami i całą księgą kar, żeby odpowiedział za swoją głupotę. Nie mógł oczywiście wiedzieć, że człowiek prowadzący te zwiady już dawno stał po stronie wiedźm i zdążył zginąć w czasie walk.

Starał się iść jak najciszej, co nie było proste z uwagi na fakt że nosił ciężką zbroje. Mimo to radził sobie całkiem nieźle. Jego ludzie otrzymali rozkaz by odzywać się tylko w razie gotowości. Byli niczym nekroni, maszerując w milczeniu, gotowi eksterminować każde życie jakie spotkają na swej drodze.

****************************************************************************************************************
Aleksiej nie wiedział co to subtelność. Na przesłuchaniach otwarcie mówił komuś że jak nie będzie gadał to wezmą go na tortury, właściwie jak powie to i tak dla pewności wezmą, tylko że wtedy ma taka osoba szanse przeżycia. Nic więc dziwnego, że słabo mu wychodziło ciche przemieszczanie się przez sieć tuneli. Ikar prowadził ze sobą kilka drużyn tempestus, jednak Woronin otwarcie przyznaje, że zna szlachtę swojej planety, łącznie z własnym synem i z tego powodu nie ufa on tym pyszałkom z Scholi Progenium. Wolał polegać na własnych ludziach takich jak Wasili czy Lis, nawet jeśli ten drugi miał opinie złodzieja, wolał mieć w armii złodzieja niż nudziarza z kijem w dupie albo królową śniegu, jak często nazywał Lise.

Szedł z Ikarem przez mroczne korytarze, które podobnie jak w przypadku dwóch poprzednich grup także i tutaj zaczęły się robić regularnie budowane. Aleksiej wiedział, że są już niedaleko swoich celów. Nie ukrywał że chce rozlewu krwi. Nie mógł się już doczekać stanięcia twarzą w twarz z wiedźmą, by móc odebrać jej życie. Naturalnie jego celem, podobnie jak wszystkich pozostałych, była opisana przez Shani, odziana w granatowe szaty mistrzyni. Woronin nie wiedział, że wkrótce będzie miał okazje do zaspokojenia swojej chęci rozlewu krwi. Przypominał teraz prawdziwego piekielnego ogara, który złapał trop i z całą pewnością nie odpuści, dopóki nie złapie swego celu.

****************************************************************************************************************
Pułkownik Conor siedział w swojej bazie wraz z kilkoma tysiącami pozostawionych w odwodzie gwardzistów. Był przygotowany do walki, obawiał się jednak jej przebiegu. Woroninowie i Norad wzięli dość nieliczne siły jak na tak ogromny kompleks górski. Musiał jednak zawierzyć ich zdolnościom. Jakież było jego zdziwienie kiedy okazało się że spośród wszystkich grup to właśnie ci na powierzchni będą pierwszymi którzy wdadzą się w walkę.
****************************************************************************************************************
Natasza patrzyła na drgającą ścianę skał, jej żołnierze cały czas trzymali broń wymierzoną prosto w drgający obraz. Dla kogoś kto patrzył z daleka, widok ten był dość komiczny. Grupa żołnierzy z karabinami maszynowymi, laserowymi, bolterami i granatnikami, mierząca w ścianę. Zupełnie nagle po ścianie zaczęły się rozchodzić setki jasnych promieni, tworząc swego rodzaju siatkę energetyczną. Po chwili iluzja prysła i łowcom ukazała się grota. Niektórzy zaczęli się modlić, inni nerwowo sprawdzali broń, Natasza zachowała jednak spokój, sięgając po swoją rodzinną szable i pistolet laserowy, a następnie ustawiając go na pełną moc.

Obłąkańcze jęki i krzyki zaczęły odbijać się echem w głębi korytarzy. Żołnierze wiedzieli, że czeka ich ciężka walka. Nawet nie czekali, gdy tylko zobaczyli mały błysk w tunelach natychmiast otworzyli ogień. Promienie laserowe i pociski z karabinów, a na komendę Nataszy także granaty odłamkowe i zapalajace poleciały prosto w wejście do groty. Jęki, początkowo tak ochocze i groźne, teraz zmieniały się w żałosne skomlenie i wycie heretyków i mutantów, jacy ginęli od skoncentrowanego ostrzału jednostek łowców czarownic. Laserowe światła na chwile tylko ukazywały zdeformowane, podziurawione ciała heretyków. Natasza nie zastanawiała się nad tym w co strzela, miała pewność, że to wróg i w zupełności jej to wystarczyło.

Powoli przejście zamykało się, nie dlatego że znów powstawała iluzja, tylko dlatego że w wąskim korytarzu zbierało się już zbyt wiele trupów by ktoś mógł przejść przez ścianę zwłok jaka powstała na drodze zdrajców. Valhallanka wydała rozkaz wstrzymania ognia. Z groty powoli zaczął wylatywać dym. Swąd spalonego mięsa i krwi docierał teraz do nozdrzy żołnierzy. Łowcy nic sobie z tego nie robili, takie zapachy były dla nich codziennością, gwardziści nie byli jednak tak odporni i już po chwili kilku z nich zwymiotowało.

Natasza i inni łowcy zaczęli się z nich śmiać, jednak ich radość nie trwała długo. Przeraźliwy, groźny ryk sprawił że wszyscy spojrzeli w stronę groty. Natasza w ostatniej chwili uchyliła się przed potężnymi szponami groźnej bestii. Wielki stwór dopadł jednego z gwardzistów znajdującego się za kobietą. Natasza przyjrzała mu się uważnie. Potężny ogar, o dwóch głowach, przegniła tkanka odchodziła płatami razem z futrem od jego ciała. Kobieta nie zawahała się nawet na sekundę. Cięła swoją szablą przez jeden z łbów potwora. Bestia zaryczała przeraźliwie od ciosów konsekrowanej broni. Tylko błogosławieństwo Imperatora sprawiało, że broń nie korodowała pod wpływem chorób i kwasów jakie nosiła bestia w swym worku mięśni, ścięgien i przegniłych narządów, jakie zwano jej ciałem.

W tym samym czasie z tunelu zaczęli wypadać heretycy. Żołnierze byli zdezorientowani, z jednej strony bestia zgnilizny, z drugiej prący heretycy.

- No co jest kurwa!? - krzyknęła Natasza na całe gardło - Nie widzicie wroga!? Strzelać skurwysyny!

Łowcy natychmiast zaczęli strzelać do wypadających już z tunelu heretyków. Obsługujący jeden z ciężkich karabinów łowca zginął przygnieciony cielskiem potowra, które natychmiast stopiło jego pancerz i zaczęło zarażać żywą tkankę. Mężczyzna krzyczał przeraźliwie, podczas gdy komandorka tłukła siedzącą na nim bestie. Ogar chciał trafić ją swoim kolczastym ogonem, ale kobieta w porę upadła na ziemię wystawiając szablę do góry tak że odcięła fragment kolczatki potwora. Bestia znów zawyła a jej zakażona krew zaczęła teraz tryskać z kikuta jaki jej pozostał. Natasza uczyniła potwora przez to jescze groźniejszym, z trudem unikając jego szponów. Troche posoki obryzgało jej strój. Valhallanka szybko zdarła z siebie płaszcz, przez który powoli przepalała się już kwasowa krew bestii. Żołnierze pewnie cieszyliby się teraz jedną z niewielu chwil kiedy mogą nacieszyć się widokiem jej figury, jednak byli zbyt zajęci użeraniem się z wylewającymi się armiami heretyków.

Dziewczyna i potwór krążyli twarzami do siebie. Potwór nie miał już jednej z głów, krew przestawała wypływać z jego ogona. Kobieta nie miała jednak swojego pistoletu, którego pewnie teraz chętnie by użyła, a który wypuściła broniąc się przed ogonem potwora. Bestia miała nad nią poważną przewagę, gdyż chociaż nie z ogona, to poraniony zwieszony łeb wciąż wypuszczał strugi zgnilizny. Bestia skoczyła po raz kolejny na kobietę, która w wyniku upadku wypuściła swój miecz. Była teraz bezbronna, na dodatek miejsce do którego się udała było istnym kozim rogiem. Wiedziała że nie da rady już uciec od potwora, jednak wtedy do walki włączył się nieznany z imienia gwardzista z miotaczem ognia. Potwór zwrócił się przeciw niemu i skoczył prosto na chłopaka. Na skutek uderzenia pazurów pękł zbiornik z promethium. Chłopak, bestia i kilku innych gwardzistów zniknęło w kuli ognia, niszcząc jednak potwora.

Natasza szybko się pozbierała i zabierając z już zniszczonego płaszcza swój pistolet ruszyła pomagać swoim żołnierzom w odpieraniu ataku. Chociaż trupy tworzyły już prawdziwą barykadę, nowi wyznawcy Chaosu wciąż wypadali z otworu, to miała być długa i uciążliwa walka.

****************************************************************************************************************
Iskra nienawidziła walk w miejscach takich jak to, z prostego powodu. Zawsze znajdzie się miejsce, gdzie heretycy zyskają przewagę, będzie się trzeba salwować ucieczką, a ta będzie kosztowała życie ludzi, dobrych ludzi którzy nie zasługują na śmierć. Kiedy więc dotarła do ogromnego rozdroża, gdzie tunel rozchodził się na cztery odnogi, nie licząc tej z której przybyli łowcy, wiedziała już, że właśnie zaczyna się ten moment, kiedy będzie ona traciła ludzi.

- Tamara, sprawdzaj te odnogi, najszybciej jak potrafisz - powiedziała Voronin.

Dziewczyna posłusznie zaczęła badać tunele przy pomocy swych mocy.

- Lisa, Malik! Bierzcie ładunki! - wydawała rozkazy Iskra.

- Ale na których tunelach? - zapytał Malik.

- Na żadnym, zakładamy je na głównym stropie - Lisa wyręczyła Iskre.

- Przecież wtedy będziemy odcięci - zdziwił się Malik.

- Podobno dla was śmierć w boju, to najwiekszy zaszczyt - powiedziała ze śmiechem Iskra.

Na początku Malik chciał jeszcze protestować, lecz kiedy rozejrzał się po pomieszczeniu zrozumiał, dlaczego muszą zawalić przejście.

W czasie gdy Tamara sprawdzała tunele a Malik zakładał ładunki, LIsa rozstawiała ludzi naprzeciw wejść. Nie było możliwości utworzenia jakiejkolwiek zasłony. Łowcy musieli polegać na własnej sile ognia i wierzyć, że przeciwnik będzie uzbrojony na tyle słabo, że jakimś cudem uda im się go zatrzymać dostatecznie długo, by Tamara znalazła wyjście. Znaleźli się w sytuacji, której nienawidzili, a w którą najczęściej pakowała ich inkwizycja. Musieli polegać na psioniku.

Tamara upewniła się że pierwsze przejście nie zaprowadzi ich do celu, kiedy obezwały się pierwsze krzyki. Ze wszystkich stron, do uszu łowców, dochodziły odbijające się echem w całej sieci korytarzy. Żołnierze rozstawili się w poczwórnym szyku, pierwsza linia leżała, druga klęczała, a trzecia i czwarta, stały zazębiając się ze sobą. Pozwoliło to rozwinąć maksymalną siłę ognia. Gdy tylko termowizory, zobaczyły pierwszych wrogów, łowcy otworzyli ogień. Wiązki laserów, z prędkością światła leciały prosto we wrogów Imperatora, dziurawiąc każdego z nich kilkukrotnie i wypalając dziury w ich zdeformowanych ciałach, nim ci wogóle dobrze upadli na ziemię. A za nimi padali kolejni, karabiny ustawione na pełną moc, kosiły po kilku napastników naraz. Wielu z nich nie upadło na ziemię, z powodu ścisku jaki panował w szeregach, byli niesieni przez fale rozwścieczonego tłumu, który pomimo ogromnych strat padł naprzód. Smród zgnilizny i spalonego mięsa, powoli wypełniał korytarze, które powoli stawały się śliskie od spływającej krwi.

Tamara była już prawie pewna, którym tunelem należy podążać, jednak musiała się jeszcze upewnić. Właśnie w tej chwili, pierwsze zielone promienie, przeleciały jej nad głową. Heretycy, chociaż ściśnięci to jakimś cudem stali się zdolni do prowadzenia, w miarę skutecznego ostrzału. Łowcy wcale nie byli w lepszej sytuacji co siły Chaosu, jednak byli lepiej zorganizowani i tylko to ich ratowało. Formacje strzegące tuneli posypały się. Wtedy do akcji wkroczyła Iskra. Swoim artefaktycznym pistoletem posłała pociski zapalające, prosto w bandy heretyków. Zablokowała w ten sposób trzy z pięciu tuneli, jednak musiała wiedzieć który zablokować jako ostatni.

W końcu adeptka wstała z ziemi i wskazała na jeden z tuneli. Był on drugim pod względem szerokości, parła z niego cała armia rozwścieczonych sług mrocznych bogów.

- Jesteś pewna? - zapytała Iskra.

Dziewczyna odpowiedziała jej jednie skinieniem głowy.

- Bagnet na broń sukinsyny, jeszcze troche powalczymy w tych tunelach przed śmiercią! - krzyczała Iskra do swych ludzi.

Łowcy dobywając długich noży i toporów rzucili się do tunelu, masakrując każdego napotkanego kultyste. Iskra osobiście prowadziłą ten krwawy pochód, odrzucając i zabijając kolejnych zdrajców. Ogień z pocisków chociaż skuteczny, szybko zaczął przygasać, co błyskawicznie wykorzystali heretycy, zarzucając płomień masą ciał. Malik wiedział że nie ma wyboru, poświęcając część własnych ludzi i rannych, którzy nie mogli uciekać, zawalił tunel, zabijając przy tym także wielu heretyków.

Iskrze i jej ludziom pozostawało jedno wyjście, było ono usłane ciałami ginących jeden po drugim zdrajców. Voronin czuła zapach zgnilizny, przenikający nawet przez jej filtry, wiedziała że jest co raz bliżej swego celu.

****************************************************************************************************************
Aleksiej był drugim, który wdał się w walkę pod ziemią. Ikar potrzebował znacznie mniej czasu niż Tamara, by zorientować się w terenie, toteż ta grupa przedzierała się znacznie szybciej przez tunele. Być może z tego powodu, nawet pomimo sporej ostrożności, ludzie Woronina dali się nieco zaskoczyć. Grupa Aleksieja dosłownie wypadła na wychodzącą z jednej z odnóg bandę heretyków. Było jasne że nie spodziewali się wroga, łowcy musieli więc zajść dalej niż przypuszczali.

Ludzie Woronina byli lepiej wyszkoleni, jednak heretycy mieli tutaj przewagę liczebną. Wąskie tunele sprawiały, że duża liczba wojsk była pozornie bezużyteczna. Heretycy wpadli jednak na inny pomysł. Zaczęli dosłownie zarzucać, komanda łowców trupami i żywymi jeszcze przeciwnikami, uniemożliwiając łowcom skuteczną walkę i zmuszając ich do odwrotu. Chociaż krew spływała korytarzami, a heretycy za jednego łowce tracili dziesiątki wysiłek wydawał się opłacać. W końcu nawał heretyków dotarł do rozdroża i tutaj zaczęła się masakra zdrajców. Czekał już na nich sprawnie rozłożony łuk, złożony głównie z potomków tempestus. Ściana laserowych promieni skutecznie zatrzymała zdradziecki pochód. Kiedy już armia w tunelu została wykończona, łowcy mieli ruszać przed siebie, jednak wtedy dotarł do nich ryk. Ikar przerażony spojrzał w głąb tunelu, z którego wcześniej przyszli.

Szedł powoli, na czterech, zakończonych ostrymi jak brzytwa, zakrzywionymi szponami, przeraźliwie mrucząc, czerwone ślepia, odbijające się w noktowizorach żołnierzy, przyprawiały ich o gęsią skórkę. Kiedy tylko spostrzegł pierwszych ludzi, rzucił się do szaleńczej szarży. Na szczęście dla łowców, sala, która rozchodziła się na cztery korytarze, dawała dość miejsca by uskoczyć przed potworem. Bestia wpadła w sam środek pomieszczenia, raniona już promieniami kilku laserów. Jeśli kiedykolwiek była człowiekiem, to było to dawno temu. Przednie ręce dłuższe od tylnych, długi niemal wilczy psyk, naszpikowana ostrymi jak brzytwa zębami paszcza, znacznie lepiej zbudowany na torsie i owłosiony. Żołnierze nie zastanawiali się nawet przez chwilę, jednak potwór był bardzo szybki. Zarówno łowcy jak i tempestus mieli problemy z zapanowaniem nad emocjami, kilku żołnierzy padło od własnego ognia, gdy potwór uskakiwał przed ich laserami, często atakują pojedyncze, sparaliżowane strachem cele. W końcu Woronin dobył swej szabli energetycznej i rzucił się na potwora.

Zwinnie uszedł on szponom potwora i wyprowadził czyste cięcie przez psyk bestii. Zwisający na kawałku skóry nos bardzo obficie krwawił. Potwór miotał się przeraźliwie, łowcy wykorzystali okazję i natychmiast dobili go przy użyciu swojej broni. Po chwili spokoju, gdy bestia wydawała ostatnie tchnienie, zewsząd, do uszu łowców dotarły krzyki heretyków. Woronin wiedział że są blisko. Nie było wyjścia. Lis zdetonował ładunki kiedy pierwsi heretycy wpadali do wnętrza sali.

Wojownicy ruszyli w głąb korytarzy, szukając wroga, w nadziei, że niedługo będą mogli dopaść wiedźmy.

****************************************************************************************************************
Norad dobijał właśnie swoim mieczem ostatniego z trzech potworów, podobnego do tych, które zaatakowały Woronina. Cały był oblany we krwi. W zasadzce heretyków stracił wielu dobrych ludzi. Jak w przypadki Iskry, wyczekali oni chwili kiedy inkwizytor znajdzie się na sporym rozdrożu. Norad nie zawalił jednak żadnego z tuneli. Mocami psychicznymi usmażył dwa mutanty i cały pochód jednego z tuneli, a następnie zabił trzeciego. Heretycy chociaż słabo wyposażeni i wyszkoleni, zdążyli wdać się w walkę wręcz z potomkami tempestus. Sama walka nie była problemem, heretycy w walce wręcz byli równie skuteczni co na dystans, jednak przenoszone przez sługi zarazy choroby, sprawiały, że tempestus musieli się wystrzegać najmniejszego trafienia.

Inkwizytor poprowadził swych ludzi dalej, aż dotarli oni do pustych już pomieszczeń. Widział aparaturę, którą opisywała ruda dziewczyna. Komory były jednak puste, Norad widział ślady krwi, stoły operacyjne pokryte bluźnierczymi runami. Na jednym z nich wciąż leżał mężczyzna. Jedyną zasłoniętą częścią ciała były genitalia. Widział rozrastające się mięśnie i deformujące się ciało, jednak nawet teraz dało się dostrzec charakterystyczne cechy wyglądu. Pasował do opisu szlachty tego świata. Inkwizytor wiedział już do czego służyły wiedźmom ludzie w komorach, teraz pozostawało znaleźć sprawczynie.

Norad wyczuwał esencję mistrzyni, wiedział że jest już niedaleko. Natychmiast zebrał swych ludzi i ruszył do dalszej walki, jednocześnie podkładając, nastawione na pół godziny ładunki fosforowe.

****************************************************************************************************************
- Opierasz na ramieniu, mierzysz, naciskasz spust, patrzysz czy sukinsyna podziurawiłaś, jeśli nie mierzysz jeszcze raz i poprawiasz, załapałaś? - zapytał Siergiej stojącą obok Shani.

Strzelcy wyborowi w tej bitwie byli bezużyteczni. Chociaż bez wątpienia snajperzy na dobrych pozycjach byliby skuteczni, to możliwość oskrzydlenia, masa ścieżek, które mogły zostać nie wykryte, przesądziłoby o ich zgubie. Z tego powodu Siergiej pozostał na okręcie. Z braku ciekawszych zajęć wziął się on za szkolenie. Miał opinie najlepszego strzelca w wśród łowców, podobno ścigał się kiedyś na zabójstwa z zwiadowcami kosmicznych marines i wygrywał.

- Jak wam idzie? - zapytał wchodzący właśnie na strzelnice Colin.

- Strzelca wyborowego z niej nie będzie, ale wie już przynajmniej jak trzymać karabin żeby sobie zębów nie powybijać - odpowiedział Siergiej.

- Nooo to już jest sukces - odpowiedział Colin.

Po chwili oboje zaczęli się śmiać. Shani w tym czasie posłała kolejną serie laserów w manekina przed nią. Co prawda tylko dwa z nich dosięgły celu i z całą pewnością nie zatrzymałyby rozwścieczonego heretyka, ale i tak szło jej lepiej niż Wilkowi. Ten barbarzyńca nie znał pojęcia broni palnej, do dzisiaj nie lubi walki na dystans i woli masakrować wroga w walce wręcz. Tego samego uczy też z resztą swoich ludzi.

- Całkiem nieźle, zaczynasz to łapać - powiedział Siergiej.

Dziewczyna tylko się uśmiechnęła.

- Widze że Lis zrobił z niej prawdziwą łowczynie - powiedział Colin przyglądając się dziewczynie.

Faktycznie, dziewczyna wyglądała jak łowca. Długi skórzany płaszcz do kolan, nieco skrócony z przodu, aby nie utrudniać sięgania po magazynki, z jednym białym rękawem, na którym widniał, czerwony kaduceusz, zakrywał karapaksowy, zaskakująco dobrze dobrany do ciała pancerz. Łowcy często wysyłali młodzików do Lisa, właśnie dlatego, że potrafił on doskonale dobrać opancerzenie dla ludzi.

Specjalna wersja medyczna poświęcała znaczną część zapasu magazynków, na rzecz sprzętu medycznego. Pistolet laserowy, także został usunięty, by zastąpić go sztyletem. Na ręce Shani miała, często używaną, także przez normalnych łowców, w regularnej bitwie, rękawice do otwierania pancerzy.

- Nie powinieneś być w strefie medycznej? - zapytał snajper.

- Daj spokój, mam dwudziesty raz wszystko sprawdzać? Sprzęt sterylny, tylko czeka na nowych rannych. Rzygam już zapachem środków odkażających. Wiesz Siergiej, te wszystkie lata nauczyły mnie jednego, nie ważne ile sprzętu będę miał, ilu lekarzy pod ręką i lekarstw w magazynie. Ile łóżek i ile serwitorów, i tak rannych będzie więcej i i tak czegoś zabraknie - powiedział medyk z uśmiechem na ustach.

Shani znów wymierzyła z karabinu i posłała serię w manekina, tym razem jednak nieco ją przedłużyła. Chociaż większość pocisków poleciała dookoła, to system zaliczył jedno celne trafienie. Siergiej i Colin spojrzeli na dziewczynę i oboje się uśmiechnęli. "Dziecięca radość" pomyślał Siergiej widząc uśmiech na twarzy rudzielca "co ja bym dał, by też czuć euforie na każdy dźwięk dobrze zaliczonego trafienia" pomyślał snajper.

Wtedy w całym okręcie rozległ się alarm.

- Co sie dzieje? - zapytała Shani.

Siergiej nerwowo podszedł do komputera i odczytał rozkaz.

- Atak na garnizon gwardii Imperialnej, dobra młoda, idziesz z nami - powiedział snajper.

- Siergiej ona nie ma nawet szkolenia - próbował protestować Colin.

- Wroga trafić potrafi, rannego pozszywa, medyk więcej potrafić na polu walki nie musi. Bierz karabin i idziemy. No już! - krzyknął żołnierz a dziewczyna na szybko zebrała torby medyczne i zapasy amunicji.

Dwadzieścia minut potem eskadra valkirów leciała już w stronę kwatery gwardii.

****************************************************************************************************************
Conor siedział w centrum dowodzenia. Raporty z frontu nie były dobre, ale nie były też przerażające. Wspierani przez gwardie, łowcy odpychali kolejne nawały heretyków i zamykali kolejne tunele, czy to tworząc skuteczne zapory ogniowe, lub czasami po prostu je zawalając. Była to jednak rzadka praktyka, w końcu Norad i łowcy musieli się jeszcze wydostać. Wtedy nagle sejsmografy umieszczone w bazie wskazały wzmożoną aktywność, na obszarze bazy.

Główny plac w bazie zaczął się nagle zapadać do środka. Atak był totalnym zaskoczeniem dla gwardii, ale mimo to Conor zachował zimną krew. Nadał sygnał z prośbą o pomoc i natychmiast ruszył ze swymi ludźmi. Kwatera główna garnizonu nie była bezbronna. Zamontowane w nielicznych, małych oknach ciężkie boltery i miotacze ognia przy wrotach stanowiły skuteczną tarcze, przed pierwszym nawałem heretyków jaki wylał się z otworu. Niestety wyrwa pochłonęła znaczną cześć pojazdów.

Otoczeni zewsząd, przez prawie trzy tysiące gwardzistów, heretycy byli bardzo szybko odpychani do otchłani z jakiej wypełzli. Dopiero po czasie zdano sobie sprawę, że to miała być jedynie bardzo efektowna dywersja. Brama do twierdzy błyskawicznie skorodowała i rozpadła się, błyskając zielonym światłem. Chociaż Conor kazał sprawdzić każdą karapaksową płytę, nikt nie podejrzewał, że runy chaosu będą zabetownowane, głęboko w murze. Widział jak wychodzi z niego wiedźma, opisem pasująca do wiedźmy zgnilizny.

Jego ludzie bez lęku otwierali ogień do wroga, jednak teraz musieli sobie radzić z dwiema armiami. Jedną złożoną ze znanych już sił, ubarwionych w fiolet i róż i drugą, sług zgnilizny. Do tego z oddali echem niosły się potworne ryki, będące znakiem, że zbliżają się mutanty. Conor wiedział że nie ma czasu, nie wiedział natomiast ile, zajmnie łowcom przybycie na miejsce.

- Odwagi żołnierze! - krzyczał pułkownik - to tylko zdrajcy, patrzcie na nich, patrzcie na ich zepsucie, niech was napędza, niech was rozwściecza, przekujcie największy atut wroga w tarcze nienawiści, która ochroni was przed jego nawałem! Dalej dragoni z Brimlock ZA IMPERATORA I IMPERIUM LUDZKOŚCI!

Żołnierze odkrzyknęli chóralnie ostrzeliwując wroga. Jednak wiedźma nic sobie nie robiła z ich promieni laserowych, podobnie jak jej, niubłaganie prący na przód wojownicy, odporni na ból.

- Papa Nurgle, obdaruje was wszystkich niewierni, nawet jeśli będziecie odrzucać jego dary, on i tak wam je podaruje - mówiła pod nosem czarownica, śmiejąc się obłąkańczo.

Metodycznie krocząca na przód piechota, zmuszała do odwrotu wojska gwardii, jakie wyszły im na spotkanie. Jednak nie złamały ducha gwardii. Baza powoli zaczynała się robić co raz mniejsza. Conor wiedział, że jeśli nie przejmie inicjatywy, to szybko straci bazę, a przy tym swoich ludzi. Zdecydował się postawić wszystko na jedną kartę. Zebrał swych najlepiej wyszkolonych w walce wręcz ludzi. Po chwili wrota kwatery głównej otworzyły się, a Conor uzbrojony w swoją szablę energetyczną, parł na formacje czarownicy, zabijając każdego heretyka jaki stanął mu na drodze. Kolejni zdrajcy padali martwi pod ciosami jego ostrza, jednak wiedźma jedynie szczerzyła się paskudnie, oczekując swego rywala. Conor nie wiedział że nie ma najmniejszych szans, w walce z tą kobietą, a raczej z tym co z niej zostało. A nawet gdyby wiedział, nie zmieniłoby to absolutnie nic.

Pozwoliła mu pozabijać swoją obstawę, złożoną z "najlepszych" przedstawicieli swojego kultu. W praktyce mieli oni dość szczęścia by jakimś cudem przeżyć w jej towarzystwie dość długo. Nie musiała długo czekać na pułkownika. W końcu stanęli twarzą w twarz.

Conor stale odmawiał w myślach, litanię błagalną do Imperatora o zwycięstwo, lub ochronę w razie porażki. Wiedźma słyszała jego myśli i zarechotała paskudnie. Wyciągnęła dłoń, leżący u jej stóp, martwy już heretyk gwałtownie się poruszył. Zaczął się rozpadać, a resztki ciała rozpadły się, by po sekundzie pofrunąć w stronę czarownicy. W jej dłoni zaczął formować się kształt, który z czasem nabierał kolorów rdzy. Po chwili wiedźma miała w dłoni zardzewiałą, pokrytą ohydnym śluzem, maczetę. Conor już teraz wiedział jaki błąd popełnił. Łowcy ostrzegali go, że honorowy pojedynek z wiedźmą to głupota i by uderzał, jak tylko ta szykuje się do walki, bo gdy już się przygotuje...

Ta maczeta nie miała prawa wytrzymać zderzenia z szablą energetyczną. Pokryta rdzą, wyglądająca na tępą i wyszczerbiona w wielu miejscach. A jednak iskry sypały się z szabli Conora, nie pozostawiając na broni wiedźmy, najmniejszego śladu. Broń, która normalnie, mogłaby przecinać nawet inne miecze, teraz była równie skuteczna, co tępy, zardzewiały kawałek blachy.

Czarownica przyjęła bardzo pasywną postawę w pojedynku. Podczas gdy Conor silił się na szarże i ataki, tnąc z boków, na ukos, czarownica parowała jedynie jego uderzenia, lub ich unikała. Była niezwykle zwinna, co wydawało się być niemożliwe, patrząc na jej wygląd, rozpadające się mięśnie, odsłonięte kości, mimo to walczyła z ogromną skutecznością. W końcu Conor zdał sobie sprawę z faktu, że czarownica po prostu się nim bawi. Nawet nie zauważył, kiedy na jego cięcie na ukos, przegniła psioniczka, uchyliła się przed ostrzem, by przebić go swoją maczetą.

Conor poczuł ogromny ból, rozchodzący się po całym ciele. Jego tkanka rozkładała się, narządy zaczęły wypadać z brzucha, karapaksowy napierśnik zaczął korodować. Kiedy upadł na ziemię, zbroja rozsypała się na tysiąca kawałków, które niedługo potem rozwiały się na wietrze. Ostatnią rzeczą jaką widziały jego oczy, były kontury walkirów, lecących na spotkanie heretykom.

****************************************************************************************************************
Iskra dobijała właśnie ostatniego heretyka na swej drodze. Była już zmęczona, ciągłą walką. Udało jej się jednak przerąbać, przez tabun heretyków. Wiedziała że nie może sobie pozwolić, nawet na chwile wytchnienia, chociaż organizm bardzo się tego domagał. Sięgnęła za pas i wydobyła z niego małą strzykawkę. Po chwili stymulant bojowy znalazł się w jej organizmie. Ból w mięśniach zaczął zanikać, a ona znów mogła walczyć z taką samą, albo jeszcze większą skutecznością.

Niedługo potem, łowcy dotarli do czegoś, co wyglądało na koniec tunelu. Z pomieszczenia biło dziwne, fioletowo-różowe światło. Iskra wiedziała, że znalazła swój cel. Rozkazała ludziom ustawić karabiny na pełną moc. Łowcy nie czekali z atakiem, zaczęli wlewać się do pomieszczenia, strzelając do wszystkiego co się rusza. Heretycy byli jednak gotowi i nie pozostawali im dłużni. Jaskinia, do tej pory rozświetlana jedynie przez portal osnowy, który transportował ludzi w nieznane miejsce, teraz rozbłysnęła dziesiątkami żółtych i zielonych świateł, a każdemu z nich towarzyszył krzyk rannych, lub głuche uderzenia ich ciał o ziemie. Portalu strzegła wiedźma zgnilizny.

Iskra znała już swój cel. Nie miała jednak zamiaru marnować siły na przebijanie się przez kolejne zastępy zdrajców, nie zamierzała też walczyć sama. U boku swych ludzi metodycznie likwidowała atakujących zdrajców. Starała się unikać walki na bliski dystans. Na szczęście dla Iskry, wiedźma musiała poświęcać lwią część swej mocy na utrzymanie stabilnego portalu. Nie mogła sobie pozwolić na ataki, przy użyciu swej mocy. Mimo to pozostawała bardzo niebezpiecznym i przebiegłym przeciwnikiem.

Malik, postanowił samodzielnie uporać się z wiedźmą. Wziął swoją rusznice dezintegracyjną, ustawił ją na pełną moc i wypalił prosto w twarz czarownicy. Błękitna wiązka poleciała prosto w wiedźmę, jednak nie uczyniła jej najmniejszej szkody. Zgodnie z przewidywaniami Iskry, tarcza psioniczna, skutecznie chroniła czarownicę, przed tego typu atakami. Strzał z purgatosa również nie przyniósłby na razie żadnego efektu. Wiedźma mogła z łatwością uchylić się przed strzałem z takiej odległości, na dodatek osłaniał ją cały tabun heretyków. Początkowo Iskra chciała strzelić w portal, by go zniszczyć, jednak w porę zorientowała się, dlaczego wiedźma nie atakuje z dystansu. Gdyby zniszczyła portal, nie musiałaby już się o niego martwić, a w takim pomieszczeniu i z takim wsparciem, los łowców byłby przesądzony. Co prawda łowcy mieli Tamarę, jednak dziewczyna z każdą chwilą wyglądała co raz gorzej. Iskra wiedziała, że osnowa w tym miejscu odciska na niej swoje piętno. Mimo to dziewczyna niewzruszenie zabijała swym kosturem każdego przeciwnika jaki stawał jej na drodze, oszczędzając moce psioniczne na czarownicę.

Powoli grota zaczynała wypełniać się krwią heretyków i łowców. Jednak obie strony nie dawały za wygraną. Iskra posłała bełt w stronę czarownicy. Jednak zgodnie z przewidywaniami, wziął go na siebie jeden z przybocznych czarownicy. Łowcy chociaż ponosili straty, nie cofali się nawet o krok. Powoli i metodycznie przebijali się przez kolejne fale, szarżujących na nich heretyków. W obliczu ogromnej siły zdrajców, liczba sług Imperatora zaczynała maleć. Heretycy trafiali jednym strzał na sto, jednak to wystarczało, by narobić kłopotów.

W końcu Iskra i Tamara dopadły do czarownicy, Lisa i jej ludzie wzięli na siebie dosyć liczną obstawę, podczas gdy Malik wysadzał właśnie jedno z wejść do tunelu.

Kobiety zaczęły okrążać czarownicę, obie doskonale wiedziały, że nawet przyparta do muru i zmuszona trzymać aktywny portal, czarownica stanowi śmiertelne zagrożenie, zwłaszcza gdy jedna z jej rąk, zmieniła się w wyrastające od ramienia bicze. Portal zaczął nieco przygasać, Iskra wiedziała, że czarownica osłabia go, by dodać sobie mocy.

Wiedźma pierwsza wyprowadziła demoniczny atak, wymierzony w Tamarę. Dziewczyna w porę uskoczyła przed kulą toksycznej mazi, jaka wypływała z licznych ropni na ciele wiedźmy i niczym żywy organizm, płynęła w stronę jej ręki. Iskra wykorzystała moment i skoczyła na wiedźmę z mieczem, tnąc na ukos, jednak czarownica uchyliła się przed uderzeniem i skontrowała jej atak, ciosem w twarz. Tylko maska ochroniła Iskrę, przed zabójczym jadem, jakim dysponowała czarownica. Tamara wykorzystała moment i swą psioniczną mocą cisnęła czarownicą o jedną ze ścian. Wiedźma uderzyła o barierę z wielką siłą, na tyle dużą, by w skale pojawiło się pęknięcie. Normalnego człowieka już dawno by to zabiło, na wyznawczyni Nurgla, nie zrobiło najmniejszego wrażenia. Kobieta spadła na równe nogi i tupnęła. Spod jej nogi wystrzeliła, ryjąca skały, kolczasta roślina. Tamara skontrowała atak uderzeniem kostura. Psioniczna moc rozbiła zaklęcie, jakie zostało w nią posłane. W tym czasie Iskra musiała się bronić przed atakującymi ją mackami. Tnąc swoim ostrzem zdołała odrąbać trzy z pięciu części przeobrażonej kończyny, jedna zdołała przebić się przez jej pancerz na ręce. Wiedźma zawyła przeraźliwie łapiąc się za obolałe ramię, pozbawione kilku kończyn. Tamara nie czekała na okazję, zebrała moc i uderzyła nią w czarownice. Wiedźma zgnilizny padła na kolana, co natychmiast wykorzystała Iskra. Nim czarownica zdołała ponownie zawyć, jej czerep przeszył bełt z purgatosa.

Heretycy pozbawieni swojej przywódczyni zaczęli uciekać w popłochu do pozostałych tuneli, stając się łatwym łupem dla pozostałych przy życiu łowców. Pozbawiony zasilania portal wystrzelił falę energii, która rozświetliła całe pomieszczenie, by w sekundę potem całkowicie zgasnąć. Iskra spojrzała na Tamare, dziewczyna słaniała się na nogach, a z potężnej rany w piersi lała się krew. Iskra zdążyła ją złapać, nim dziewczyna upadła na ziemie. Pnącze "rośliny" która wyszła spod buta wiedźmy, przeszło pod nogami Tamary i wbiło się w jej plecy.

- Por... portal - starała się powiedzieć dziewczyna.

- Spokojnie Tamara, wyciągniemy cię z tąd, nie bój się - mówiła Iskra.

- Nie... nie zdążycie, ten... portal, trze-ba do aktywować, za-zabierze nas, do... - dziewczyna zaczęła tracić przytomność.

- Zabierze gdzie? - krzyknęła Iskra.

Dziewczyna wyciągnęła moc w stronę portalu. Iskra wzięła ją na ręce i przeniosła do krawędzi przejścia.

- Spiesz... sie - powiedziała dziewczyna, dotykając wrót.

Po chwili błysnęły one nowym światłem, tym razem żółtym. Tamara wydała z siebie cichy, zgaszony przez napływającą do gardła krew, jęk.

Po chwili obie wypadły po drugiej stronie portalu, a za nimi wszyscy pozostali przy życiu łowcy z jej oddziału.

****************************************************************************************************************
- Ale się wjebaliśmy - powiedział z uśmiechem Siergiej.

- Ty nas wjebałeś idioto! Mówiłem ci kurwa, zestrzel te pierdolone armatki, to ty nie, że pilot da sobie radę i żeby lądować - odpowiadał jeden z nielicznych łowców, którzy przetrwali katastrofę valkira.

Shani opatrywała jednego z rannych. Drugi medyk, który także przeżył katastrofę patrzył na dziewczynę. Nic sobie nie robiła z laserów latających jej nad głową, ani faktem, że heretycy nieubłaganie prą do nich. Początkowo celem była kwatera główna, jednak powolni zdrajcy, w większości woleli łatwiejszy cel. Reszta walkirów zgodnie z przewidywaniami dokonała zrzutu jednostek, przy kwaterze głównej, jednak ten jeden został trafiony przez małokalibrowe działko. Normalnie nie sprawdzało się ono ani trochę, w walce z pojazdami, jednak w tym wypadku strzelec miał wyjątkowe szczęście trafić pilota.

- Przypadek jeden na tysiąc i jak zwykle musiało paść na nas - mówił wściekły łowca.

- Antoś, spokojnie, rudzielec ma duszka, heretycy będą się jej bać - mówił z uśmiechem na ustach Siergiej.

- To tak nie działa - odpowiedziała Shani, zszywając kolejnego rannego.

- Ty byś lepiej pomogła strzelać, a nie ich zszywasz - odpowiedział Antonii.

- Lepiej niech zszywa. Pozszywani będą mogli strzelać, a uwierz mi, że będą strzelać lepiej od niej - odpowiedział Siergiej i wskazał na łowce, który właśnie podszedł obok nich - O, widzisz! Kazik już może strzelać.

- Ciężko się strzela ze złamaną ręką, ale spróbuje - odpowiedział łowca.

****************************************************************************************************************
Nigrum Gladii ciał przestworza. Potężna czarna jak smoła machina wojenna, prowadziła eskadrę walkirów. Razem z nim w machinie stało jeszcze osiem osób. Dwójka lordów i sześciu wojowników. Gwardia przyboczna, najbardziej zaufani uczniowie. Machina wydała groźny pomruk, po chwili przednie wrota zaczęły się otwierać.

- A więc to jest ten genialny plan? Harakoński skok prosto na łby heretyków - zapytała kobieta w długiej czerwono-czarnej szacie, o długich rękawach, z wszytym kapturem.

Odsłonięta twarz, ukazywała nieludzko niebieskie oczy i jasno-szarą skórę. Szata na ciele dziewczyny, skutecznie ukrywała cały noszony przez nią pancerz, a także noszoną przy pasie rękojeść miecza osnowy. Na szyi miała nosiła srebrną jedynkę, z okiem po środku, w którym zamiast tęczówki, znajdował się smok, wijący się wokół miecza. Kunszt wykonania emblematu był tak wielki, że chociaż amulet miał zaledwie kilka centymetrów, idealnie było na nim widać wszystkie detale. podobny symbol nosili wszyscy pozostali wojownicy.

- To chyba nie jest zbyt rozważne mistrzu - powiedziała młodsza dziewczyna, stojąca z tyłu.

- Od kiedy rozwaga jest naszą cechą charakterystyczną - zapytał mistrz po czym stanął plecami do wyjścia, rozłożył ręce i poleciał na gravo-chronie prosto na atakowaną właśnie bazę gwardii Imperialnej.

- Że on sie jeszcze nie zabił to cud - powiedział mężczyzna w dobrze wykonanym karapaksowym pancerzu, czarnych szatach, w twarzy okrytej maską.

- Będziesz miał ponad dwieście lat, też będą tak o tobie gadać - powiedziała pierwsza dziewczyna i skoczyła za mistrzem.

Spadł w sam środek bandy heretyków. Wzmocnione psioniką kości wytrzymały bez trudu przeciążenie, które zabiłoby normalnego człowieka. Uderzając uwolnił potężny ładunek mocy, który doprowadził do obumarcia komórek w organizmach zdrajców. Wiedźma widząc nowe, zagrożenie wystraszyła się. Wojownik bez wątpienia był psionikiem, potężnym psionikiem, którego nie można było lekceważyć. Przyjrzała mu się uważnie.

Nosił dobrze wykonany kompozytowy pancerz, osłaniający całą klatkę piersiową i brzuch. Chociaż tego nie widziała, po ciężkim chodzie zorientowała się, że nosi też pancerz na nogach. Większość stroju stanowiły jednak proste czarne szaty. Zasłaniające całą resztę ciała. Twarz miał zasłoniętą upiorną maską, w kolorach stali i czerwieni. Przy pasie nosił dwie rękojeści.

W tym samym czasie wojownicy, odziani w bardzo podobne szaty, "spadli" już na ziemię. Dziewczyna u boku dwóch akolitów spadła obok Siergieja, podczas gdy mężczyzna wylądował przy bazie. Po sekundzie kobieta w czerwono-czarnych szatach wydobyła swój miecz osnowy. Ostrze wysunęło się z prędkością światła, połyskując krwistoczerwoną barwą. Kobieta nie miała problemu by blokować lecące na nią promienie laserowe. Początkowo zdawała się na refleks pozwalał jej dostrzec strzelca który w nią mierzy i wstawić ostrze w odpowiednie miejsce, nim przeciwnik otworzy ogień, a kiedy liczba strzelców była za duża, otoczyła się tarczą pochłaniającą, która wpuszczała lecący w jej ciało promień do osnowy, tylko po to by następnie go wypuścić, tyle że lecący w stronę strzelca. Heretycy byli przerażeni osobą, która zwróciła, skuteczną dotąd broń, przeciwko nim.

Wiedźma skupiła się jednak na mistrzu. Ciała wszystkich martwych heretyków zaczęły błyskawicznie się rozpadać, by utworzyć prawdziwą fontannę przegniłej materii. Cała ta fala lunęła na wojownika. Ten szybko złożył ręce jak do modlitwy i zupełnie jakby były one ostrzem, rozdarł lecącą na niego maź. Wiedźma zebrała kolejną falę, jednak wtedy dotarł do niej potworny szok psychiczny, wynikający z faktu śmierci siostry, po drugiej stronie portalu.

Mistrz wykorzystał okazje. Dwa ostrza błysnęły światłami, czerwonym i fioletowym. Doskoczył on do czarownicy i szybkimi ruchami, pozbawił ją dłoni, wnętrzności i oczu. Wiedźma była martwa nim dobrze padła na ziemię. Heretycy po utracie swej pani, utracili znaczną część mrocznych łask, przez co stali się idealnym celem, dla zorganizowanego ostrzału.

Po chwili portal otworzył się na nowo, wypadła z niego Iskra z Tamarą, a za nimi oddział łowców.

Shani była pierwszą która dopadła do rannych kobiet. Tamara była poważnie ranna, zbyt poważnie. Mogłaby przeżyć, lecz otwarcie portalu kosztowało ją zbyt wiele energii. Kiedy Shani znalazła się przy niej, wydawała ostatnie tchnienie.

Mistrz podszedł do Iskry, szybkim ruchem zdjął rękawice z poranionej ręki. Jad Nurgla zaczynał ją już pożerać. Wojownik złożył palce i "puknął" w dłoń kobiety. Po sekundzie Iskra zaczęła potwornie krzyczeć, a ręka poczerniała. Łowcy chcieli go odciągnąć, jednak na drodze stanęło im czterech wojowników, w czarnych szatach, uzbrojonych w czerwone ostrza osnowy. Mistrz dotknął też czoła Iskry a ta momentalnie straciła przytomność. Pomiędzy łowcami a mrocznymi postaciami o mało nie doszło do otwartej walki i tylko zdolności erudycyjne mistrza, pozwoliły uniknąć rozlewu krwi.

****************************************************************************************************************
Norad wpadł do ogromnej, regularnej sali. Heretycy byli znacznie silniejsi niż przypuszczał. Lepiej zorganizowani i gotowi do ataku, wielu jego tempestus poniosło rany w czasie walki, jednak z pomocą lorda, udało im się wyrwać z pułapki i zdobyć przyczółek, chociaż nie obyło się bez ofiar. Bo wejściu głębiej w tunele inkwizytor dostrzegł krąg, utworzony z ośmiu ludzi, wyglądali na szlachtę tego świata. Norad doskonale wiedział co szykowała wiedźma i za żadne skarby nie miał zamiaru jej na to pozwolić. Tempestus zaczęli metodyczną walkę mającą na celu przebić się do wiedźmy. Czarownica nawet nie zaczynała inkantacji, otwarcia portalu. Doskonale wiedziała że tego procesu nie przeprowadza się kiedy zagrożenie widać gołym okiem.

Mistrzyni spojrzała na niego. Norad miał teraz przed sobą piękną kobietę, o jasnej cerze, długich czarnych włosach, czerwonych ustach i nieludzko błękitnych oczach. Zobaczył jej strój. Długa granatowa suknia, była spięta czarnym gorsetem. Całość była wyszywana złotymi nićmi, niepozorne wzorki, były tak naprawdę bluźnierczymi symbolami. Na szyi kobieta nosiła złoty amulet, przedstawiający symbol Tzeentcha.

Norad nie zastanawiał się ani chwili, nim wiedźma w ogóle otworzyła usta, by mamić go swoimi wizjami, dobył miecza i przyspieszył kroku, z modlitwą na ustach. W rzeczywistości odmawiał on litanie ochronną, która osłabiała czarownice. Mistrzyni doskonale o tym wiedziała. W sekundę z pięknej kobiety, zmieniła się w szaro-skórą potworzycę, z popękaną twarzą, o dłoniach długich niczym demoniczne szpony. Jedyne co nie uległo zmianie to jej suknia i nieludzko błękitne oczy.

Ostrze Norada zaczęło płonąć jasnym światłem. Wiedźma pierwsza wyprowadziła atak. Kilkanaście pocisków osnowy, poleciało prosto w inkwizytora. Wiele poleciało w jego stronę, lecz żaden nie dosięgnął celu. Norad nie zatrzymywał pocisków, a jedynie zmienił ich tor. Pociski trafiły kilku jego ludzi i sufit. Wiedźma wyszczerzyła się paskudnie. Teraz przyszła kolej by to inkwizytor zadał cios. Fala oślepiająco jasnego światła wystrzeliła z całego jego ciała. Uśmiech zniknął z twarzy czarownicy, nie doceniła przeciwnika, który zdążył spopielić cały pierwszy szereg jej wyznawców. Szarżujących za jej plecami. Jednak żaden z heretyków nawet nie zbliżał się do walczącej pary. Promienie laserów zdawały się nie docierać, do kręgu w którym walczyła ta para, potężnych psioników.

- Nie Noradzie, ty jesteś mój. Żaden z tych łachmytów mi cie nie odbierze - powiedziała czarownica z paskudnym uśmiechem na ustach.

- Czuję się zaszczycony - odpowiedział Norad z przekąsem i rzucił się na wiedźmę.

Jego świetliste ostrze, cięło pozostawianą przez nią smugę mrocznej mocy, jednak nie sięgało ciała. Jej szpony raniły powietrze, milimetry od jego pancerza. Oboje odskakiwali od siebie, by wyprowadzić lub zatrzymać atak mrocznej mocy, by w chwilę potem znów zacząć swój taniec śmierci. Kolejne pociski mrocznej energii poleciły w stronę inkwizytora, ten jednak jedynie przepuścił je obok siebie i pozwolił by salwa rozniosła jednego z mutantów, który właśnie masakrował jednego z potomków. Norad wiedział, że będzie tracił tu ludzi, jednak tracił ich całkiem sporo w bardzo szybkim tempie. Powoli zaczynał się obawiać, że może nie wygrać pojedynku, jakiego się podjął. Jeśli padną jego towarzysze, walka będzie przegrana. Znał wroga, wiedział że nawet jeśli uda mu się pokonać wiedźmę, to nie będzie w stanie samemu odeprzeć tabunu heretyków.

Walka stawała się co raz bardziej zacięta. Wiedźmę osłabiały litanie powtarzane przez Norada, inkwizytora osłabiał krąg w jakim walczył. Norad o tym wiedział, ale wiadział też, że ten krąg trzyma przeciwników na dystans i żaden z nich nie odważy się w niego wstąpić.

Norad wiedział że kończy się mu moc. Jeśli szybko nie znajdzie wyjścia z impasu, skończy jako zabawka w rękach wiedźmy. Dobrze wiedział, że jej szpony bez trudu przebiją jego pancerz, jednak nie widział innego wyjścia. Pozwolił by szpony wiedźmy zdruzgotały jego pancerz i wbiły się pod żebra. Sam zebrał ładunek psioniczny w swoim ostrzu i wbił go prosto w wiedźmę. Oboje potwornie zakrzyknęli. Norad kiedy szpony wiedźmy wbijały mu się w żebra, idąc aż do płuc, a wiedźma kiedy jego ostrze przebijało jej serce, uwalniając ładunek psioniczny.

Po śmierci mistrzyni, jej mutant zaczął się rozpadać. Heretycy spojrzeli wówczas na krąg ofiarny, w którym walczył Norad. Moce osnowy zaczęły ukazywać swe prawdziwe oblicze. Norad teraz zrozumiał, wiedźma potrzebowała ofiary, jednak była zbyt pewna siebie i w rezultacie sama stała się ofiarą.

Pierwszy demon jaki objawił się przed Noradem, został znisczony przez bełt z purgatosa. Aleksiej i jego ludzie wpadli w sam środek hordy heretyków. Osaczeni i przytłoczeni nagłym nawałem przeciwników heretycy, zaczęli ucieczkę w stronę ostatniego wyjścia. Padali masowo, tratują się nawzajem, lub ginąc od ustawionych na pełną moc karabinów. Demony wychodzące z bardzo małej szczeliny, były szybko pacyfikowane przez łowców. Niedługo potem Lis i Ikar skończył podkładać ładunki. Portal wysadzony w powietrze został zamknięty, razem z całą komnatą.

Łowcy i tempestus, zaczęli metodyczny marsz w stronę wyjścia, zabijając nieliczne już grupy heretyków. Ikar nie był zbyt dobrym psionikiem, ale te słabe moce które posiadał, a których do tej pory nie używał, wystarczyły aby Norad się nie wykrwawił.

Epilog

Iskra powoli otwierała oczy, początkowo ciężkie powieki, w końcu pozwoliły się podnieść. Uderzyło w nią oślepiająco jasne światło. Chciała się zasłonić ręką, jednak poczuła w niej potworny ból. Powoli wzrok dostrajał się do pomieszczenia. Zobaczyła kroplówkę, usłyszała dźwięki urządzeń monitorujących funkcje życiowe. Rozejrzała się dookoła. W łóżku obok leżał inny, potężnie zbudowany łowca, Iskra domyśliła się że to ktoś z komanda Wilka. Po drugiej stronie leżała Lisa. Całą klatkę piersiową miała zabandażowaną, na twarzy założono jej maskę tlenową. Iskra spróbowała wstać, wspomagając się sprawną ręką. Postawiła nogi na podłodze, poczuła ciepło. Colin nigdy nie szczędził na ogrzewaniu swoich sal. Wystarczało mu że cała reszta okrętu nadawała się do hartowania organizmu.

- Nie dasz rady - Iskra usłyszała głos za plecami i gwałtownie się odwróciła - Dostałaś końską dawkę leków przeciwbólowych, nie staniesz na nogi. Poczekaj chwilę zaraz podstawie ci wózek.

Mówiąc te słowa, Shani właśnie wchodziła do sali. Iskra zdziwiła się, jednak nie na widok dziewczyny a jej stroju. Nosiła białą koszulę, o szerokich rękawach sięgających do ramion, okrytą przez zieloną kamizelkę. Przez ramię miała przewieszoną brązową torbę. Nogi okrywała jej spódnica granatowa przed kolano, rajstopy w tym samym kolorze i brązowe kozaki. Poza medalionem medycznym, był to w zasadzie jedyny element, pasujący do wyglądu typowego łowcy. Medyczka podeszła do leżącego obok Iskry mężczyzny.

- Co, ekhm - Shani spojrzała na Iskrę próbującą wydobyć z siebie dźwięk.

Podeszła do stolika stojącego przy wejściu i wzięła z niego karafkę wypełnioną wodą, oraz szklankę, po czym podała ją Woronin. Łowczyni wzięła łyk i przepłukała usta, po czym wypiła resztę zawartości, ze szklanki.

- Co z nim? - zapytała Iskra patrząc na mężczyznę.

- Nic specjalnego. Postanowił zabić mutanta nożem - odpowiedziała dziewczyna.

- Chwalebne - odpowiedziała Iskra z uznaniem.

- I głupie. Przez to do końca życia będzie musiał się użerać z bionicznym implantem - powiedziała Shani wskazując na ramię, po czym dodała - Jaki człowiek rzuca się na bestie dwa razy większą od siebie z nożem, kiedy pod ręką ma karabin?

- Wilk - odpowiedziała Iskra z uśmiechem na ustach i zapytała - A z nią?

- Kiedy się wycofywaliście, jakiemuś idiocie zachciało się fanatycznego oddania, dla martwej już wiedźmy. Lisa żyje tylko dlatego, że źle ustawił moc i tak zamiast usmażonych, ma tylko podziurawione płuca. Oba - odpowiedziała dziewczyna.

- A co z Tamarą? - zapytała Iskra.

Shani nie odpowiedziała. Spojrzała jedynie na nią z nad ciała Lisy, której sprawdzała teraz rany i potrząsnęła wymownie głową, ze smutną miną.

- Kurwa mać - Iskra chciała unieść pięść by nią w coś uderzyć, wtedy też przeszył ją potworny ból, tak że zasyczała z bólu - No a co ze mną?

- Wiedźma zraniła cię w dłoń. Jad zaczął się rozprzestrzeniać w organizmie, na twoje szczęście był tam ten biomanta, który usmażył trucizne, ale i tak musiałam wyciąć połowę tkanki z ręki - odpowiedziała medyczka.

- Ty? - zapytała Iskra.

Shani wyszła na chwilę z sali, zostawiając drzwi otwarte. Kiedy tylko wzięła wózek inwalidzki, usłyszała dźwięk blachy uderzającej o kafelki i kolejne przekleństwo z ust Iskry.

- Nie mogłaś poczekać? - zapytała dziewczyna.

- Nie jestem kaleką - opowiedziała z wściekłością Woronin.

- Nie, nie jesteś, jesteś moim pacjentem, a pacjent ma słuchać się lekarza. Na froncie ja słucham się ciebie, w szpitalu, ty mnie - odpowiedziała jej dziewczyna.

- Cóż za stanowczość - odpowiedziała ze śmiechem Iskra, podczas gdy Shani pomagała jej usiąść na wózku.

- Pół roku leczyłam wojskowych, dość długo by nauczyć się jak powinno się rozmawiać z uparciuchami - odpowiedział rudzielec, wpinając kroplówkę w specjalny zaczep w wózku. Stan iskry był stabilny, więc nie potrzebowała ona żadnej aparatury, monitorującej czynności życiowe.

- Chyba nigdy prawdziwego uparciucha nie widziałaaaa - Shani celowo potrząsnęła wózkiem, by poruszyć chorą dłonią Iskry.

- Przepraszam - odpowiedziała sztucznie medyczka.

- A ja cie przed stosem ratowałam - odpowiedziała Woronin.

- I trzy razy prawie mnie na niego wpakowałaś - odpowiedziała dziewczyna.

- Co? - zdziwiła się Iskra.

- Colin chciał amputować dłoń, Woronin nie był zachwycony, faktem że będziesz nosiła bioniczny implant, jak mu powiedziałam że jest inna metoda, zgodził się natychmiast, ale zagroził, że jak się nie uda i mi zejdziesz na sali, nabije mnie na pal, podpali, a zwłoki wystawi jako ozdobę na iglicy okrętowej - odpowiedziała medyczka i dodała - Na sali operacyjnej serce stawało ci trzy razy.

Iskra spojrzała na swoją dłoń. Jak zwykle nie obchodziło jej jak wygląda rana pod bandażami, tak teraz chciała ją zobaczyć. Shani zatrzymała wózek i weszła do pomieszczenia obok. Były przy wyjściu z pokładu szpitalnego. Iskra sprawdziła czy nikt nie patrzy i sięgnęła za zapięcia bandaża.

- Gdzie z łapami - powiedziała Shani uderzając Iskre ciekawską dłoń - Dłoń masz w tej chwili w mazi regeneracyjnej, pod żadnym pozorem jej nie ruszaj. Jeszcze wda ci się zakażenie i będziesz miała po ręce.

- Ile dni byłam nieprzytomna? - zapytała Woronin.

- Cztery - odpowiedziała Shani okrywając wózek Iskry płaszczem i zawiązując jego rękawy na uchwytach, żeby kobieta nie musiała go ciągle trzymać, sama też okryła się płaszczem.

- Płaszcz? - zapytała z uśmiechem Iskra.

- Nie mam zamiaru wychodzić na tą zimnice w normalnym stroju - odpowiedziała Shani.

- Ktoś jeszcze poza mną i Lisą oberwał mocniej, czy tylko my miałyśmy to szczęście? - zapytała Woronin.

- Borin ma połamaną rękę, no i jest jeszcze Natasza ale - Shani urwała.

- Ale co? - dopytała Woronin.

- To po prostu nie jest człowiek. Na tą babę trzeba by chyba czołgu. Kiedy trafiła do mnie na stół, była podziurawiona granatem odłamkowym, a w połowę ran wdawało się zakażenie. Na następny dzień już mnie opieprzała, że nie potrafie porządnie bandaża zawiązać - odpowiedziała Shani.

Iskra zaśmiała się. Reszta drogi upłynęła im na rozmowie o tym co się działo w czasie ostatnich trzech dni. Shani opowiedziała Iskrze o bitwie, o polowaniu na niedobitki wyznawców czarownic, powiedziała o dziwnej postaci, która uratowała jej życie, zatrzymując rozwój choroby w organizmie, a na koniec przyznała się, że pcha ją własnymi rękoma, a nie puściła na wózku elektrycznym bo chce podsłuchać kim owa mroczna postać jest.

****************************************************************************************************************
Aleksiej, Borin, Natasza, Siergiej, Malik, Wilk , oraz Norad z Ikarem. Drzwi od pomieszczenie otworzyły się. Shani wprowadziła wózek z Iskrą do pomieszczenia.

- No, nareszcie się obudziłaś - powiedział Aleksiej z uśmiechem na ustach.

- Cholera, a ja już taki piękny palik zaostrzyłem - powiedział Siergiej.

Niektórzy z łowców parsknęli śmiechem, większość jednak siedziała smutna w zamyśleniu.

- Coś cie tacy przybici? - zapytała Iskra i dodała - Kaca leczycie czy jak?

- Wasili nie żyje - odpowiedział Woronin przybitym głosem.

- CO!? JAK!? GDZIE!? KIEDY - krzyczała Iskra i odruchowo chciała wstać. Poraniona ręka skutecznie ją zniechęciła.

- Wtedy, w górze, paliliśmy jedno z labolatoriów. Ten mutant, dosłownie przebił się przez sufit. Staruszek zmarł dzisiaj rano - odpowiedział smutny Woronin.

- Szkoda - odpowiedziała Iskra, a łzy zaczęły się zbierać w jej oczach.

- Szkoda - odpowiedział Norad po czym dodał - ale i tak mieliśmy szczęście. Gdyby nie rycki, byłoby tu o połowę mniej osób.

- Jakie znowu rycki? - zapytała Natasza.

- Ci dziwni goście w czarnych strojach, co nam z nieba spadli na pole bitwy. Żeby nie oni tamta wiedźma by nas udupiła - wytłumaczył Siergiej.

- Aaaa oni, a kto to do cholery jest? - zapytała zdziwiona Natasza.

- Wersje normalną czy skróconą? - zapytał Norad.

- Taką żebyśmy zrozumieli - odpowiedział Malik.

- Hmmm od czego by tu zacząć? Wiele lat temu na świętej Terze... - wtedy jednak inkwizytorowi przerwał Borin.

- Norad czekaj bo ona mnie denerwuje. Ruda, weź se krzesło i siadaj na dupie, a nie stoisz i sie na nas lampisz.

- Przecież siedzę - odpowiedziała Natasza.

- A ja nie o tobie, tylko o niej - Borin wskazał głową na Shani.

- A co ona w ogóle tu robi? - zapytał Siergiej.

- Przyprowadziła mnie - odpowiedziała Iskra.

- Fajnie, to niech teraz się wynosi, do tego pomieszczenia nie bez powodu mają wstęp tylko goście i komandorzy - odpowiedział Siergiej.

- Siergiej, wstrzymaj się chwile. Ruda, tak na oko, ile procent tkanki wywaliłaś Iskrze z ręki? - zapytał Borin.

- Czterdzieści osiem - odpowiedziała dziewczyna.

- Aaaa to możesz zostać, najlepiej od razu dajcie jej stopień uprawnień komandora, będzie mniej problemów - odpowiedział Borin.

Shani, podobnie jak większość łowców patrzyli na niego z miną mówiącą...

- Co kurwa? - zpaytała w końcu Natasza.

Aleksiej i Malik, zaczęli się śmiać pod nosem.

- Natasza a pamiętasz jak mi dwa lata temu jakiś ork odgryzł kawałek ręki? Miałem wtedy utratę trzydzieści a spędziłem w łóżku szpitalnym miesiąc. Znając zamiłowanie Iskry i fakt, że na bank dziewuchy już zdążyły się skumplować, Iskra opowie jej treść tej rozmowy, a przy okazji naopowiada tyle, że dziewczyna będzie wiedziała więcej od ciebie, na temat popierdolonych akcji, jakie robiliśmy, a o jakich nie wolno nam gadać - odpowiedział Borin.

- A ja wam przypominam, że mam jeszcze sprawną drugą rękę i zaraz nią komuś przypierdole - odpowiedziała wściekła Iskra.

- No ale w sumie, Borin trochę racji ma - odpowiedział Aleksiej.

- Dajcie spokój i tak skończy się na chlaniu, czym wy się przejmujecie? Dziewczyna nawet nie będzie pamiętała o czym gadaliśmy - powiedział Borin, po czym dodał - No dawaj Norad.

Inkwizytor spojrzał na Shani, która właśnie dostawiała sobie krzesło, po przyzwalającym geście Woronina.

- Dobra to jeszcze raz. Wiele lat temu, na świętej Terze, pojawił się jakiś gość. Nie znam szczegółów wiem tylko tyle że był psionikiem. Ale takim wyjebanym. Do dzisiaj nie wiemy jakim cudem uchował się przed naszymi siłami porządkowymi, w każdym razie, żył w dzielnicy pod-miasta z biedotą. Co ciekawe w odróżnieniu od reszty wariatów, którym tylko gwałty i resztki środków do życia we łbie, uznał że ma on świętą misje, nawracania wiary i pilnowania Imperialnego ładu.

- Na początku nie wiedzieliśmy nawet że to w ogóle jest psionik. Dopiero jak nam kilkudziesięciu funkcjonariuszy utłukł, połapaliśmy się co i jak. Generalnie był to człowiek mocnej wiary. Zdołał nawet znaleźć w slumsach kilku psioników, nic specjalnego, ale dzięki niemu nie zwariowali. Jakiś inkwizytor ubzdurał sobie, że to będzie doskonały materiał na uczniów i zwerbował jego "zakon".

- Był to jednak gość z co potrafił myśleć i pod pretekstem budowy bazy dla zakonu, chciał wystawić drugą bazę dla inkwizycji, a sam zakon jakiś czas później uznać za niestabilny i spacyfikować. Przedstawił pomysł na konklawe i tutaj zaczyna robić się śmiesznie. Bo o ile pomysł budowania siedziby inkwy, na dużo mniej bezpiecznej orbicie, wydawał się debilny, to Ordo Malleus, Xenos, a nawet Reduktor, były zachwycone wizją siły paramilitarnej, o dużych przywilejach, co złapałaby Eklezje, a tym samym sporą część Hereticus, za mordy. No i wyobraź sobie, że gość co miał opinie wariata, dostał latającą fortece, na samej Terze, a jego zakonik, z którego każdy się śmiał, walczy teraz w całym Imperium, ze skutecznością porównywalną do elitarnych sił inkwizycji. Już nie wspomnie o tym, że sam psionik ma teraz opinie świętego, a na widok jego rycerzyków, każdy eklezjarcha trzęsie dupą, z całą katedrą.

Uśmiech pojawiły się na twarzach łowców. Doskonale wiedzieli, że wbrew obiegowej opinii Ordo Hereticus, to bardzo potrzebna i konieczna dla przetrwania Imperium organizacja, jednak pomimo swej wielkiej wiary, Eklezje darzyli sporą niechęcią. Zwłaszcza Iskra, którą jeden eklezjarcha chciał spalić, za to co przydarzyło się jej w młodości.

- A ilu ich jest? - zapytał zaciekawiony Aleksiej.

- Oficjalnych członków zakonu jest jakieś pół miliona. Trochę ciężko powiedzieć ilu dokładnie, bo co chwila jakiś ginie albo jakiegoś rekrutują, no i są rozpieprzeni po całej galaktyce - odpowiedział Norad.

- A nieoficjalnie? - zapytała Iskra.

- Widzieliście ten okręt na orbicie obok nas? - zapytał Norad.

- Pancernik klasy odwet. Wielkie bydle, półtora kilometra większy niż normalna jednostka, a makrobaterii ma tyle, że w zupełności by wystarczyły, żeby rozwalić całą flotę jaka broni tego świata - odpowiedział Aleksiej.

- No właśnie - odpowiedział Norad - mają w ciul więcej wojska, tylko robią to samo co my.

- Czyli co? - zapytał Siergiej.

- No właśnie to. Oficjalnie to jest ich pół miliona, wliczając w to elitarną piechotę, która stanowi jakieś osiemdziesiąt procent, ich armii. Ale przecież nikt nie policzy do struktur zakonnych, pomocników zakonu, czyli na przykład regimentu, który zostanie poproszony o pomoc, a w praktyce staje się osobistą armią - odpowiedział Norad.

- Czyli coś jak my - zaśmiała się Natasza.

- No nie przesadzaj. Inkwa dała wam cholernie dużą autonomie. W zasadzie gdybyście chcieli, moglibyście sami wydać wyrok skazujący jakiś świat na Exterminatus i przez wasz fanatyzm nikt by się nie przyczepił - odpowiedział Norad.

- A ten który nimi dowodzi, nie mistrz zakonu, tylko ten co nam przyszedł z pomocą. Słyszałeś o nim? - zapytał Borin.

- Słyszałem, to dobre słowo. Podobno jego ojciec był dowódcą Gwardii Imperialnej, regimentów ściśle powiązanych z inkwizycją. Został, zdaniem większości, niesłusznie oskarżony o zdradę. Matką i nim samym, zajął się jakiś inkwizytor, ściśle powiązany z rycerzami. Ludzie od strony matki, byli dość aktywni psionicznie, średnio co drugie pokolenie trafiał się psionik. W każdym razie chłopak został rycerzem. Teraz lata po wszechświecie, szukając pozostałości po ojcu, a przy okazji masakrując każdego zdrajce, heretyka, lub skorumpowanego urzędnika, czy kapłana, gdzie tylko się da - wytłumaczył Norad.

Niedługo potem łowcy wyciągnęli alkohol i zaczęli rozmawiać o sprawach nieistotnych, śmiejąc się przy tym i bawiąc. Iskra nie była jednak w nastroju, dowiedziawszy się o śmierci Wasiliego, chciała wracać do skrzydła szpitalnego. Tam zgodnie z przewidywaniami Borina, zaczęła wspominać różne sytuację, z udziałem starego łowcy. Sytuację, o których Shani nie powinna, a wręcz nie mogła wiedzieć, Iskra miała to gdzieś, chciała się wyżalić, posiedzieć z kimś i porozmawiać, Shani spędziła wiele godzin w jej sali. Tak jak podczas spowiedzi Shani, tak teraz Iskra płakała na ramieniu dziewczyny. Medyczka wiedziała co znaczy utrata bliskiej osoby.

****************************************************************************************************************
Shani patrzyła przez malutkie okno, na swój ojczysty świat. Niebawem, wraz z garstką nowych, głodnych zemsty na wiedźmach ludzi, miała ruszyć, by prawdopodobnie już nigdy tutaj nie powrócić. Łza spływała jej po policzku, miała bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony cieszyła się, że opuszcza ten świat, zostawia koszmarne wspomnienia za sobą. Czuła się też potrzebna, widziała ilu łowców zalegało w szpitalach, po walce w archipelagu górskim, wiedziała, że będzie teraz blisko tych, którzy najbardziej potrzebują jej pomocy. Z drugiej jednak strony, zostawiała swój dom, porzucała rodzinę i wspomnienia, chociaż Aleksiej, w podzięce za uratowanie Iskry, zadbał o to, by jej rodziny już nigdy nie dotknęła bieda, nie leczyło to jej bólu. Zamknęła oczy i spuściła głowę. Spod zamkniętych powiek wylewały się łzy, z trudem łapała kolejne wdechy, jej ciało zaczynało drżeć, była o krok od rozpłakania się, kiedy poczuła ciepłą dłoń na ramieniu. Iskra mogła już normalnie chodzić, ale zranioną dłoń, wciąż musiała okrywać w bandażach. Shani, gdy tylko zobaczyła kto ją objął, zaczęła pospiesznie ścierać łzy z kącików oczu, chowając się przy tym przed jej wzrokiem. Iskra nic nie powiedziała, tylko delikatnie, uważając na swoją rękę, przysunęła ją do siebie.

- Nie musisz się kryć - zaczęła Woronin i kontynuowała - ja też płakałam, kiedy pierwszy raz opuszczałam Vostroye.

- Ale ty czasami wracasz do domu - powiedziała medyczka, obejmując łowczynie, za szyje.

- Czasami, to bardzo dobre słowo, od opuszczenia jej, byłam tam pięć, może sześć, razy, teraz jeśli się nam poszczęści, zobaczę ją siódmy raz - odpowiedziała Iskra.

Shani nic już nie powiedziała, tuliła się do niej jeszcze przez jakiś czas, na przemian chowając się w ramionach Iskry, i spoglądając na malejący w oczach świat. Niedługo potem obie ruszyły do skrzydła szpitalnego, gdyż zbliżał się czas zmiany opatrunków, na ręce Iskry.

Shani płakała tej nocy, w samotności, skulona pod kołdrą i tuląc się do poduszki. Wiele następnych nocy, spędziła podobnie. Z czasem właśnie to leżenie i łkanie w samotności, miało stać się jej sposobem, na radzenie sobie z szokiem, po trudniejszych misjach, gdzie widziała śmierć wielu towarzyszy. Jeszcze wielu młodych i starych, doświadczonych i żółtodziobów, miało umrzeć na jej, pozornie wątłych ramionach. Każdy z nich, wędrował do osnowy, gdzie łączył się z obrońcą, stając się jego częścią.

****************************************************************************************************************
Aleksiej siedział na swoim tronie. Jego umysł połączył się ze zmysłami maszyny. Woronin patrzył jak Litania Krwi, okręt Rycerzy Inkwizycji i Płonący Sędzia okręt Norada, znikają w wyrwie immaterium, by polecieć w tylko sobie znanym kierunku.

- Kurs kapitanie? - zapytał Siergiej.

- Vostroya przyjacielu, chcę złożyć wizytę, staremu przyjacielowi - powiedział Woronin, a już po chwili, okręt zniknął w wyrwie osnowy.

****************************************************************************************************************
 !!!!!!!!Bonus!!!!!!!
****************************************************************************************************************
Celowo nie ma tutaj oznacznika rozdziału.
****************************************************************************************************************
Woronin i Teofil szli korytarzem. Jak zwykle wyglądało to w ten sam sposób. Woronin wyglądał przy Jarymowiczu jak łachmyta, jednak nikt nie był na tyle głupi by powiedzieć mu to prosto w twarz. Woronina i Jarymowicza łączyła jednak specyficzna więź. Oboje byli ludźmi,niespełna rozumu, drwiącymi z wroga i śmiejącymi się śmierci w twarz.

- Więc mówisz, że gdyby nie ci rycerze, to miałbyś po dowódcy? - zapytał Teofil.

Oboje byli już zdrowo wypici. W końcu nie co dzień zdarza się okazja by porozmawiać się ze starym druhem. Oboje gadali o polowaniach, najlepszych metodach na wyciąganie informacji z pojmanych heretyków, często się kłócąc, o to jakie tortury są najskuteczniejsze, chociaż Teofil doskonale wiedział, że Aleksiej, jako człowiek powiązany z inkwizycją, bije go na głowę pod względem znajomości tortur. No bo kto wpadnie na pomysł, żeby do cewki moczowej włożyć drut i rozgrzać go energią do wysokiej temperatury, a jeżeli to nie pomoże to złamać ciało jamiste, i wtedy kontynuować. W każdym razie oboje szli teraz do magazynu, ponieważ na sali skończyła się wódka, a miody i wina są dla "mlekożłopów", jak to mawiają kosmiczne wilki.

Idąc zastali jednak dosyć ciekawą scenę. Iwan leżał na ziemi trzymając się za krocze, a przy nim, opierając kolano na jego mostku, klęczała Shani, trzymając ząbkowany, stalowy, umazany zeschniętą krwią skalpel, na jego szyi.

- Ha ha, widzę że mój synalek znów pokasał, na co go stać jeśli idzie o podryf *hic* - powiedział Woronin i zarówno on jak i Teofil zaczęli się śmiać, z trudem zachowując przy tym postawę stojącą

- A właśnie, Teofilu, przedstawiam ci Shani Serekdin, jedna z moich najleeepszych metyszek - odpowiedział Woronin.

- Aaa bardzo mi miło, całuje rąszki - powiedział Teofil, jednak gdy tylko chciał zrobić krok w stronę dziewczyny, o mało nie upadł na ziemię.

- Mi również miło - odpowiedziała dziewczyna i dodała - ale na całowanie rączek może jak już pan wytrzeźwieje.

- Ty ty ty młota ufaszaj sobie, nie wiesz do ko ooogo mufisz - powiedział Teofil zataczając się i z trudem łapiąc równowagę.

- Eee, dziefczyna wie co mufi, jesze sie zrzygasz jak ostatnio i *hic* soo bedzie? Bedziesz jeeej musia odkupofać ten stroik, a tooo oo ta aanie nie było. Choć sieee lepiej napić, do magazynu nie daleko, isiemy sie napiś - odpowiedział Woronin a gdy tylko on i Teofil zniknęli za zakrętem, przy okazji śpiewając piosenki o wódce, dziewczyna nachyliła się nad Iwanem.

- Słuchaj mnie pijany przygłupie, jeszcze raz spróbujesz mnie obmacywać, przysięgam, że wytnę ci jaja i nimi uduszę. Gówno mnie obchodzi czy jesteś synem Woronina, zrobisz to jeszcze raz a przysięgam że cie zabije - dziewczyna wstała i zadała mu mocne kopnięcie w krocze. Iwan wydał z siebie tylko cichy pisk. Poprzednie kopnięcie, już i tak zmieniło jego ton głosu.

Usłyszała powolne klaskanie za plecami, na które szybko się obróciła.

- Wiesz że jesteś już czwartą łowczynią, która grozi mu kastracją? - powiedziała Iskra.

- Wiesz co ten idiota mi proponował? - zapytała zdenerwowana Shani.

- Wiem. Kiedyś po pijaku mnie nie poznał i zaproponował to samo - odpowiedziała Iskra i dodała - chodźmy, mam ochotę się napić.

Po chwili obie kobiety zniknęły za drzwiami głównej do sali, zostawiając Iwana, trzymającego się za krocze jeszcze przez długi czas.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.